Hura, koniec szkolenia.
Nareszcie czas naszych szkoleń dobiegł końca. Te dodatkowe
godziny spędzone w pracy były wyjątkowo nużące. Dobrze, że chociaż taką „wisienką
na torcie" była przerwa na kawę i słodki poczęstunek. Oczywiście szef, nauczony doświadczeniem z
naszych integracyjnych spotkań, zadbał o to, aby ciasteczka były z najwyższej
półki. Na kolorowych miseczkach pojawiły się maślane herbatniki Scooby Doo i zwierzaki zbożowe. Ma
się rozumieć, że wszystkie słodycze były z firmy Dr Gerard. Uważam, że bez
takiego smacznego przerywnika byłoby nam trudno przetrwać na tych zajęciach bez
ziewania. Monotonne długie odczytywanie nawet najmądrzejszych treści danych wykładów
jest po prostu nudne. Atmosfera ulegała znacznej poprawie tylko wówczas, kiedy
ogłaszano półgodzinną przerwę na kawę i papierosa. Towarzystwo zaraz się
ożywiało i mimo chłodu wychodziło na zewnątrz. Nawet niepalące osoby chętnie
wychodziły, aby rozprostować nogi. Ja również należę do tej drugiej grupy osób.
Na zewnątrz przynajmniej coś się działo. Oczywiście nie kwestionuje tutaj
wiedzy wykładowców, jedynie sposób jej przekazywania. Na pewno jakaś dyskusja,
praca zespołowa przyniosłaby lepsze efekty. Szkoda, że nikt nie zachęcał nas do
zadawania pytań, do własnej inicjatywy. Myślałam, że czas „słuchać,
wykonać" już dawno minął. No cóż, przeliczyłam się. To smutne, że jeszcze ciągle pokutują stare
nieskuteczne sposoby szkoleń. Przecież jest tak wiele sprawdzonych, dobrze
udokumentowanych sposobów podnoszenia kwalifikacji pracowników. Oj, już nasz
szef usłyszy co nieco na ten temat. To dobry człowiek i mądry pracodawca, który
umie słuchać i wyciągać właściwe wnioski. Jestem przekonana, że taki kicz już
się nie powtórzy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz