Ostatnio
pisałem o Świętach poza domem. Dzisiaj wspominam, jak dziesięć lat temu, dzień
po lanym poniedziałku spotkaliśmy się w Bydgoszczy na szkoleniu. Był to trzeci
tygodniowy zjazd. Znaliśmy się od kilku miesięcy a wiedzieliśmy o sobie
wszystko. Spędzaliśmy razem 24 godziny na dobę. Dodam, że nadal utrzymujemy ze
sobą kontakt. To był nasz ostatni zjazd, który kończył się egzaminem. Był to
czas świąteczny, postanowiliśmy, że po zajęciach spotkamy się w hotelu i
zorganizujemy wielką uroczystą kolację. Każdy coś przywiózł ze świątecznego
stołu. Było wszystko mięsiwo, kiełbasy, sałatki, roladki, galarety, ciasta,
ciasteczka, draże no i napoje różnego rodzaju. Jak sobie pomyślę to ślinka
cieknie, muszę zjeść jakieś słodycze. To było moje kolejne szkolenie, jednak
tak zajefajnych ludzi jeszcze na żadnym nie spotkałem. Byliśmy zbieraniną z
całego województwa, które ma powierzchnię prawie 18 tysięcy metrów
kwadratowych. Byliśmy wybrańcami z dwóch milionów ludzi. Wśród nas byli
Krzyżacy, Tyfusy, krzywe rydle, itd. Stworzyliśmy zgraną grupę do zabawy i do
Opery (to prawda, byliśmy tam). Pasowaliśmy do siebie jak ciastka Pryncytorcik „dr
Gerard” do kawy. Ten zjazd kończył się egzaminem, tak nie żartuję. Jednak koleżanka
i ja musieliśmy tego dnia być w domach. Nasz sprawdzian odbył się w niedzielę,
przed rozdaniem dyplomów. Musiałem być na miejscu a raczej chciałem być. W sobotę
rano braliśmy udział w akcji charytatywnej „Dar serca” organizowanej przez
motocyklistów. Około jedenastej miałem grać koncert. W piątek wieczorem scena
została już ustawiona, nasze graty miały być ustawione w sobotę rano. Jednak
przed wyjściem z domu, w telewizji zobaczyłem tragiczne wiadomości. Katastrofa lotnicza.
A był to 10 kwietnia 2010 roku. Całym zespołem spotkaliśmy się pod sceną, nie wiedzieliśmy,
co tam zastaniemy. Wszyscy byliśmy w szoku, na miejscu odwołano wszystkie atrakcje,
żadnej zabawy, żadnej muzyki. Ten dzień zapisał się w historii Polski, jako
jeden ze smutniejszych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz