wtorek, 15 listopada 2016

przymusowe siedzenie w domu



Poprószyło trochę śniegiem, a już miałam z tego powodu nie miłe zdarzenie. Jak co dzień wyruszyłam rano na przystanek, aby dojechać do pracy. Niestety podbiegałam do autobusu i się prześlizgnęłam. Kierowca poczekał na mnie, ale ból nogi w kosce uniemożliwił jazdę do pracy. Kierowca ładnie zachował się, ponieważ nie zostawił mnie samą na przystanku tylko zadzwonił po pogotowie. Przyjechało za 10 minut zabierając mnie do szpitala. Po zrobieniu zdjęć okazało się, że mam zwichniętą nogę stawu skokowego. Nogę wsadzili mi do szyny i za dwa tygodnie mam udać się do ortopedy. Zaraz zgłosiłam do pracy o moim wypadku. Zadzwoniłam też do bliskiej koleżanki, z którą razem pracujemy. Obiecała mi, że mnie w najbliższych dniach odwiedzi. W szpitalu czekałam na męża ponad cztery godziny. Byłam bardzo zła na samą siebie i oczywiście głodna. W powrotnej drodze mąż musiał zrobić zakupy, które mu napisałam czekając na niego. W domu ugotowaliśmy pyzy z mięsem i cebulką. Na deser była kawa i słodycze Dr. Gerarda. Zjadłam trzy maślane herbatniczki. Resztę schowałam dla gości. Na drugi dzień pod wieczór przyjechała koleżanka. Przywiozła mi swoją dawniejszą kulę, z której ucieszyłam się. Ułatwi mi to sprawniejsze poruszanie się. Przy ciastkach i herbacie trochę się użalała nad moją chorą nóżką. Po dwóch godzinach przyjemnej pogawędki przyjaciółka odjechała zabierając zwolnienie do pracy. Teraz muszę cierpliwie czekać, aż moje zdrowie wróci do normy. Mam dużo czasu na czytanie książek. Moim hobby jest wyszywanie, więc korzystając z przymusowego siedzenia w domu wyszywam krzyżykami zaczętą serwetkę. Nawet w tej trudnej sytuacji nie nudzę się. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz