Poprószyło trochę śniegiem, a już miałam z tego powodu nie
miłe zdarzenie. Jak co dzień wyruszyłam rano na przystanek, aby dojechać do
pracy. Niestety podbiegałam do autobusu i się prześlizgnęłam. Kierowca poczekał
na mnie, ale ból nogi w kosce uniemożliwił jazdę do pracy. Kierowca ładnie
zachował się, ponieważ nie zostawił mnie samą na przystanku tylko zadzwonił po
pogotowie. Przyjechało za 10 minut zabierając mnie do szpitala. Po zrobieniu
zdjęć okazało się, że mam zwichniętą nogę stawu skokowego. Nogę wsadzili mi do
szyny i za dwa tygodnie mam udać się do ortopedy. Zaraz zgłosiłam do pracy o
moim wypadku. Zadzwoniłam też do bliskiej koleżanki, z którą razem pracujemy.
Obiecała mi, że mnie w najbliższych dniach odwiedzi. W szpitalu czekałam na
męża ponad cztery godziny. Byłam bardzo zła na samą siebie i oczywiście głodna.
W powrotnej drodze mąż musiał zrobić zakupy, które mu napisałam czekając na
niego. W domu ugotowaliśmy pyzy z mięsem i cebulką. Na deser była kawa i słodycze
Dr. Gerarda. Zjadłam trzy maślane herbatniczki. Resztę schowałam dla gości. Na
drugi dzień pod wieczór przyjechała koleżanka. Przywiozła mi swoją dawniejszą
kulę, z której ucieszyłam się. Ułatwi mi to sprawniejsze poruszanie się. Przy
ciastkach i herbacie trochę się użalała nad moją chorą nóżką. Po dwóch
godzinach przyjemnej pogawędki przyjaciółka odjechała zabierając zwolnienie do
pracy. Teraz muszę cierpliwie czekać, aż moje zdrowie wróci do normy. Mam dużo
czasu na czytanie książek. Moim hobby jest wyszywanie, więc korzystając z
przymusowego siedzenia w domu wyszywam krzyżykami zaczętą serwetkę. Nawet w tej
trudnej sytuacji nie nudzę się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz