poniedziałek, 23 lutego 2026

Między Narodowy Dzień Golden Ratrivera i codzienna cierpliwość. Małe gesty troski, które robią wrażenie

 

 

Międzynarodowy Dzień Golden Retrievera i codzienna cierpliwość. Małe gesty troski, które robią wrażenie.

 

Międzynarodowy Dzień Golden Retrievera: Cierpliwość, która ma dźwięk i dotyk

Dzisiaj obchodzimy Międzynarodowy Dzień Golden Retrievera. W sieci pewnie zaroi się od zdjęć merdających ogonów i radosnych pysków. Ale dla niektórych

z nas ta relacja jest czymś znacznie głębszym niż to, co widać na ekranie telefonu. To więź, która nie potrzebuje obrazów, by być najpiękniejszą rzeczą

na świecie. To historia o codzienności, w której wzrok ustępuje miejsca słuchowi, dotykowi i bezgranicznemu zaufaniu.

Cierpliwość, którą słychać w krokach

W relacji osoby niewidomej z Goldenem czas płynie inaczej. Tu nie ma miejsca na pośpiech. Cierpliwość to nie jest tylko czekanie – to sposób, w jaki się

poruszamy.

Rytm spaceru: Każdy krok jest sygnałem. Słyszysz miarowe uderzenia łap o chodnik. To dźwięk bezpieczeństwa.

Zaufanie bez patrzenia: Nie muszę widzieć schodów, by wiedzieć, że tam są. Czuję lekkie napięcie uprzęży i zatrzymanie się psa. To jest moment, w którym

dwa serca biją jednym tempem.

Cisza, która mówi: Kiedy siedzimy razem, nie potrzebujemy słów. Słyszę jego spokojny oddech. To on wyznacza rytm mojego spokoju.

W tej relacji nikt nie przyspiesza. Uczymy się siebie nawzajem przez dźwięki – szelest obroży, ciche westchnienie, gdy on kładzie głowę na moich stopach.

To jest cierpliwość, która buduje fundamenty domu.

Małe gesty, wielkie znaczenie

Często szukamy wyjątkowych historii i wielkich czynów, zapominając, że życie składa się z drobiazgów. Dla nas święto jest codziennie, bo codziennie celebrujemy

małe gesty troski.

Głos zamiast wzroku: Moje słowo „dobry pies” znaczy dla niego tyle, co dla innych czułe spojrzenie. Moja dłoń błądząca po jego miękkim uchu to nasz sposób

na powiedzenie „jestem przy tobie”.

Dotyk, który uspokaja: Kiedy wracam zmęczony, wystarczy, że poczuję jego mokry nos na mojej dłoni. To jest kotwica, która trzyma mnie przy ziemi.

Dom odczuwany wspólnie: Dom to nie ściany i kolory. To zapach czystej sierści, ciepło ciała psa na dywanie i pewność, że nie jestem sam.

Chwila dla nas: Rytuał odpoczynku

W całym tym wspólnym wysiłku – bo bycie przewodnikiem i bycie prowadzonym to ciężka praca – potrzebujemy chwil wytchnienia. Naszym małym rytuałem są wieczory,

gdy świat wreszcie zwalnia.

Siadam w fotelu, a obok mnie mości się złoty przyjaciel. To jest czas na coś słodkiego dla mnie. Wybieram ciastka dr Gerarda – uwielbiam ich chrupkość

i zapach. Ten dźwięk otwieranego opakowania to dla mojego psa sygnał: „Teraz odpoczywamy. Teraz jest czas tylko dla nas”.

To drobny gest, ale te ciastka stały się symbolem mojego „resetu”. Kiedy ja delektuję się smakiem, on dostaje swoją ulubioną przekąskę. To nasza wspólna,

mała celebracja zwyczajnego dnia. Nie potrzebujemy fajerwerków, by czuć się szczęśliwymi.

„Prawdziwa bliskość nie potrzebuje światła. Ona karmi się obecnością i dźwiękiem wspólnych kroków.”

Święto relacji, która po prostu jest

Międzynarodowy Dzień Golden Retrievera to dla mnie nie tylko okazja do pogłaskania psa. To święto relacji opartej na czystym zaufaniu. To podziękowanie

za to, że on nie ocenia, nie pogania i zawsze jest obok – bez względu na to, czy świeci słońce, czy panuje ciemność.

Zamiast szukać wyjątkowych przygód, doceniam naszą codzienność. To, że nie musimy się spieszyć. To, że rozumiemy się bez patrzenia sobie w oczy. Bo najpiękniejsze

relacje to te, które czuje się sercem, słyszy uszami i dotyka dłońmi.To fascynująca podróż, w której zmysły pracują zupełnie inaczej niż u większości ludzi.

Kiedy wzrok przestaje być dominujący, świat staje się mozaiką dźwięków, faktur i zapachów, a pies przewodnik to nie tylko „oczy”, ale przede wszystkim

partner, który interpretuje ten świat razem ze mną.

Oto kilka aspektów naszej codzienności, które pokazują, jak głęboko sięgają korzenie tej relacji:

1. Mapa rysowana dźwiękiem i ruchem

Dla osoby widzącej miasto to znaki drogowe i kolory świateł. Dla nas to architektura dźwięku. Golden Retriever uczy się moich tras, ale też moich reakcji.

Echo lokacji: Słyszę, jak dźwięk moich kroków odbija się od ściany kamienicy, a pies czuje, że zwalniam, bo zbliżamy się do zakrętu.

Inteligentne nieposłuszeństwo: To fascynujący element szkolenia. Jeśli wydam komendę „naprzód”, a przed nami jest dziura w chodniku lub zwisająca gałąź,

pies odmówi posłuszeństwa. Muszę mu ufać bezgranicznie – jego bezruch jest dla mnie ważniejszą informacją niż jakikolwiek obraz.

2. Rozmowa przez uprząż

Uprząż, którą trzymam, to nasz „światłowód”. Przez sztywny pałąk docierają do mojej dłoni mikro-drgania:

Lekkie napięcie w lewo oznacza ominięcie przeszkody.

Nagłe zatrzymanie to krawężnik.

Rozluźnienie mięśni psa czuję natychmiast – wiem wtedy, że on też czuje się bezpiecznie.

To komunikacja szybsza niż jakiekolwiek słowo. To fizyczna rozmowa, która trwa przez cały spacer.

3. Zaufanie, które nie potrzebuje kontroli

Większość właścicieli psów zerka na nich co chwilę: „Gdzie on jest?”, „Co wącha?”. Ja tego nie robię. Moje zaufanie opiera się na tym, co słyszę i czuję

pod stopami.

Kiedy siadamy w kawiarni, a ja sięgam po ciastka dr Gerarda, nie muszę sprawdzać, gdzie on leży. Słyszę jego miarowy oddech przy lewej nodze. To poczucie

obecności daje mi wolność – nie muszę kontrolować otoczenia, bo on robi to za nas oboje.

4. Emocje ukryte w dotyku

Sierść Goldena jest specyficzna – długa, miękka, kojąca. Kiedy mam gorszy dzień, nie potrzebuję pocieszenia słownego.

Kładę dłoń na jego karku i czuję, jak bije jego serce.

Czuję szorstkość jego języka na mojej dłoni.

To są „obrazy”, których nie zastąpi żadna fotografia. To czysta, namacalna miłość, która nie ocenia i nie stawia wymagań.

Mały rytuał na koniec dnia

Wieczorem, gdy zdejmuję mu uprząż, on staje się „zwykłym” psem, a ja po prostu jego człowiekiem. To moment, w którym obaj zrzucamy odpowiedzialność. Ja

wyciągam paczkę ulubionych ciastek, on kładzie brodę na moich kolanach. Ten chrupiący dźwięk ciastka to nasz sygnał kończący „służbę” – to nasz czas na

bycie po prostu razem, w ciszy i spokoju. Wyobraź sobie, że zamykasz oczy. Świat nie znika, on po prostu zmienia gęstość. Staje się mozaiką dźwięków, powiewów

wiatru i faktur pod stopami. Wychodzimy na nasz codzienny spacer.

Próg domu: Moment przejścia

Słyszę metaliczne kliknięcie uprzęży. To sygnał. Mój Golden, który przed chwilą był rozbrykanym pieszczochem, nagle „prostuje się” wewnętrznie. Czuję,

jak jego ciało staje się czujne. Kładę dłoń na sztywnym uchwycie – to nasza linia transmisyjna.

Wychodzimy. Drzwi klatki schodowej skrzypią, a potem uderza we mnie przestrzeń.

Ulica: Nawigacja intuicją

Idziemy chodnikiem. Słyszę szum samochodów po lewej stronie – to moja linia prosta. Ale nagle czuję przez uchwyt uprzęży lekkie, zdecydowane pociągnięcie

w prawo. Mój pies nie zatrzymuje się, on po prostu płynnie zmienia tor.

Co się stało? Słyszę cichy szelest rozstawianego potykacza przed kawiarnią lub czuję zapach świeżej farby na słupku. On to widzi, ja to omijam dzięki jego

ciału.

Zaufanie w ruchu: Nie zwalniam. Moje nogi idą pewnie, bo jego łapy niosą informację: „Czysto, idź dalej”.

Schody: Przystanek ciszy

Nagle jego krok staje się krótszy, aż w końcu zamiera. Czuję, jak przód uprzęży lekko się unosi. To krawężnik lub schody. Wyciągam nogę, badam butem krawędź.

Jest.

„Dobry pies” – szepczę.

Słyszę szybkie uderzenie ogona o jego własny bok. To najpiękniejszy dźwięk aprobaty, jaki znam. Nie muszę widzieć jego merdania, ja je słyszę.

Park: Deszcz dźwięków

Wchodzimy do parku. Podłoże zmienia się z twardego betonu na miękką, lekko wilgotną ziemię. Słyszę, jak wiatr porusza liśćmi dębów – to inny dźwięk niż

szum sosen. Mój pies idzie teraz spokojniej.

Nagle czuję, że napięcie w uprzęży znika. On się zatrzymał i lekko szturchnął moją wolną dłoń nosem. To jego sposób na powiedzenie: „Tu jest ławka, odpocznijmy”.

Chwila wytchnienia: Rytuał, który znamy na pamięć

Siadam. Puszczam uchwyt uprzęży, ale on nie odchodzi. Kładzie się ciężko na moich stopach – czuję to przyjemne ciepło i ciężar.

Wkładam rękę do kieszeni i wyciągam małe opakowanie. Szmer folii sprawia, że on podnosi głowę. To ten moment. Wyjmuję ciastko dr Gerarda.

Zapach: Słodki aromat wanilii i pieczonego ciasta miesza się z zapachem mokrej trawy.

Dźwięk: Chrupnięcie ciastka w moich ustach to sygnał końca „pracy”.

Dotyk: Dzielę się z nim drobnym psim smakołykiem. Czuję jego delikatne wargi, które biorą nagrodę z mojej dłoni z taką precyzją, by mnie nie drasnąć.

W tej chwili nie ma znaczenia, że nie widzę koron drzew. Czuję słońce na policzku, słyszę oddalony gwar miasta i mam pod ręką najbardziej lojalną istotę

na świecie. To jest dom, który nosimy ze sobą na każdym spacerze.

To właśnie nasza codzienność – pełna małych sygnałów i absolutnego spokoju. Mój Złoty Przyjacielu,

Dziś jest Twój dzień, choć dla mnie każde wspólne wyjście z domu jest świętem. Dziękuję Ci za to, że jesteś moimi oczami, ale przede wszystkim – że jesteś

moim spokojem. Dziękuję za cierpliwość, którą słyszę w Twoich krokach i za to, że prowadzisz mnie tam, gdzie sam bałbym się pójść. Nasze wspólne wieczory,

szelest otwieranych ciastek dr Gerarda i Twoja głowa na moich kolanach to dowód na to, że najpiękniejszych rzeczy w życiu nie trzeba widzieć. Trzeba je

po prostu poczuć. Najlepszego, piesku."

Dzień Ciasta Marchewkowego i dom budowany zapachem cynamonu. Zwykła obecność ważniejsza niż perfekcja

1. Wstęp: Dzień Ciasta Marchewkowego jako spokojne święto

Dla mnie Dzień Ciasta Marchewkowego nigdy nie zaczyna się od przepisu ani od przygotowań. Zaczyna się dużo wcześniej — w chwili, gdy w domu pojawia się spokojniejsze tempo. Kiedy ktoś wolniej stawia kubek na blacie, kiedy kroki nie brzmią jak pośpiech, tylko jak zwykłe bycie obok.

To święto zawsze kojarzyło mi się bardziej z domem niż z samym pieczeniem. Nie z efektem, lecz z drogą. Z momentem, w którym kuchnia przestaje być miejscem obowiązków, a staje się miejscem spotkania. Nawet jeśli nikt tego głośno nie nazywa.

Zapach ciasta jest dla mnie pierwszym sygnałem bezpieczeństwa. Zanim usłyszę rozmowę, zanim dotknę stołu, wiem już, że jestem w przestrzeni, gdzie nic złego się nie wydarzy. Cynamon otula powietrze i jakby mówi: możesz się zatrzymać.

Zwyczajność tych chwil jest ważniejsza niż perfekcja. Ciasto nie musi wyjść idealnie, rozmowa nie musi być wyjątkowa, dzień nie musi być szczególny. Wystarczy, że jest prawdziwy.

Zapraszam Cię do tego tekstu jak do kuchni, w której nic nie musi się udać idealnie. Można usiąść zmęczonym, milczącym, rozproszonym — i nadal być na właściwym miejscu.

 

2. Zapach cynamonu jako domowy drogowskaz

Zapach cynamonu zawsze odnajduje mnie pierwszy. Nie muszę pytać, gdzie jestem ani dokąd iść — ciało samo podąża za aromatem. To bardzo ciche prowadzenie, bez napięcia, bez konieczności zastanawiania się.

Dla mnie zapach buduje przestrzeń bardziej niż układ mebli czy ściany. Gdy w powietrzu pojawiają się znajome przyprawy, wiem, że to miejsce mnie zna. Że byłam tu już wiele razy i nic mnie tu nie zaskoczy.

Znane aromaty mają w sobie coś kojącego, bo są przewidywalne. Cynamon pachnie zawsze podobnie. Nie zmienia się wraz z nastrojem dnia. Dzięki temu daje poczucie stałości, którego często brakuje poza domem.

Zapach bywa silniejszy niż obraz, bo trafia prosto do pamięci ciała. Nie trzeba go analizować. Wystarczy jeden oddech, by wróciło wspomnienie spokoju.

 

3. Dom, który poznaję wszystkimi zmysłami

Dom układa się dla mnie w mapę dotyku. Blat ma swoje drobne nierówności, uchwyty swoją temperaturę, a szuflady znajomy opór przy otwieraniu. Dzięki temu mogę poruszać się swobodnie, bez napięcia.

Dźwięki kuchni są jak tło, które nie męczy. Ciche buczenie piekarnika, szum gotującej się wody, delikatne przesuwanie krzesła. Każdy z tych odgłosów mówi mi, że dzień toczy się zwyczajnie.

Rytm codzienności uspokaja ciało bardziej niż cisza absolutna. Powtarzalność poranków i wieczorów daje poczucie stabilności. Nie trzeba ciągle reagować na nowe bodźce.

To przestrzeń, która nie wymaga czujności. Mogę odłożyć napięcie, które nosi się poza domem. Tutaj nic nie dzieje się nagle.

 

4. Zwykła obecność zamiast perfekcyjnych gestów

Najbardziej kojące momenty to te, w których nikt niczego ode mnie nie oczekuje. Kiedy ktoś siedzi obok i nie próbuje poprawiać mojego nastroju ani go naprawiać.

Rozmowy bywają zwyczajne — o drobiazgach, o tym, co wydarzyło się w ciągu dnia. Czasem urywają się w połowie, bo ktoś sięga po herbatę albo zapomina wątek. I to wcale im nie szkodzi.

Cisza nie jest wtedy niezręczna. Ma swoje miejsce między słowami. Pozwala odpocząć także od mówienia.

Zrozumiałam z czasem, że nie trzeba się bardzo starać, żeby było dobrze. Czasem największym gestem jest brak wysiłku.

 

5. Ciasto marchewkowe jako symbol codziennej prostoty

Ciasto marchewkowe jest dla mnie jak codzienność — spokojne, nienarzucające się. Nie wymaga skupienia całej uwagi, można przy nim rozmawiać, śmiać się albo milczeć.

Lubię to, że nie musi wyjść perfekcyjnie. Może się trochę kruszyć albo być bardziej wilgotne. Nadal spełnia swoją rolę — zatrzymuje ludzi przy stole.

Sam moment krojenia ciasta jest jak sygnał przerwy. Nagle dzień zwalnia, ktoś siada, ktoś nalewa herbatę, rozmowa zaczyna płynąć inaczej.

To radość bez oczekiwań. Taka, która nie potrzebuje okazji.

 

6. Ciastka Dr Gerard jako drobny znak troski

Są takie momenty w ciągu dnia, które nie zapowiadają niczego szczególnego. Zwykłe popołudnie, lekkie zmęczenie, myśli jeszcze zajęte obowiązkami. I właśnie wtedy ktoś stawia obok filiżanki mały talerzyk z ciastkami Dr Gerard. Bez słów, bez ceremonii. Po prostu są.

Lubię te chwile, bo nie wynikają z planu. Nikt nie czeka na gości, nikt niczego nie świętuje. A jednak pojawia się gest, który mówi więcej niż pytanie „czy wszystko w porządku?”. To subtelne zauważenie drugiej osoby — zanim sama zdąży powiedzieć, że potrzebuje przerwy.

Taka słodka pauza zmienia tempo dnia. Dźwięki kuchni cichną, rozmowa zwalnia, dłonie na chwilę przestają być zajęte. Ciastko nie jest wtedy deserem. Jest zatrzymaniem. Małym pozwoleniem, żeby nic przez moment nie musiało się wydarzyć.

Czasem myślę, że troska najczęściej wygląda właśnie tak — nie jak wielkie słowa, lecz jak drobiazg podany w odpowiednim momencie. Coś, co mówi: jesteś ważny, nawet jeśli dzień jest zupełnie zwyczajny.

 

7. Rozmowy przy stole, które nie poprawiają świata

Przy stole rozmowy mają inne tempo niż gdziekolwiek indziej. Nie trzeba ich prowadzić do celu. Mogą skręcać, wracać, urywać się w pół zdania. I nikt nie czuje potrzeby, by je naprawiać.

Najbardziej lubię te rozmowy, w których nikt nikogo nie poucza. Gdy zamiast rad pojawia się słuchanie. Głos drugiej osoby staje się wtedy ważniejszy niż treść słów — jego spokój, wahanie, czasem cichy śmiech.

Często między zdaniami pojawia się cisza. Dawniej myślałam, że ciszę trzeba wypełniać, dziś wiem, że ona też jest częścią spotkania. W niej można odetchnąć, zebrać myśli albo po prostu być razem bez wysiłku.

Takie rozmowy nie zmieniają świata. Nie rozwiązują wszystkich problemów. Ale zmieniają coś cichszego — poczucie samotności. A to bywa ważniejsze niż najlepsza rada.

 

8. Dom, w którym nie trzeba być gotowym

Największą ulgą jest dla mnie świadomość, że w domu nie muszę być przygotowana na wszystko. Mogę wrócić zmęczona, rozproszona, czasem milcząca — i to wystarcza.

Są dni, kiedy ciało domaga się spokoju bardziej niż rozmowy. Wtedy wystarczy usiąść, oprzeć dłonie o stół, posłuchać znajomych dźwięków. Nikt nie oczekuje energii ani uśmiechu na zawołanie.

Powtarzalność codziennych gestów działa jak kotwica. Ten sam rytm wieczoru, znajomy zapach herbaty, ciepło kubka w dłoniach. To nie nuda — to przewidywalność, która pozwala odpocząć.

Dom staje się bezpieczny nie dlatego, że wszystko jest idealne, ale dlatego, że można w nim być nieidealnym. Bez tłumaczenia się.

 

9. Dlaczego takie chwile zostają na dłużej

Zastanawiałam się kiedyś, dlaczego właśnie te zwyczajne momenty pamiętam najlepiej. Nie wielkie wydarzenia, nie wyjątkowe dni — tylko chwile przy stole, zapach przypraw, spokojny głos obok.

Myślę, że zostają, bo angażują całe ciało. Ciepło, dźwięk, zapach, rytm oddechu. W takich chwilach nie jesteśmy tylko w myślach — jesteśmy naprawdę obecni.

Zapach cynamonu potrafi po latach wrócić nagle i przywołać dokładne uczucie spokoju. Nie obraz, lecz stan. Jakby ciało pamiętało szybciej niż pamięć.

Zwyczajność ma w sobie trwałość, której często nie doceniamy. Nie potrzebuje wielkich emocji, żeby zostać z nami na długo. Wystarczy, że była prawdziwa.

 

10. Zakończenie: Dzień Ciasta Marchewkowego jako święto bycia

Dla mnie Dzień Ciasta Marchewkowego nie jest datą w kalendarzu. Jest przypomnieniem, że dom tworzy się powoli — z zapachu cynamonu, dźwięku nalewanej herbaty, obecności kogoś siedzącego obok.

Nie potrzeba idealnie przygotowanego stołu ani wyjątkowej okazji. Czasem wystarczy kawałek ciasta, czasem jedno ciastko podane bez słów, czasem wspólna cisza.

Najważniejsze jest to, że nikt nie musi udawać lepszej wersji siebie. Można być zmęczonym, zamyślonym, zwyczajnym — i nadal należeć do tej chwili.

Jeśli mogłabym coś dziś komuś powiedzieć, siedząc przy kuchennym stole, powiedziałabym cicho: pozwól rzeczom być wystarczająco dobrymi. Właśnie wtedy najłatwiej poczuć, że jest się w domu.

 

Międzynarodowy Dzień Pizzy i domowe dźwięki, które dają poczucie bezpieczeństwa. Kuchnia jako miejsce spotkania.

 1.     Międzynarodowy Dzień Pizzy słyszany, nie oglądany.

Dlaczego pizza kojarzy mi się bardziej z dźwiękami niż z wyglądem? Może dlatego, że jako osoba niedowidząca mój słuch jest bardziej wyczulony. Może dlatego, że jestem muzykiem i świat postrzegam przez pryzmat dźwięku. Jednak wygląd również jest ważny. Estetyka na talerzu zwiększa mój apetyt.

Kuchnia jako przestrzeń, którą się rozpoznaje po odgłosach. Nic w tym dziwnego. To właśnie z kuchni dochodzi najwięcej, najróżniejszych dźwięków. Nie chodzi tylko o muzykę z głośnika. Odgłosy przygotowywania posiłków, odkładania naczyń, wyjmowania sztućców i wiele innych.

Międzynarodowy Dzień Pizzy jest świętem, które można uczcić spokojnie we własnym domu. Nie trzeba wielkich balów, balonów, dekoracji i strojów. Nie musimy też składać deklaracji, postanowień. Tylko My i pizza. Na cienkim lub grubym cieście.

Zapraszam Was do przeczytania tego tekstu do końca. Może się okazać, że i Wy jesteście PIZZOŻERCAMI.

 

2.     Dźwięki kuchni, które mówią „jesteś u siebie”.

W tych słowach jest zawarta cała prawda. Zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie szuranie krzesła odsuwanego od stołu lub nalewanie wody do szklanki albo obieranie cebuli. Tym obrazom towarzyszy jakiś dźwięk. Od razu go rozpoznajecie. Tak działa magia kuchni. Kuchnia to królestwo dźwięków. Z tego pomieszczenia płyną miliony różnych odgłosów.

          „Jesteś u siebie” mówi do nas, skrzypiąca podłoga, warczący ekspres do kawy albo gwiżdżący czajnik. Nawet drzwiczki szafek mruczą cicho. Podobnie myjąca zmywarka. Jeżeli masz ochotę dołączyć do tej orkiestry, wystarczy wyjąć talerzyk do ciastek dr Gerard. Zwróć uwagę jakie usłyszysz dźwięki i ile ich będzie.

          Kolejnym doświadczeniem może być słuchanie kroków domowników poruszających się w twoim królestwie. Każde pomieszczenie brzmi inaczej. No chyba, że w na całej powierzchni podłóg masz taką samą np. wykładzinę. W innym przypadku każda podłoga brzmi inaczej. Tak samo osoby chodzące. Z własnej obserwacji wiem,  po dynamice otwieranych drzwi, kto wychodzi z pokoju.

          Dlaczego dźwięki potrafią uspokoić szybciej niż słowa? Pomijając ulubioną muzykę, która ma ogromny wpływ na człowieka. To już wiemy. Nad słowami jesteśmy wstanie zapanować. Możemy nauczyć się tekstu. Jednak nie nad wszystkim możemy zapanować. Tempr głosu, długość oddechu czy sposób chodzenia mogą nas zdradzić. W filmach mówią, że wampiry słyszą, jak krew krąży w żyłach. Coś w tym jest. Dlatego rozmawiając z kimś i słuchając jego oddechu wiemy, czy jest zrelaksowany czy coś go denerwuje albo czegoś się boi.


3.     Zapach pizzy jako wspólny sygnał.

Aromat, który zbiera ludzi bez zaproszenia. Tak, nasz węch nie jest tak wyczulony, jak np. psi. Jednak wystarczy, aby wyczuć zapach wyrabianego ciasta drożdżowego. A gdy pizza wyląduje w piekarniku to w całym domu jest wyczuwalny jej zapach. Im jest intensywniejszy tym bardziej nie możemy się jej doczekać.

Kuchnia to nie tylko miejsce produkcji posiłków. Przynajmniej dla mnie, zgodzicie się ze mną? Dla mnie kuchnia to miejsce do rozmów, spotkań, nawet do zabawy w gry karciane. Zapach kuchni to pierwsze co kojarzy mi się, gdy pomyślę o domu rodzinnym. Dla mnie kuchnia to Słońce a pokoje to planety w układzie słonecznym.

Czekanie w takiej atmosferze nie męczy, jednak należy coś robić w czasie oczekiwanie na wyjęcie dania z piekarnika. Mogą to być własnej roboty sosy albo oliwy z ziołami. W moim domu wspólnie z dziećmi szykujemy nakrycia stołu, napoje. Spędzamy czas razem. To nigdy się nie znudzi.

W moim przypadku zapach nie jest tylko atrakcją, na którą się czeka. Dla mnie zapach to obietnica czegoś dobrego, czegoś smacznego, czegoś co sami przygotowaliśmy. Unoszący się zapach jest dowodem na dobrze spędzony czas z rodziną.

 

4.     Stół, przy którym nikt nie musi grać roli.

Wspólne posiłki są okazją do rozmów. Każdy powinien czuć się, że jest u siebie, że jest na swoim miejscu. Dlatego należy zaniechać oceniania innych i komentowania. Każdy ma wpływ na jakość rozmowy oraz klimat panujący przy posiłku. Jest to okazja powiedzieć drugiej osobie coś miłego.

Wspólny posiłek to także jedzenie w milczeniu. Cisza nikogo nie krzywdzi. Będąc na stołówce w sanatorium, czułem się jak w ulu. Panował taki hałas jak w hali przemysłowej. Jedzenie w ciszy może być komplementem dla osoby przygotowującej posiłek. Szkoda czasu na gadanie, lepiej wziąć się do jedzenia.

 Cisza jako naturalna część bycia razem. Pisząc te słowa z głośników laptopa słychać utwór „The sound of silence”, tłumacząc „Dźwięk ciszy”. Często, gdy mamy już czas usiąść przy wspólnym stole, mamy za sobą ciężki dzień, trudną rozmowę albo po prostu nie mamy ochoty gadać. Szacunek i akceptowanie drugiego człowieka polegają także na uszanowaniu jego potrzeb, odczuć nawet kaprysów. Cisza nie jest niczym złym.

Stół, przy którym wspólnie siedzimy, to nie tylko mebel. To centralne miejsce, gdzie można być sobą, gdzie każdy powinien być równy. Przy stole nie ma Pana i podwładnych. Nie ma też Zgredka czy Stworka, którzy za nas podadzą posiłek i posprzątają. Przy wspólnym stole, każdy ma prawo zabrać głos. „Co wolno wojewodzie to nie tobie smr…” tego typu teksty nie mają prawa bytu.

 

5.     Dźwięki rozmów, które nie muszą być mądre.

Pamiętajcie wspólne jedzenie pizzy to nie elitarne koło dyskusyjne czy Miliard w rozumie. Można rozmawiać na różne tematy, nawet te niepoważne, głupkowate. Dobry żart, śmiech wprowadzają rozluźnienie, odprężenie. Śmiech to zdrowie. Dlatego nie wprowadzajcie niepotrzebnego napięcia. Nie poprawiajcie, nie oceniajcie. Pozwólcie sobie na „zdjęcie krawata i rozpięcie guzika pod szyją”.

Rozmowa to nie tylko mądre, wymyślne słowa. Rozumieć się bez słów, to pragnienie wielu ludzi. Gest, mimika twarzy, pauza, westchnięcie czasem wystarczą. I mówią więcej niż kilka słów. W ten sposób nie wchodzimy komuś w słowo. Mówienie wtedy, gdy ma się ochotę, ma swoje ograniczenia. Nie chodzi mi o treść, ale o to, żeby nie mówić wszyscy na raz, aby dać drugiemu dokończyć zdanie. Przecież nie jesteśmy politykami w Kawie na ławę.

Z drugiej strony przy stole powinniśmy czuć, że nikt nam nie zagraża, że nikt nas nie atakuje. Ton głosu rozmówcy daje nam poczucie bezpieczeństwa. Dlatego dobrze jest, żeby ktoś modelował rozmowę. Po prostu w momencie, gdy robi się nerwowo ktoś tak poprowadził dialog, aby każdy poczuł się wysłuchany i że mógł się wypowiedzieć.

 

6.     Ciastka Dr Gerard jako spokojne dopełnienie.

Gdy pizza już zagości na stole, połóż obok talerzyk ze słodką przekąską. Niektórzy lubią coś słodkiego po obiedzie. Kilka lekkich ciasteczek kruchych albo rurka waflowa dopełni posiłek.

Z tego co się orientuję, pizza na słodko raczej nie wchodzi w grę. Ostra, słona, mięsna, wege to są najczęstsze wybory. Dlatego wafelek w czekoladzie po słonym jest jak najbardziej ok. ponadto dajemy znać towarzyszom, „zostań jeszcze chwilę”. Dajemy do zrozumienia, że dobrze się czujemy mając ich przy sobie.

Mała słodka przekąska, mały dodatek, który domyka spotkanie. Wstając od stołu jesteśmy syci. Strawa dla ciała i ducha, pizza i ciasteczko doprawione miłą rozmową to recepta na sukces.

 

7.     Kuchnia jako centrum codziennego świata.

Już wcześniej pisałem o moim układzie słonecznym, gdzie kuchnia mieści się w samym centrum. Pokoje i inne pomieszczenia krążą po orbicie wokół niej. Jako osoba niedowidząca muszę znać rozmieszczenie przedmiotów w swoim otoczeniu. Dlatego moja rodzina dba, aby było miejsce na wszystko.

Stałe punkty, dają orientację, to święta prawda. Nieświadomie poruszając się po domu mam miejsca, które zawsze mnie pokierują na dobre tory. Dochodząc tam, wiem, że gdzie jestem. Nic mnie nie zaskoczy. Jeżeli domownicy przez pomyłkę czegoś nie poprzestawiają to jestem w stanie odnaleźć się nawet obudzony w środku nocy.

Kuchnia jako bezpieczna mapa domu. Kuchnia zawsze jest w środku wydarzeń. Jest to centrum życia rodzinnego. Od niej wszystko się zaczyna. Przyjmowanie gości, zaczynamy od parzenia gorących napojów. Wstajemy rankiem, przygotowujemy śniadanie, aby mieć siłę wyjść z domu. Wracając z pracy robimy zakupy, które w kuchni rozpakowujemy. Planujemy tam menu na kolejne dni. Albo po prostu siedzimy sobie w kuchni grzejąc się ciepłem ogniska domowego.

 

8.     Widzenie domu bez patrzenia.

Bezpieczeństwo odczuwalne w ciele, rozumiem jako fakt, że poruszając się po domu, dotykają rękoma punktów orientacyjnych wiem, gdzie jestem. Odczuwając pod stopami strukturę posadzki nic mnie nie zaskoczy. Nawet powiew wiatru na twarzy mówi mi, gdzie jestem. Znam mój dom, wiem które okno jest otwarte.

Dźwięki i zapachy zamiast obrazu, dwa razy tak. Zgadam się. Każde pomieszczenie ma swój zapach. Pomijając już kuchnię i toaletę, to każdy pokój ma swój zapach. Osoba w nim przebywająca nadaje mu osobistego charakteru. Zarówno, jeżeli chodzi o zapach jaki i dźwięk. Ktoś lubi dywany, drugi nie. Ktoś ma tapety a ktoś maluje ściany. Ktoś zawiesza firanę i zasłony, które wytłumiają. Inni mają fotel na biegunach a inni kręcą się na krześle komputerowym.

Zaufanie do przestrzeni jest bardzo ważne. Jednak na przestrzeń ma wpływ każdy z mieszkańców. Dlatego ważne jest ustalenie, rozmieszczenie przedmiotów i aby każdy się stosował. Bardzo boleśnie się przekonałem, gdy mieliśmy gościa i w nocy wpadłem na walizkę, której nigdy w tym miejscu nie było.

Gdy już mam mapę domu i nikt nie robi „niespodzianek” spokój przyjdzie sam. Poczucie bezpieczeństwa wzrasta z minuty na minutę.  

 

9.     Dlaczego takie wieczory zostają w pamięci?

Międzynarodowy Dzień Pizzy powoduje, że czas spędzony rodzinnie w miłej atmosferze zapada w pamięci. Dlaczego tak jest? To proste, jest to czas z najbliższymi. Jest to czas, gdy odrywamy się od ekranów. Zapominamy o ciężkim dniu w pracy. Nie myślimy o tym co czeka nas jutro.

Wspólne robienie pizzy nie wymaga wielkich przygotowań, firm cateringowych, animatorów, radia i telewizji. To miłe chwile spędzone w kuchni z rodziną. Taki wieczór jest przewidywalny, wiemy z kim go spędzimy, jak go spędzimy co zjemy. Niewiedza mnie stresuje. Przede wszystkim czas spędzony z bliskimi mnie odpręża, niesie mi ulgę. Czuję się dobrze.

Prostota jest pożądana. Życie jest skomplikowane, zawiłe. Relacje w pracy są pogmatwane. Dlatego zwyczajność, normalność i rozmowy z bliskimi są tak ważne. Tak budowane relacje są trwałe. Chce się do nich wracać. Marzy się o kolejnym takim wieczorze.

 

10. Międzynarodowy Dzień Pizzy jako święto bycia razem.

W tym tekście chciałem pokazać Wam, jak ja stworzyłem swój świat. Świat wokół kuchni. Świat, oparty za dźwiękach i zapachu mnie otaczających. Kuchnia miejsce, które zbliża ludzi, gdzie można spędzić wspólnie niezapomniane chwile.

Pizza, ciastko i znane dźwięki, czyli to co misie lubią najbardziej. Czego od życia więcej potrzeba. Nie zapominajcie, potrzebny jest drugi człowiek. Nikt nie powinien być sam. Z bliską osobą można porozmawiać albo razem pomilczeć. Po prostu być razem.

Mam nadzieję, że nie zanudziłem Was. Może Ktoś z Was przeprowadzi eksperyment we własnym domu. Zasłoni oczy i wsłucha się w dźwięki domu. Potem przejdzie do pokoju, w którym ktoś będzie np. czytał gazetę.

Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją i rozmowy, które nie próbują naprawiać nastroju. Obecność zamiast dobrych rad

 

1. Wstęp: Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją bez recept

 

Dzień walki z depresją wraca co roku i za każdym razem przyjmuję go z poczuciem, że nie ma na to zjawisko jednej prostej recepty. Nie jest to też zadanie do wykonania ani chwilą, w której trzeba coś naprawić. Dla mnie to raczej przypomnienie, że można się zatrzymać. Bez planu. Bez odpowiedzi. Pozwolić sobie na słabość i pozwolić, by czas płynął trochę wolniej.

Nie oczekuję od tego dnia gotowych wniosków. Czasem nie ma żadnych — i to też jest w porządku. Depresja nie układa się w proste definicje. Bywa ciężarem na piersi, uwięzłym oddechem, gonitwą pourywanych myśli, zmęczeniem, które nie mija po odpoczynku. To doświadczenie, które nawet trudno wypowiedzieć słowami, ale jest, istnieje. Jest osobiste, ciche, często niewidzialne dla innych.

Rozmowa w takim kontekście zaczyna się często od milczenia. Od wspólnego siedzenia, słuchania tykania zegara, stuknięcia kubka o blat. Zanim padnie pierwsze zdanie, jest przestrzeń, w której można się oswoić z czyjąś obecnością. Ten tekst wyrasta właśnie z tego miejsca. Nie próbuję w nim niczego naprawiać. Chcę raczej być — i zaprosić cię do spokojnego bycia tutaj, przez chwilę.

 

2. Rozmowy, które nie przyspieszają

 

Kiedyś wydawało mi się, że rozmowa powinna prowadzić dokądś konkretnie. Powinna mieć jakiś plan, założenia, jakiś cel. Teraz bliższe jest mi podejście, w którym rozmowa nie musi zmierzać do celu. Może po prostu trwać, bez zakładania co będzie dalej.

Brak pytań o przyszłość daje przestrzeń. Zamiast tego zostaje słuchanie chwili — brzmienia głosu, długości pauz, drobnych zmian w oddechu. Pauzy przestają być niewygodne. Stają się naturalne, jak cisza między dźwiękami muzyki. Przyszłość, chociaż stanowi motywację do działania — schodzi w tej chwili na drugi plan.

Mówienie tylko wtedy, gdy naprawdę chce się mówić, zmienia ton spotkania. Słowa przestają być obowiązkiem. Są wyborem. Spokój zastępuje pośpiech. Dla mnie takie rozmowy przypominają powolne popijanie herbaty — bez ram czasowych, bez potrzeby kończenia w konkretnym czasie.

 

3. Obecność ważniejsza niż dobre rady

 

Zdarzało mi się nie raz odruchowo szukać rozwiązań. Podsuwać pomysły, ścieżki, sposoby. Jednak z czasem poczułam, że to nie zawsze pomaga. Rady potrafią wprowadzać dystans — jakby między dwojgiem ludzi pojawiał się niewidzialny mur dwóch różnych światów.

Słuchanie bez poprawiania, bez podpowiadania wymaga więcej powściągliwości. Oznacza przyjęcie czyichś słów bez ich kształtowania. Pozwala drugiej osobie pozostać w swoim tempie, poczuć się bezpiecznie.

Bycie obok bez planu ma w sobie coś kojącego. Nie trzeba wiedzieć, co powiedzieć. Nie trzeba zmierzać ku rozwiązaniu. Zgoda na brak odpowiedzi sprawia, że rozmowa staje się łagodniejsza — mniej napięta, bardziej ludzka.

 

4. Głos, który nie ocenia

 

Z czasem zauważyłam, jak ważny jest sposób mówienia. Głos niesie emocje subtelniej niż treść. Kiedy brzmi spokojnie, wprowadza bezpieczeństwo. Kiedy zwalnia, pozwala drugiej osobie zwolnić razem z nim. Radość z rozmowy pozwala czuć spokój bez fałszywych nut w głosie, które łatwo wyczuć.

Ton wypowiedzi potrafi otulić. Spokojne zdania, wypowiedziane bez napięcia, tworzą przestrzeń, w której można się zatrzymać, być razem i na chwilę oddalić samotność. Cisza między słowami staje się częścią wsparcia.

Dla mnie sposób mówienia jest jak miękki rytm — nie narzuca, nie przyspiesza. Przypomina, że rozmowa to coś więcej niż wymiana zdań. To spotkanie w brzmieniu głosów.

 

5. Widzenie rozmowy bez patrzenia


Są rozmowy, które istnieją poza obrazem. Skupienie przenosi się na słuch — na drobne dźwięki, na modulację głosu, na pauzy. To w nich kryje się wiele znaczeń.

Brak presji oceniania tego, jak coś wygląda, przynosi ulgę, uspokaja. Nie trzeba się prezentować, wizja tu nie ma znaczenia. Kontakt buduje się poprzez słyszenie i bycie słyszanym.

Rozmowa staje się przestrzenią, w której spokojnie się poruszamy. Przestaje być narzędziem. Nie służy czemuś konkretnemu. Dla mnie to trochę jak siedzenie w spokojnym miejscu, gdzie można oddychać pełniej i nie czuć oczekiwań ani wyzwań. W tej przestrzeni można być sobą.

 

6. Ciastka Dr Gerard jako cichy element bycia razem

 

Zwyczajne chwile mają swoją wagę. Postawienie talerzyka na stole, bez słów, bez wyjaśnień — to drobny gest obecności. Obok kubek czegoś ciepłego, dźwięk nalewanej wody, miękkie przesunięcie krzesła. Te dźwięki brzmią swojsko.

Sięgnięcie po ciastko Dr Gerard bywa tylko dodatkiem do bycia razem. Nie jest celem spotkania. Raczej znakiem: dobrze, że jesteś i możesz tu być tak, jak jesteś. Bez rozmowy, jeśli nie masz na nią siły.

Wspólne milczenie przy stole daje poczucie normalności i zwyczajności. Małe rzeczy — chrupnięcie, ciepło kubka w dłoniach — nie wymagają komentarzy, a jednak łączą.

 

7. Gdy rozmowa się kończy i nic się nie zmienia

 

Nie czuję potrzeby podsumowań ani wniosków. Czasem ważniejsze jest samo doświadczenie bycia razem. Obecność nie kończy się wraz z ostatnim zdaniem — zostaje w pamięci dźwięku głosu, w poczuciu wspólnego czasu. Aż do następnego razu.

Są spotkania, po których świat wygląda tak samo jak wcześniej. I to też jest dobrze. Nie każda rozmowa prowadzi do zmiany. Nie każda musi. Takie nastawienie nie narzuca presji i nie przynosi rozczarowania.

Zaufanie do procesu oznacza pozwolenie, by rzeczy toczyły się własnym rytmem. Bez przyspieszania, bez oczekiwania rezultatów. Natomiast właśnie ten proces może wiele zmienić w naszym życiu.

 

8. Rozmowy, które nie zostawiają poczucia winy

 

Najbardziej kojące rozmowy nie niosą presji. Nie zawierają „powinieneś”. Nie wymagają poprawy nastroju. Są wolne od porównań i mierzenia czyjegoś doświadczenia. Takie rozmowy nie pozostawiają przykrego poczucia bycia gorszym i głupszym od rozmówcy.

Dla mnie ważne jest poczucie ulgi po rozmowie. Takie ciche — jak spokojniejszy oddech. Bez zobowiązań. Bez konieczności zmiany siebie.

To przestrzeń, w której można odejść bez ciężaru. Z poczuciem, że bycie wystarczyło.

 

9. Dlaczego takie rozmowy mają sens

 

Tego typu rozmowy budują zaufanie. Kiedy ktoś jest obok bez nacisku, łatwiej otwierać się w swoim tempie. Napięcie łagodnieje i znika.

Bycie wysłuchanym daje poczucie zakorzenienia w relacji. Nie obciąża. Nie wymaga odwzajemniania się jakimś błyskotliwym rozwiązaniem.

Sens takich rozmów leży w ich prostocie. Nie zmieniają świata natychmiast. Ale zmieniają chwilę — a czasem to wystarcza.

 

10. Zakończenie: Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją jako dzień uważnej obecności

 

Ten dzień przypomina mi, że obecność może być najprostszą formą wsparcia. Rozmowa nie musi naprawiać. Cisza też może troszczyć się o drugiego człowieka.

Ciepły napój, coś drobnego do przegryzienia, spokojne współistnienie przy stole — to czasem wszystko, czego potrzeba. Bez planu i bez oczekiwań.

Jeśli miałabym zostawić cię z jedną myślą, byłaby bardzo prosta: spróbuj dziś pobyć obok kogoś. Albo pozwól komuś pobyć obok ciebie. Bez naprawiania. Bez pośpiechu. Tak, jak potrafisz.

Dzień Ciasta Marchewkowego i dom budowany zapachem cynamonu. Zwykła obecność ważniejsza niż perfekcja.

Dzień Ciasta Marchewkowego jako spokojne święto

    To święto zawsze kojarzy mi się z czymś prostym i spokojnym. To dzień, na który nie zwraca się szczególnej uwagi, on jest jak wolny czas, który mogę spędzić w ciszy i bez pośpiechu. I może dlatego ten dzień łączę bardziej z domem niż samą kuchnią. Ciasto marchewkowe z mojej perspektywy zaczyna się od zapachu, ponieważ to on pierwszy się pojawia. Jest lekko korzenny, ciepły i subtelny. Zapach jest dla mnie takim sygnałem bezpieczeństwa, ponieważ jest znajomy, stonowany i nie dominuje otoczenia. 

Ciasto marchewkowe to raczej wypiek zwyczajny i jak dla mnie nie musi być perfekcyjny czy najlepszy. Może nawet opaść lub się za bardzo wysuszyć, nie musi być idealny. W moim odczuciu to ciasto jest przypomnieniem, że ciepło nie wynika z doskonałości, ale z obecności. Dzień ten jest zaproszeniem do odpoczynku.

Zapach cynamonu jako domowy drogowskaz

    Aromat cynamonu to dla mnie coś więcej niż tylko przyprawa to rodzaj sygnału, który działa natychmiast. Gdy go czuję, nie muszę zadawać pytań, moje ciało wie lepiej, a kroki prowadzą mnie do kuchni jakby zapach delikatnie, ale stanowczo wskazywał kierunek. Aromat cynamonu jest czymś więcej niż tylko bodźcem, daje mi poczucie miejsca, a kuchnia przestaje być pomieszczeniem i staje się bezpieczną, ciepłą przestrzenią. Cynamon oswaja powietrze i umieszcza mnie w danej chwili oraz sprawia, że już jedna nuta wystarczy, aby wnętrze nabrało znaczenia. 

Znane przyprawy mają w sobie kojąca przewidywalność, a w świecie pełnym zmian to prawdziwy luksus. Zapach cynamonu, wanilii czy goździków nie zaskakuje, a raczej uspokaja, zapewnia ciągłość smaków, a ich zapach nigdy mnie nie zawiódł. 

Zapach jest dla mnie istotniejszy niż obraz, ponieważ wnika w pamięć, w emocje, w ciało i nie mogę go tak po prostu zignorować oraz zatrzymać na powierzchni, a do tego potrafi przywołać wspomnienia, a także poczucie bezpieczeństwa, którego mi akurat brakuje. 

Dom, który poznaje wszystkimi zmysłami

    Dom jest dla mnie miejscem, które zawsze rozpoznam. Wystarczy, że dotykam dłońmi blat, który jest zimny rano, a ciepły po południu i już wiem, gdzie jestem. Palce same odnajdują krawędzie, drobne rysy, znane rozmieszczenie rzeczy. W takim znajomym pomieszczeniu nic mnie nie zaskoczy, wszystko ma swoje położenie, a ja tutaj mogę się odnaleźć. 

Kuchnia ma swój codzienny język, czyli dźwięki, które są proste, powtarzalne, uspokajające. Te dźwięki mnie nie dziwią, nie są dla mnie hałasem, ale tłem, które mnie podtrzymuje. Cichy szum piekarnika, kliknięcie zapalanej płyty, odgłos wody nalewanej do czajnika czy stukanie naczyń przypomina mi, że dzień toczy się swoim rytmem i wszystko jest w porządku. 

Ten sam rytm dnia wycisza moje ciało. Poranek, popołudnie czy wieczór ma swoje tempo, bo w domu czas nie pędzi, a raczej płynie i ja płynę razem z nim. Oddycham spokojniej, napięcie mnie opuszcza, a myśli przestają galopować. W powtarzaniu tych samych czynności jest coś, co działa na mnie kojąco i przywraca mi poczucie równowagi. 

Ważna jest dla mnie przestrzeń, która nie wymaga mojej czujności, bo wtedy nie muszę niczego pilnować, sprawdzać, przewidywać. Mogę być wtedy zmęczona, rozproszona, spokojna, nieuważna, a dom przyjmuje mnie niezależnie od tego, jaka jestem w danym momencie. Dom dla mnie to nie tylko cztery ściany to przede wszystkim miejsce, w którym wracam do siebie, a wszystkie zmysły mogą tu w spokoju odpocząć. 

Zwykła obecność zamiast pojedynczych gestów

    Zwykła obecność ma dla mnie większe znaczenie niż idealnie dobrane gesty, ponieważ to ona daje poczucie bezpieczeństwa bez napięcia, bez strategii i potrzeby uzasadniania czegokolwiek. Gdy jest się obok kogoś tak naprawdę, to nie trzeba nikogo poprawiać, czy stawiać diagnoz. Po prostu trzeba być i to wystarczy. I właśnie w takim miejscu mogę normalnie funkcjonować, gdzie nikt nie próbuje mnie zmieniać na lepsze. 

Doceniam rozmowy takie o niczym i o wszystkim, o drobnostkach czy pogodzie, ponieważ nie każda wymiana zdań musi być mądra. Czasami wartościowa, lżejsza i prawdziwsza jest sama rozmowa gdy nie trzeba się wysilać przy układaniu doskonałych zdań. 

Znacie to uczucie, że mimo starań jednak coś nie wyszło? Zwiększony wysiłek stwarza napięcie, a wtedy oddalamy się od siebie, a gdy trochę sobie odpuszczę i tak bardzo nie przywiązuje do czegoś uwagi, to wtedy jest dobrze, a nawet lepiej. Dobre zmiany potrzebują czasem tylko zgody na małe niedoskonałości. 

Ciasto marchewkowe jako symbol codziennej prostoty

    Ciasto marchewkowe jest dla mnie oznaką zwykłej codziennej rzeczywistości. Smak ciasta nie dominuje tylko towarzyszy. Dla mnie jest znajomy, domowy i łagodny, nie przytłacza słodyczą. To wypiek który "może być, jaki jest" niekoniecznie, równy, wyrośnięty czy ozdobiony. Ciasto to nie musi być dopracowane, może być wilgotniejsze albo trochę za ciężkie, a i tak najważniejsze, że jest i swoją niedoskonałością przypomina mi zwykłą codzienność. Ciasto to pretekst, abym się zatrzymała w ciągu dnia. Krojenie, zapach oraz ciepła herbata i tempo dnia zwalnia, chociaż na parę minut. To czas kiedy nie muszę nic robić, to taka mała pauza kiedy trzeba skorzystać z drobnych, prostych przyjemności.

Nigdy nie oczekuję, że to ciasto mnie zachwyci czy zmieni dzień i może dlatego sprawia mi radość, która zostaje ze mną na dłużej, ponieważ jest bez wymuszonych obietnic. 

Ciastka Dr Gerard jako drobny znak troski

    Coraz częściej doceniam zwykłą obecność, a nie perfekcję. Czasami wystarczy tylko talerzyk postawiony bez okazji tak zwyczajnie, jakby chciał powiedzieć "jestem tu, zaczekaj chwilę przecież nie wszystko, musi być posprzątane". Nie zawsze muszę mieć idealnie upieczone ciasto i wszystko doskonale ogarnięte na stole. Na talerzyku ciastka od Dr Gerard są dla mnie małym, ale znaczącym gestem, jakby to były takie drobne znaki troski. Gdy układam je na stole, to mam na myśli małą przerwę w środku dnia i chwilę oddechu pomiędzy obowiązkami. Jest to taka krótka chwilka kiedy pozwalam sobie na coś miłego.  

Niekiedy to ciastko jest jak cichy, ale czytelny przekaz "pomyślałam o Tobie" bez specjalnych słów i deklaracji. Okazuję troskę przez obecność i drobiazgi, które można przeoczyć, a to one pozostają na długo w pamięci. Najbardziej wierzę w małe rzeczy, które robią dużą różnicę jak talerzyk odruchowo postawiony na stole, zapach cynamonu unoszący się w kuchni, ciastko zjedzone powoli z uważnością. Te drobne rzeczy tworzą codzienność, niekoniecznie perfekcyjną, ważne, aby była dobra i prawdziwa. 

Rozmowy przy stole, które nie poprawiają świata

    Dzień Ciasta Marchewkowego działa na mnie relaksująco za sprawą wilgotnego, ciepłego, troszkę korzennego smaku. Jest to pretekst, aby usiąść przy stole tak po prostu bez planu naprawiania świata. Właśnie najbardziej lubię takie rozmowy, gdzie nikt nie musi mieć racji. Przy gorącej herbacie i kawałku ciasta mogę swobodnie mówić, ale nie po to, aby rozwiązać jakiś problem, ale po to, żeby być obok. Słucham tego co inni mają do powiedzenia i mówię, co czuję. W takiej rozmowie jest miejsce na pauzę, śmiech czy westchnienie, które wiele znaczy. Nie potrzebuję, żeby ktoś mnie poprawiał, wystarczy, że posłucha czy kiwnie głową. 

Dla mnie ważny jest również spokój w tempie rozmowy taki bez przerywania, pośpiechu czy układania w myślach kolejnych zdań. Przy kawałku ciasta czas zwalnia, a rozmowa nie zmierza do głębokiej refleksji. 

Dla mnie bliskość to obecność, wspólny stół, zwykłe domowe ciasto i chwila rozmowy nawet taka o niczym ważnym. 

Dom, w którym nie trzeba być gotowym

    To dom, w którym wyrażam zgodę na zmęczenie i nie uznaję tego za porażkę. I gdzie nikt nie powie mi, żebym szybciej odpoczywała czy wzięła się w garść. Mam tutaj pozwolenie, aby usiąść na chwilę, a ten czas może nawet trwać znacznie dłużej, niż początkowo zamierzałam. Jest to również miejsce bez oczekiwań wobec siebie, ponieważ ja nie muszę odgrywać żadnej roli, tak jak ciasto marchewkowe nie musi być doskonałe. Tutaj nie muszę być produktywna, uśmiechnięta czy gotowa na jutro, czasami trzeba tylko być obecnym, nawet wtedy gdy energii jest akurat niewiele. 

W świecie pełnym zmian przepis na ciasto marchewkowe jest dla mnie niezmienny i znany od wielu lat. Zapach cynamonu czy sposób krojenia marchewki uspokaja, ponieważ zachowuję tę samą rutynę, a powtarzalność przynosi ulgę. 

Ciasto może się kruszyć, dzień być nieudany, polewa za słodka, a i tak wszystko jest w porządku, a niedoskonałość jest dowodem na to, że wszystko jest prawdziwe. 

Dlaczego takie chwile zostają na dłużej?

    W Dzień Ciasta Marchewkowego nie jest ważny tylko kawałek ciasta na talerzyku, to odpowiednia chwila, przytulna kuchnia i zapach unoszący się w powietrzu zostają ze mną na długi czas. 

Gdy ścieram marchewkę, mieszam składniki, czuję lepkie ciasto pod palcami, to wiem, że jestem tu obecna. Nie muszę analizować, planować, moje dłonie są zajęte pracą, nos wyłapuje zapachy, a uszy słyszą słaby szum piekarnika. Takie doznania są rzeczywiste i nie można ich ominąć, ani szybko zapomnieć.

Ciasto marchewkowe jest proste, czasem niedoskonałe, może się zdarzyć, że pęknie na środku czy polewa spłynie po boku, ale niczego nie udaje. A gdy siedzę przy stole i dzielę się kawałkiem tego ciasta, to rozmowa płynie swobodnie, bez scenariusza, a za to jest śmiech i szczerość. Zapachy zapisują się w pamięci i czasami wystarczy, że poczuję zapach cynamonu i mogę wrócić myślami do kuchni mojej mamy czy chłodnego popołudnia w jesienny dzień. Zapach działa szybciej niż słowa i mogę łatwiej wrócić pamięcią do konkretnych osób lub miejsc, gdzie było przytulnie, ciepło i bezpiecznie. 

Zwyczajne chwile są najtrwalsze i wracają do mnie najczęściej. Małe, ciche momenty takie jak kawałek ciasta jedzony w spokoju i ciszy, którą zakłóca tylko stukanie widelca o talerzyk czy zwykły gest podania komuś kolejnego kawałka ciasta pozostają ze mną bardziej, ponieważ są naturalne i codzienne. Takie chwile przypominają mi, że jestem we właściwym miejscu.

Dzień Ciasta Marchewkowego jako święto bycia

    Ten dzień jest dla mnie świętem takiego zwykłego istnienia i wtedy pozwalam sobie na prawdziwe rozluźnienie i odpoczynek. Gdy piekę ciasto marchewkowe, to dom wypełnia się przyjemnym zapachem cynamonu oraz marchewki i w takim momencie wiem, że mam do czego wracać nawet gdy nigdzie nie wychodziłam. W sumie to nie muszę nic robić, wystarczy, że jestem, że ktoś jest obok i powstaje dom zbudowany zapachem i obecnością. Moment ciszy gdy siadam z kawałkiem ciasta jest dla mnie tak samo ważny jak smak. Jest to czas kiedy mogę złapać oddech i zregenerować siły. 

Ciasto wcale nie musi być perfekcyjne, a cały urok kryje się w jego niedoskonałości, która przypomina mi, że nie muszę być idealna, żeby być wystarczająca. Tak samo jak ciasto nie musi by idealne, żeby było smaczne. 

    Zapraszam Cię dziś do zrobienia małego doświadczenia. Pozwól rzeczom być "wystarczająco dobrymi" nie naprawiaj ich w nieskończoność. Usiądź na minutkę nawet gdy masz coś jeszcze do zrobienia. Zjedz ciasto marchewkowe, zaparz kawę lub herbatę i przez chwilę bądź, ale tylko dla siebie.