wtorek, 17 lutego 2026

Dzień Naleśnika i dom, który czuje się wszystkimi zmysłami. Ciastka Dr Gerard jako mały znak codziennej troski

 

 Dzień Naleśnika i dom, który czuje się wszystkimi zmysłami. Ciastka Dr Gerard jako mały znak codziennej troski

 

 Dzień Naleśnika bez pośpiechu i oczekiwań

Dzień Naleśnika nie jest dla mnie wielkim wydarzeniem. Nie kojarzy mi się z planowaniem, przygotowaniami ani z idealnym porankiem. To raczej zwykły dzień, który pozwala na chwilę się zatrzymać. Naleśniki są jedzeniem prostym i dobrze znanym. Właśnie dlatego pasują do domu i do codzienności. Nie trzeba się ich uczyć od nowa ani zastanawiać, czy wyjdą dobrze. One po prostu są.

To święto nie kojarzy mi się z perfekcją. Nie musi być idealnie posprzątane ani cicho. Dla mnie Dzień Naleśnika to moment, w którym można odpuścić oczekiwania. Dom nie jest wtedy miejscem do pokazania, ale miejscem do bycia. Nie chodzi o to, jak wygląda, ale o to, jak się w nim czujemy.

Dom odbieram nie tylko wzrokiem. Najczęściej czuję go zapachem, dźwiękiem i dotykiem. To one budują poczucie bezpieczeństwa. Ten tekst jest zaproszeniem do zwolnienia tempa. Do przeczytania go spokojnie, jakbyśmy siedzieli przy jednym stole, bez pośpiechu i bez ocen.

 

 Kuchnia, która prowadzi zapachem

Kiedy rano wchodzę do kuchni, pierwsze, co do mnie dociera, to zapach. Jeszcze zanim zobaczę patelnię albo składniki, czuję ciepło i aromat. Zapach rozgrzanej patelni jest jak sygnał, że dzień się zaczyna. Nie trzeba słów ani wyjaśnień. Ten zapach jest znany i przewidywalny.

Znane aromaty dają poczucie stabilności. Kojarzą się z porankami, które już były, i z tymi, które jeszcze nadejdą. Kuchnia staje się wtedy miejscem spokojnym, bez napięcia. Nie trzeba się spieszyć ani martwić, że coś pójdzie nie tak. Zapach działa szybciej niż rozmowa. Potrafi uspokoić, zanim zdążymy pomyśleć.

Kiedy zapach naleśników wypełnia kuchnię, dom zaczyna żyć swoim rytmem. To rytm, który nie wymaga planu. Wystarczy być obecnym i pozwolić, by codzienność toczyła się naturalnie.

 

  Dłonie, które wiedzą, co robić

Robienie naleśników nie wymaga ciągłego patrzenia. Po pewnym czasie dłonie same wiedzą, co robić. Nalewanie ciasta, lekkie przechylenie patelni, chwila czekania i odwracanie naleśnika to ruchy powtarzane wiele razy. Są znajome i spokojne.

W takich chwilach dotyk staje się ważniejszy niż wzrok. Czujemy temperaturę patelni, ciężar chochli, miękkość gotowego naleśnika. Te odczucia sprawiają, że skupiamy się na tym, co tu i teraz. Gotowanie przestaje być obowiązkiem, a staje się czynnością, która porządkuje myśli.

Powtarzalne ruchy działają uspokajająco. Nie trzeba się spieszyć ani analizować każdego kroku. Dłonie prowadzą same, a głowa może odpocząć. Właśnie dlatego takie proste czynności mają w sobie coś kojącego.

 

Dźwięki domu jako mapa poranka

Dom nigdy nie jest całkowicie cichy. Zawsze słychać jakieś dźwięki. Syczenie patelni, ciche stuknięcie talerza o blat, odgłos otwieranej szafki. Te dźwięki tworzą mapę poranka. Pokazują, że dzień się zaczyna i że wszystko jest na swoim miejscu.

Czasem słychać kroki domowników albo krótkie rozmowy. Nie zawsze są one ważne ani długie. Czasem wystarczy jedno zdanie albo zwykłe „dzień dobry”. Te dźwięki dają poczucie obecności innych osób i sprawiają, że dom wydaje się bezpieczny.

Ważna jest także cisza między dźwiękami. To w niej można się zatrzymać i złapać oddech. Cisza nie oznacza pustki. Jest przestrzenią na spokój i refleksję. Dzięki niej dom staje się miejscem, w którym można się wyciszyć.

 

Stół jako miejsce codziennej troski

Stół w domu pełni szczególną rolę. To przy nim spotykają się domownicy, nawet jeśli tylko na chwilę. Krzesła stoją zawsze w tym samym miejscu, a naczynia są dobrze znane. Ta stałość daje poczucie bezpieczeństwa.

Jedzenie przy stole nie musi być idealne ani uroczyste. Wystarczy, że jest spokojne. Nie ma ocen, pośpiechu ani presji. Rozmowy mogą być krótkie albo wcale się nie pojawić. Czasem sama obecność wystarcza.

Stół jest miejscem codziennej troski. To przy nim buduje się relacje, nawet jeśli nikt o tym głośno nie mówi. Zwykłe wspólne siedzenie ma większe znaczenie, niż może się wydawać.

 

Małe gesty uważności

Obok naleśników czasem pojawia się mały talerzyk z ciastkami Dr Gerard. Nie z okazji święta ani specjalnego wydarzenia. Po prostu jako drobny gest. Po ciepłym naleśniku słodki smak jest przyjemnym dodatkiem.

To nie jest coś, co musi się pojawić. Właśnie dlatego ma znaczenie. Takie ciastko może być cichym znakiem troski. Jakby ktoś chciał powiedzieć: „pomyślałem o tobie”. Nie potrzeba wielkich słów ani gestów.

Drobne rzeczy często budują poczucie domu bardziej niż wielkie wydarzenia. Małe gesty uważności sprawiają, że codzienność staje się cieplejsza i bardziej ludzka.

 

Dom, który czuję, a nie oglądam

Dom nie zawsze trzeba oglądać, żeby wiedzieć, że jest znajomy. Wystarczy dotyk. Znam miejsca pod palcami. Wiem, gdzie stoi kubek i gdzie leży ściereczka. Te rzeczy są zapisane w pamięci.

Zapachy i dźwięki także zostają w nas na długo. Często przypominają dom nawet wtedy, gdy jesteśmy gdzie indziej. Rytuały, nawet najprostsze, dają poczucie spokoju. Nie muszą być wyjątkowe ani idealne.

Dom staje się wtedy przestrzenią bez napięcia. Miejscem, w którym można być sobą i nie udawać niczego przed innymi.

 

 Zwykłe dni i ich znaczenie

Często myślimy, że najważniejsze są wyjątkowe momenty. Tymczasem to zwykłe dni mają największe znaczenie. Powtarzalność daje poczucie bezpieczeństwa. Codzienne czynności wykonywane bez presji uczą spokoju.

Nie trzeba dążyć do perfekcji. Niedoskonałość jest częścią codzienności. Właśnie dlatego zwyczajność jest tak ważna. Nie wymaga udowadniania swojej wartości ani spełniania oczekiwań.

Zwykłe dni budują dom krok po kroku. Powoli, ale trwale.

 

Poranki, które zostają w pamięci

Takie poranki zostają w pamięci, bo angażują całe ciało. Nie tylko myśli. Zapach, dźwięk i dotyk sprawiają, że chwila staje się prawdziwa. Nie trzeba energii ani przygotowań.

Takie poranki są przewidywalne i znajome. Dają poczucie kontroli nad dniem. W świecie, który często pędzi i zmienia się zbyt szybko, taka stabilność jest bardzo potrzebna.

 

Małe rytuały na początek dnia

Małe rytuały porządkują dzień od samego początku. Kiedy robimy coś, co dobrze znamy, czujemy się pewniej. Nie musimy podejmować decyzji ani zastanawiać się, czy robimy to dobrze. Rytuał sam nas prowadzi.

Dla jednych będzie to robienie naleśników, dla innych parzenie herbaty albo spokojne siedzenie przy stole. Ważne jest to, że rytuał daje chwilę oddechu. Pozwala rozpocząć dzień bez presji i napięcia.

Powtarzalne czynności sprawiają, że dzień staje się bardziej przewidywalny. A przewidywalność daje poczucie bezpieczeństwa. W świecie pełnym zmian takie stałe punkty są bardzo ważne.

 

 święto codzienności

Dzień Naleśnika może być świętem codzienności. Nie musi być wyjątkowy ani idealny. Wystarczy naleśnik, małe ciastko i chwila spokoju. Dom buduje się z drobnych gestów i powtarzalnych rytuałów.

Nie trzeba być w doskonałej formie ani spełniać oczekiwań. Czasem wystarczy się zatrzymać i poczuć, że jest się u siebie. Może dziś warto znaleźć swój własny domowy rytuał i pozwolić sobie na zwyczajny, spokojny poranek.

 

 

 

poniedziałek, 16 lutego 2026

Europejski Dzień Numeru Alarmowego 112 i codzienne bezpieczeństwo osób z dysfunkcją wzroku. Małe gesty, które dają realną ulgę.

 

Europejski Dzień Numeru Alarmowego 112 i codzienne bezpieczeństwo osób z dysfunkcją wzroku. Małe gesty, które dają realną ulgę.



Europejski Dzień Numeru Alarmowego 112 w zwykłym dniu

Każdego roku 11 lutego obchodzimy Europejski Dzień Numeru Alarmowego 112. To data, która w pierwszym odruchu może kojarzyć się z wypadkami, zagrożeniem, dramatycznymi sytuacjami. A jednak dla mnie to święto mówi o czymś zupełnie innym — o uważności.

Nie o strachu. Nie o panice. O spokojnej świadomości.

Dlaczego to święto kojarzy mi się bardziej z uważnością niż z zagrożeniem

Numer 112 istnieje po to, by działać wtedy, gdy coś wymyka się spod kontroli. Ale przez większość czasu… po prostu jest. Nie dzwonimy codziennie. Nie myślimy o nim w biegu między pracą a domem. A jednak jego obecność ma znaczenie.

To trochę jak świadomość, że mamy przy sobie dokumenty, apteczkę w samochodzie albo zapisany kontakt ICE w telefonie. Nie żyjemy w napięciu. Żyjemy spokojniej, bo wiemy, że w razie potrzeby pomoc jest dostępna.

Uważność to nie ciągłe wypatrywanie zagrożeń. To raczej cicha gotowość.

Bezpieczeństwo jako coś, o czym myślę na co dzień

Bezpieczeństwo rzadko jest spektakularne. Najczęściej objawia się w drobiazgach: zapinaniu pasów, rozmowie z dzieckiem o przechodzeniu przez ulicę, sprawdzeniu czujnika dymu, nauczeniu seniora z rodziny, kiedy i jak wezwać pomoc.

Myślenie o numerze 112 nie musi oznaczać czarnych scenariuszy. Może być elementem codziennej troski — o siebie, o bliskich, o przypadkowych ludzi, którym kiedyś możemy pomóc, wiedząc, jak zareagować.

To świadomość, że odpowiedzialność społeczna zaczyna się w małych decyzjach.

Numer 112 jako spokojna obecność w tle, nie straszak

Dobrze zaprojektowane systemy bezpieczeństwa są trochę niewidzialne. Nie dominują naszego życia. Są jak cichy fundament. Numer 112 nie jest symbolem katastrofy — jest symbolem współpracy: operatorów, ratowników, policji, straży pożarnej i zwykłych ludzi, którzy potrafią zadzwonić wtedy, gdy trzeba.

W tym sensie to numer nadziei. Most między „coś się dzieje” a „ktoś już jedzie z pomocą”.

Zaproszenie do tekstu: tu mówimy o realnym życiu

Ten tekst nie będzie o sensacyjnych historiach ani o statystykach. Będzie o realnym życiu — o tym, jak budować kulturę bezpieczeństwa bez wzmacniania lęku. Jak uczyć dzieci reagowania bez straszenia. Jak mówić o odpowiedzialności w sposób spokojny i dojrzały.

Bo może właśnie o to chodzi w Europejski Dzień Numeru Alarmowego 112 — żeby przypomnieć sobie, że bezpieczeństwo to nie tylko reakcja na kryzys. To codzienna, cicha uważność.

Głos jako pierwszy punkt orientacyjny

W sytuacji zagrożenia świat nagle się zawęża. Serce przyspiesza, myśli pędzą, ciało reaguje szybciej niż rozum. Wtedy pierwszym realnym punktem orientacyjnym staje się… głos. Spokojny, wyraźny, stabilny.

To on porządkuje chaos.

Znaczenie spokojnego, wyraźnego głosu w trudnej sytuacji

Kiedy ktoś dzwoni pod numer alarmowy, często jest w stanie silnego stresu. Może mówić szybko, nieskładnie, płakać albo milczeć. W takich chwilach to nie tylko treść komunikatu ma znaczenie — kluczowy jest sposób, w jaki ktoś odpowiada.

Spokojny głos:

  • obniża napięcie,

  • daje poczucie, że sytuacja jest „do ogarnięcia”,

  • przywraca minimalne poczucie kontroli.

To trochę jak podanie komuś ręki w ciemności. Nie rozwiązuje problemu natychmiast, ale daje oparcie.

Słuchanie jako forma prowadzenia

Często myślimy, że prowadzenie to mówienie, wydawanie poleceń, instruowanie. Tymczasem w sytuacjach kryzysowych prowadzenie zaczyna się od słuchania.

Uważne słuchanie:

  • pozwala wychwycić najważniejsze informacje,

  • daje rozmówcy poczucie bycia zauważonym,

  • spowalnia spiralę paniki.

Cisza między zdaniami bywa równie ważna jak same słowa. To w niej ktoś zbiera oddech, odzyskuje zdolność myślenia, zaczyna współpracować.

Dlaczego sposób mówienia ma ogromne znaczenie

Mózg w stresie działa inaczej. Reaguje bardziej na ton niż na treść. Jeśli słyszy napięcie, podniesiony głos, pośpiech — interpretuje to jako dodatkowe zagrożenie. Jeśli słyszy stabilność — dostaje sygnał bezpieczeństwa.

Dlatego tak ważne są:

  • tempo mówienia (wolniejsze niż naturalne),

  • krótkie, jasne zdania,

  • brak ocen i emocjonalnych komentarzy,

  • powtarzalność i struktura.

„Proszę oddychać. Jestem z panią. Pomoc jest w drodze.”
To nie są tylko słowa. To regulacja emocji drugiej osoby.

Zaufanie budowane tonem, nie słowami

Zaufanie w kryzysie nie rodzi się z długich wyjaśnień. Rodzi się z tonu. Z tego, czy ktoś brzmi jak ktoś, kto panuje nad sytuacją. Kto nie bagatelizuje, ale też nie dramatyzuje.

Ton niesie informację:
„Możesz mi zaufać. Wiem, co robić. Nie jesteś sama.”

Właśnie dlatego głos bywa pierwszym i najważniejszym narzędziem pomocy. Zanim pojawi się karetka, zanim przyjedzie patrol, zanim sytuacja się uspokoi — to on buduje most między lękiem a działaniem.

I czasem to wystarcza, by ktoś odzyskał oddech.

Po trudnej rozmowie – powrót do równowagi

Trudna rozmowa nie kończy się w chwili odłożenia słuchawki. Często jej echo zostaje w ciele — w napiętych barkach, przyspieszonym oddechu, dłoniach, które jeszcze przez chwilę są zaciśnięte mocniej niż trzeba.

Emocje nie wyłączają się na komendę. Potrzebują czasu, by opaść.

Napięcie, które zostaje w ciele

W sytuacji stresowej organizm wchodzi w tryb działania. Adrenalina pomaga reagować szybko, podejmować decyzje, koncentrować się na szczegółach. Ale kiedy sytuacja się kończy, ciało nadal przez moment „pracuje” na podwyższonych obrotach.

Można to poczuć jako:

  • zmęczenie pojawiające się nagle i intensywnie,

  • trudność z powrotem do zwykłych czynności,

  • chwilową nadwrażliwość na dźwięki i bodźce,

  • potrzebę milczenia.

To naturalne. Organizm domyka proces.

Chwila ciszy jako sposób na uspokojenie

Czasem najprostszym wsparciem jest pauza. Kilka minut bez rozmów, bez bodźców, bez natychmiastowego „wracania do normy”.

Cisza pozwala:

  • wyrównać oddech,

  • rozluźnić mięśnie,

  • uporządkować myśli,

  • oddzielić to, co było, od tego, co jest teraz.

To krótki most między intensywnością a codziennością.

Herbata i ciastka Dr Gerard jako znak: „teraz można zwolnić”

Małe, powtarzalne gesty pomagają ciału zrozumieć, że napięcie minęło. Ciepła herbata w dłoniach. Znany smak. Chwila przy stole.

Dla wielu osób takim sygnałem przejścia do spokojniejszego rytmu mogą być drobne przyjemności — na przykład herbata i ciastka Dr Gerard. Nie chodzi o sam produkt, ale o rytuał: usiąść, odetchnąć, dać sobie moment bez pośpiechu.

To komunikat wysyłany do siebie:
„Zrobiłam/zrobiłem, co było trzeba. Teraz mogę zwolnić.”

Małe rytuały pomagające wrócić do dnia

Powrót do równowagi nie musi być spektakularny. Wystarczą drobne czynności:

  • kilka spokojnych oddechów przy otwartym oknie,

  • krótki spacer,

  • zapisanie jednej myśli na kartce,

  • uporządkowanie biurka,

  • napicie się czegoś ciepłego.

Rytuały działają, bo są przewidywalne. Dają poczucie ciągłości. Pomagają przejść od sytuacji wyjątkowej do zwykłego dnia.

A zwykły dzień — z jego rytmem, powtarzalnością i spokojem — bywa najlepszym dowodem na to, że równowaga wraca.

Co daje poczucie ulgi w codziennych sytuacjach

Ulga rzadko przychodzi z wielkich wydarzeń. Najczęściej pojawia się cicho — w chwilach, które są znajome, powtarzalne, przewidywalne. To one budują w nas poczucie bezpieczeństwa, nawet jeśli nie nazywamy go wprost.

Przewidywalność

Kiedy wiemy, czego się spodziewać, organizm nie musi być w ciągłej gotowości. Stałe godziny pracy, podobny porządek dnia, znane obowiązki — to wszystko obniża napięcie.

Przewidywalność:

  • zmniejsza liczbę decyzji do podjęcia,

  • daje poczucie kontroli,

  • pozwala oszczędzać energię psychiczną.

Nie chodzi o monotonię. Chodzi o ramę, w której możemy się swobodnie poruszać.

Spokojny rytm dnia

Rytm to coś więcej niż harmonogram. To tempo, w jakim przechodzimy przez kolejne czynności. Kiedy nie musimy się spieszyć bez przerwy, oddech naturalnie się wydłuża, a ciało przestaje być w trybie alarmowym.

Stałe punkty dnia — poranna kawa, chwila ciszy przed wyjściem, wieczorne zamknięcie komputera — tworzą poczucie ciągłości. To jak delikatny puls, który mówi: „wszystko jest na swoim miejscu”.

Znane miejsca i głosy

Ulga pojawia się tam, gdzie czujemy się oswojeni z przestrzenią. W domu, w ulubionym sklepie, w gabinecie, w którym wiemy, gdzie stoi każdy przedmiot.

Podobnie działa głos. Znany ton, sposób mówienia, charakterystyczny śmiech — to sygnały, które mózg rozpoznaje jako bezpieczne. Nie musimy się wtedy napinać. Możemy być sobą.

Małe rzeczy, które dają stabilność

Czasem to naprawdę drobiazgi:

  • kubek, po który sięgamy codziennie rano,

  • zapach herbaty,

  • uporządkowane biurko,

  • krótka rozmowa o stałej porze,

  • kilka minut spaceru tą samą trasą.

Te małe elementy są jak kotwice. Nie zatrzymują sztormów, ale pomagają utrzymać kierunek.

Poczucie ulgi w codzienności nie wynika z braku wyzwań. Rodzi się z tego, że między wyzwaniami mamy coś stałego. Coś, co przypomina nam, że świat — mimo wszystko — ma swój rytm, a my umiemy w nim funkcjonować.



piątek, 13 lutego 2026

Dzień Gumy do Żucia i drobne rytuały, które uspokajają ciało. Ciastka Dr Gerard na stole pomagają znaleźć chwilę bez napięcia

 Któż z nas nie zna czegoś takiego jak guma do żucia i to już od najmłodszych lat swojego życia. I to właśnie dnia 1 lutego obchodzimy międzynarodowy dzień tego łakocia. Chociaż ten dzień nie jest dniem wolnym od pracy bo nie jest tak donośny jednakże warto abyśmy chociaż tego jednego dnia zastanowili się nad tym przedmiotem jak to ująłem, bo towarzyszy on nam przecież przez cały ciąg naszego życia. Oczywiście iż i guma do żucia ma swoją genezę powstania, a sięga ona dawnych lat o czym w paru zdaniach poruszę to zagadnienie.

I tak guma, a właściwie jej początki w x wieku w latach siedemdziesiątych wyglądała jak brązowa bryłka, dopiero w 1893 roku William Wrigley, dodał do niej wyciąg z mięty pieprzowej co rozsławiło ten orzeźwiający smakołyk, a w 1914roku ukazał się jego jeszcze bardziej miętowy smak znany pod nazwą Doublemint. Teraz guma do żucia to nie tylko wyrób amerykański lecz ogólnoświatowy występujący z domieszką różnych smaków. Doszło do tego, że w takim kraju jak Turcja podawanie gumy urosło do rangi międzynarodowej, bo po każdym posiłku w restauracji dostajemy saszetkę z gumą do żucia. Odkryto nawet, że człowiek już w prehistorii żuł żywicę bo odkryto odcisk zęba na niej. Lekarze też mają tu coś do powiedzenia i z ich badań wynika, że żucie gumy do żucia jest dobrotliwe dla nas, a w szczególności właśnie dentyści to podkreślają.

U niektórych z nas ranga żucia gumy urosła do czynności jaką wykonujemy codziennie. Takie żucie i uspokaja nas, a smak zawarty w owym smakołyku uwalniający się w trakcie jego żucia daje nam chwilę odprężenia. W Polsce występuje ona tak jak w innych krajach pod różnymi postaciami w listkach w drażetkach, czyli jest to coś zwyczajnego bo i sprzedawana jest w tysiącach sztuk, czyli ludzie po nią sięgają i jak na razie to ta gałąź ma się dobrze.

Przy żuciu gumy robimy nie inaczej jak powtarzalnych ruch bo przecież jak inaczej można nazwać żucie gumy. Tak jak samo ta przewidywalność ruchów jak żucie tej naszej gumy to tak samo jest usystematyzowany nasz rytm dnia i te dwie czynności to przecież miks tegoż dnia.

Podczas rytmicznego wykonywania ruchów szczęki gdy żujemy gumę to nasz oddech się uspokaja, a dodając do tego jeszcze ten miętowy smak naszego łakocia pozwala nam na złapanie świeżego oddechu. Zapewne i to nie jest obojętne dla naszego organizmu lecz tak jak już tu zostało to podkreślone to nas uspokaja. Można by tu jeszcze dodać, że niektórzy liczą sobie w pamięci i robią oddechy ale wydaje mi się, że lepiej porzuć sobie ulubioną gumę, a na efekt uspokajający nie będziemy musieli długo czekać.

Skoro tu jest pisane o odprężeniu to i trzeba i by napomknąć coś o wyciszeniu. Wiadomo iż każdy z nas potrzebuje odrobinki chociażby wyciszenia tak aby pobyć sam z sobą i swoimi myślami. Kto z nas nie zna powiedzenia, mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Nawet niekiedy nie potrzeba słów aby się zrozumieć, wystarczy ta chwila milczenia albo jak kto woli ciszy.

Nie był bym sobą jakbym nie wtrącił tu kilku zdań na temat słodkości. Do tej grupy łakoci i zapewne można zaliczyć ciacha, a jest i na naszym podwórku taki producent tych wyrobów, którego to wyroby wpadną w gusta najbardziej wybrednym degustatorom. Wiadomo, że jak ciastko to i słodkości, a jak słodkości to cukier i tu jest coś co nas powinno zastanowić, Spożywanie cukru podnosi nam hormon szczęścia i dostarcza do organizmu glukozę. Jednakże w dużej ilości spożywanie cukru jest zgubne, prowadzić może nawet do powstawania próchnicy w uzębieniu. Jednakże w umiarkowanej ilości jego spożywanie jest nawet potrzebne. I tak jak pisałem powyżej ten rodzimy producent słodkości kryjący się pod nazwą Dr Gerard zapewne zadba o nasze podniebienia o czym i też już wspomniałem, także pozwólmy sobie na chwilę beztroski przy ciachu.

Nie trzeba wcale widzieć aby czuć i to nie tylko co się dzieje dookoła nas. Takie zmysły jak dotyk, smak, węch i słuch w jakiś sposób potrafią i zastąpić zmysł widzenia. A przecież jak wiadomo to i w społeczeństwie, w sklład jego wchodzą i osoby niewidome. Pisałem i tu już i o chwili uspokojenia, bo wiem, że i to jest ważne w naszym zabieganym życiu. Róbmy sobie czasami małe przerwy i pożujmy gumę, a to powinno nas uspokoić, to oczywiście tylko taka moja sugestia bo czemu nie spróbować i tego, a może i ktoś już testuje ten sposób. Sama uważność i tu znowu posłużę się osobą niewidomą bo mi do niej blisko, sam nią jestem powinna być już wystarczająca podczas wykonywania prac codziennych zamiast takiej kontroli, a z czasem to po prostu już będzie taki nawyk.

Każdy z nas chyba posiada kolegę albo koleżankę, a może i grupę osób z którymi to lubi przebywać i czuje się z nimi dobrze. Czujemy się w ich obecności nie tak skrępowani i możemy sobie pozwolić na luźniejszą rozmowę. Wiedzą oni o nas więcej, a my i rozumiemy się bez słów.

I tak dotarliśmy do podsumowania tego tekstu. Zawarłem w nim oczywiście, że garść informacji o gumie do żucia bo to był mój temat przewodni, jednakże i pozwoliłem sobie coś niecoś napomknąć o tak ważnej rzeczy jaką jest wyciszenie. Znalazła i tu się i także informacja o ciastkach od producenta Dr Gerarda bo i one zasługują na naszą uwagę. Ciekawe czy osoba czytająca ten tekst i ma swój mały rytuał bo i do niego można zaliczyć zarówno jak żucie gumy czy też degustacja tych wspomnianych ciastek, może ktoś podzieli się tą informacją o swoim rytuale. 

czwartek, 12 lutego 2026

Dzień Pozytywnego Myślenia.

Dzień Pozytywnego Myślenia i zwykłe dni, które nie muszą być idealne. Małe chwile budujące równowagę.

Siedzę przy stole i patrzę na kalendarz- 2 luty. To okienko przypomina mi, że dziś przypada Dzień Pozytywnego Myślenia. Pierwsza myśl? Lekki opór. Często takie daty kojarzą mi się z przymusem – z tym, że powinnam się wyprostować, uśmiechnąć do lustra i wykrzesać z siebie entuzjazm, którego akurat dzisiaj we mnie nie ma. Ale co, jeśli spróbujemy podejść do tego święta zupełnie inaczej?
Dla mnie pozytywne myślenie nie ma nic wspólnego z radosnym okrzykiem o poranku. Wręcz przeciwnie – kojarzy mi się z ulgą. To moment, w którym pozwalam sobie nie być „najlepszą wersją siebie”. To święto, które w moim odczuciu wcale nie musi oznaczać euforii. Może być po prostu dniem, w którym przestaję się ze sobą boksować.
Zwyczajny, szary wtorek czy czwartek jest wystarczającym punktem wyjścia. Nie potrzebuję fajerwerków, by uznać dzień za dobry. Zapraszam Cię do tekstu, w którym nie znajdziesz technik motywacyjnych ani złotych rad. Nie zamierzam poprawiać Ci nastroju. Chcę tylko, żebyśmy wspólnie poczuli, że jest okej tak, jak jest teraz. Bez napinania mięśni twarzy w sztucznym uśmiechu.
Lubię dni bez planu. Takie, które po prostu płyną, od rana do wieczora, nie niosąc ze sobą żadnych przełomów. Często gonimy za ekscytacją, za „czymś wielkim”, zapominając, że to właśnie spokój jest najbardziej deficytowym towarem. W tej zwykłości, w tym „nic szczególnego”, odnajduję największe bezpieczeństwo.
Kiedy nic się nie dzieje, nic mi nie zagraża. Nie muszę reagować na nagłe zmiany, nie muszę dostosowywać się do nowych okoliczności. Akceptacja dla przeciętności dnia pozwala mi odetchnąć. Przeciętny dzień to taki, w którym kawa smakuje tak samo jak wczoraj, a droga do pracy nie przynosi niespodzianek. I to jest wspaniałe. Ta stabilność daje fundament pod to, by po prostu być.
Pozytywne myślenie kojarzy mi się z łagodnością wobec własnej głowy. Moje myśli przychodzą same – czasem są jasne, czasem gęste i lepkie jak mgła. Zamiast z nimi walczyć, staram się dać im przestrzeń. Jeśli mam dziś gorszy nastrój, to on po prostu jest. Zgoda na ten stan paradoksalnie przynosi najwięcej optymizmu, bo zdejmuje ze mnie ciężar „naprawiania” siebie.
Największą ulgę czuję wtedy, gdy w głowie zapada cisza. Nie ta wymuszona medytacją, ale taka naturalna, wynikająca z tego, że przestałam od siebie wymagać ciągłej analizy. Pozwalam myślom przepływać, nie chwytam ich, nie oceniam. To jest dla mnie realny optymizm – świadomość, że nie każda myśl zasługuje na moją uwagę.
Równowaga to dla mnie stan, który odczuwam w ciele, a nie wizerunek, który widzę w lustrze. To ten moment, w którym czuję, że ramiona mi opadają, a oddech staje się miarowy i głęboki, niemal niesłyszalny. Nie muszę na siebie patrzeć, by wiedzieć, że jestem w pionie.
Ważniejszy od wielkich celów jest dla mnie rytm dnia. To on trzyma mnie w ryzach. Zaufanie do sygnałów płynących z wnętrza – do tego cichego szeptu, który mówi „potrzebuję teraz usiąść” albo „chcę wyjść na zewnątrz” – buduje we mnie poczucie sprawstwa. Słucham bicia swojego serca i czuję, jak puls zwalnia, dostosowując się do spokojnego popołudnia. To fizyczna manifestacja spokoju.
Dzień składa się z drobiazgów, które działają jak kotwice. Herbata pita bez pośpiechu, gdy kubek grzeje dłonie, a aromat naparu powoli wypełnia przestrzeń. To nie jest „rytuał parzenia herbaty” z katalogu, to po prostu chwila, w której nie robię nic innego. Znane dźwięki domu – szum lodówki, tykanie zegara w kuchni, odgłos kroków na schodach – tworzą bezpieczną scenografię.
Te małe, powtarzalne czynności stabilizują mnie bardziej niż jakiekolwiek dalekosiężne plany. Wielkie cele bywają przytłaczające, małe kroki są bezpieczne. Kiedy wiem, gdzie leżą moje ulubione skarpetki i o której słońce zaczyna zaglądać przez okno w salonie, czuję, że świat jest na swoim miejscu.
W tej mojej zwyczajności jest miejsce na małe przyjemności, które nie muszą niczego celebrować. Talerzyk postawiony obok laptopa czy na ławie przy kanapie – tak po prostu, bez specjalnej okazji. Kilka ciastek Dr Gerard, ich znajoma chrupkość i słodki smak, to dla mnie sygnał do zmiany tempa.
To taka chwila przerwy, z której nie muszę się nikomu tłumaczyć. Nie jem ich, żeby coś sobie zrekompensować albo nagrodzić się za ciężką pracę. Jem je, bo to miłe. Ten moment, w którym cukier puder zostaje na palcach, a czekolada powoli rozpuszcza się w ustach, pozwala mi na chwilę zatrzymać bieg myśli. Słodycz staje się tłem dla spokoju, subtelnym elementem łagodności, którą sobie serwuję między obiadem a wieczornym czytaniem.
Najbardziej cenię te relacje, w których możemy obok siebie po prostu pobyć. Bez wymieniania się złotymi myślami, bez wzajemnego motywowania do działania. Czasem bliskość to po prostu słuchanie kogoś, kto ma gorszy dzień, bez próby „naprawienia” jego nastroju.
Ciepły, znajomy głos w słuchawce albo szept kogoś bliskiego w drugim pokoju jest wart więcej niż stos poradników. Nie potrzebuję rad, potrzebuję obecności. Wsparcie to dla mnie świadomość, że ktoś akceptuje moje zmęczenie i nie oczekuje, że natychmiast z niego wyjdę. Bliskość, która nie wywiera presji, jest najbardziej uwalniająca.
Doszłam do wniosku, że prawdziwa pozytywność to po prostu brak walki ze sobą. To zgoda na zmęczenie, gdy ciało mówi, że ma dość. To zgoda na brak planów, gdy wieczór wydaje się zbyt krótki na cokolwiek produktywnego. To wreszcie zgoda na powolność w świecie, który nieustannie przyspiesza.
Kiedy przestaję ze sobą walczyć, odzyskuję mnóstwo energii. Pozytywne myślenie to dla mnie luksus powiedzenia sobie: „Dzisiaj zrobiłam tyle, ile mogłam, i to wystarczy”. To akceptacja faktu, że nie każdy dzień musi być sukcesem. Czasem sukcesem jest po prostu spokojne dotrwanie do wieczora bez poczucia winy.
Równowaga nie jest dla mnie stanem oświecenia, ale wynikiem codziennej rutyny. To znane smaki, zapachy, które kojarzą się z domem, i przedmioty, które zawsze są pod ręką. Małe rzeczy, które się nie zmieniają, budują poczucie ciągłości i bezpieczeństwa.
Stabilność jest o wiele cenniejsza niż euforia. Euforia jest męcząca, spala zasoby. Stabilność je regeneruje. Każdego ranka ten sam ruch przy otwieraniu okna, każdy wieczór z tą samą książką – te mikro-rytmy sprawiają, że czuję się osadzona w rzeczywistości. Nie szukam nowych wrażeń, celebruję te, które już mam.
Wracam do mojego kalendarza i myślę sobie, że ten dzień może być naprawdę dobry, o ile zrezygnuję z definicji „dobra” narzuconej przez media społecznościowe. Niech to będzie dzień myślenia, które nie ciąży. Dzień, w którym zwykłość staje się najwyższą wartością.
Dla mnie dzisiejszy wieczór to herbata, kilka ciastek od Dr Gerarda na talerzyku i cisza, którą przerwę tylko przewracaniem stron książki. Nic wielkiego. Nic przełomowego. Po prostu życie w swoim własnym, spokojnym tempie.
Zanim zamkniesz ten tekst, chciałabym Cię zaprosić do jednego: pozwól sobie dziś na zupełnie zwykły dzień. Nie próbuj być lepszy, nie szukaj na siłę powodów do radości. Poczuj swój oddech, poczuj smak tego, co jesz, i po prostu bądź. To w zupełności wystarczy.

 

 

poniedziałek, 26 stycznia 2026

Dzień Elvisa Presleya i kuchnia pełna melodii,, kiedy muzyka zastępuje oczy i prowadzi tam, gdzie dobrze

                     

 

 

 

Dzień Elvisa Presleya i kuchnia pełna melodii: Kiedy muzyka zastępuje oczy i prowadzi tam, gdzie dobrze 

 

Wstęp: Elvis w kuchni, nie na scenie.

Dziś Dzień Elvisa Presleya – dzień, w którym świat przypomina sobie Króla Rock and rolla, jego elektryzujący głos, hipnotyzujące ruchy i ten niepowtarzalny uśmiech. Zazwyczaj, gdy myślimy o Elvisie, widzimy go na scenie: w Las Vegas, w błyszczącym kombinezonie, otoczonego blaskiem reflektorów i krzykami fanów. Ale dziś, zamiast przenieść się do rozświetlonej sali koncertowej, zapraszam Cię do miejsca znacznie bardziej intymnego, ciepłego i pełnego zapachów – do kuchni. Dlaczego piszę o Elvisie z perspektywy kuchni, a nie wielkiej sceny? Bo to właśnie tam, w domowym zaciszu, gdzie króluje zapach ulubionych potraw i cichy szum codzienności, muzyka zyskuje zupełnie inny wymiar. Staje się przewodnikiem, szeptem w tle, który prowadzi nas tam, gdzie nie sięga wzrok, tam, gdzie czujemy się po prostu dobrze.

Wyobraź sobie, że stoisz w kuchni. Za oknem szary dzień, lista rzeczy do zrobienia zdaje się nie mieć końca, a Ty masz poczucie, że rzeczywistość zbyt mocno trzyma Cię w garści. Wystarczy jednak jeden akord, jeden znajomy głos, by ten ciasny uchwyt zelżał. Kiedy włączam "Can't Help Falling in Love" Elvisa, nagle przestaje mieć znaczenie sterta naczyń czy pilny termin. Muzyka staje się czymś więcej niż tylko dźwiękiem – staje się mapą, która prowadzi mnie do bezpiecznej przystani w mojej głowie.

W kuchni, gdzie zmysły smaku i zapachu są na pierwszym planie, muzyka często przejmuje rolę oczu. Pomaga nam zobaczyć wspomnienia, poczuć emocje, których nie widać gołym okiem. Melodia Elvisa, pełna nostalgii i rockandrollowej energii, potrafi przenieść mnie do czasów, których nigdy nie doświadczyłem, ale które wydają się znajome dzięki opowieściom i filmom. Potrafi zamienić przygotowywanie obiadu w taniec, a poranną kawę w intymny koncie

Kuchnia i muzyka mają ze sobą zaskakująco wiele wspólnego. Obie wymagają pasji, kreatywności i umiejętności łączenia pozornie niepasujących elementów w harmonijną całość. Dobrze skomponowana piosenka, podobnie jak udane danie, potrafi poruszyć wszystkie zmysły. Elvis, choć znany z zamiłowania do konkretnych, czasem ekstrawaganckich potraw (jak choćby jego słynna kanapka z masłem orzechowym, bananami i bekonem!), wniósł do muzyki podobną bezkompromisowość. Jego utwory są jak Comfort Food dla duszy – sycące, pocieszające i zawsze na miejscu.

Kiedy w tle gra Król, krojenie warzyw staje się rytmicznym stukaniem, mieszanie sosu – delikatnym wirowaniem, a pieczenie ciasta – radosnym oczekiwaniem. Muzyka Elvisa w kuchni to nie tylko ścieżka dźwiękowa; to zaproszenie do celebracji chwili, do odnalezienia przyjemności w prostych czynnościach, które łatwo przeoczyć w zgiełku codzienności. To przypomnienie, że nawet w najbardziej prozaicznych momentach możemy znaleźć magię, jeśli tylko pozwolimy sobie na to, by muzyka nas poprowadziła.

W Dzień Elvisa Presleya niechaj jego muzyka będzie Twoim przewodnikiem. Niech zabierze Cię w podróż do wspomnień, do marzeń, do miejsc, gdzie czujesz się swobodnie i szczęśliwie. Niezależnie od tego, czy stoisz przy kuchennym blacie, prowadzisz samochód, czy po prostu relaksujesz się na kanapie, pozwól, by dźwięki zamknęły Ci oczy i otworzyły serce.

Bo w końcu, czy nie o to w życiu chodzi? By znaleźć te chwile, w których muzyka zastępuje oczy i prowadzi nas tam, gdzie po prostu jest dobrze.

To ujęcie dodaje tekstowi niesamowitej głębi i intymności. Kuchnia staje się wtedy nie tylko pomieszczeniem, ale żywym instrumentem.

W tej mojej kuchennej wersji świata, koncert nie zaczyna się od uderzenia w perkusję na wielkiej scenie. Zaczyna się od dźwięku czujnika – tego krótkiego, technicznego sygnału, który obwieszcza początek dnia. To on jest batutą. Potem dochodzą kolejne instrumenty: miarowe kroki na podłodze, charakterystyczne kliknięcie otwieranych drzwiczek, wysunięcie szuflady ze sztućcami. To moja mała orkiestra codzienności, w której każdy sprzęt ma swoją partię do zagrania.

A nad tym wszystkim unosi się on – Elvis. Ale nie ten z plakatów. To Elvis, który staje się mapą, a nie tylko tłem. Kiedy świat na zewnątrz staje się zbyt głośny, chaotyczny i rażący, muzyka działa jak filtr. Odcinam się od nadmiaru bodźców, a dźwięk zastępuje mi oczy.

Czy zdarzyło Ci się kiedyś tańczyć w kuchni z zamkniętymi oczami? Kiedy znasz każdy centymetr blatu, wiesz dokładnie, gdzie stoi ulubiony kubek, muzyka staje się Twoim wzrokiem. W rytmie rock'n'rolla poruszam się niemal bezdotykowo. Elvis ustawia rytm poranka, a ja płynę między lodówką a stołem, nie potrzebując wzroku, by wiedzieć, gdzie jestem. Muzyka buduje przestrzeń, w której czuję się bezpiecznie.

Na stole ląduje talerzyk ciastek od Dr Gerarda. Nawet ich kruchość zdaje się współgrać z tym rytmem. Słodki akcent w rytmie „Blue Suede Shoes” – mała celebracja życia, która nie potrzebuje braw tysięcy ludzi. Wystarczy mi chrupnięcie ciastka, aromat kawy i głos, który od dekad koi i elektryzuje jednocześnie.

Ludzie pytają, dlaczego nie szukam wielkich wrażeń na koncertowych halach. Odpowiedź jest prosta: nie potrzebuję sceny, żeby świętować muzykę. Mam radio, mam kuchnię i mam te chwile, w których melodia prowadzi mnie tam, gdzie jest mi dobrze, choć czasem nie widzę wyraźnej drogi przed sobą.

Co zostaje po takim długim, domowym koncercie?

Cisza, która nie przeraża, bo jest wypełniona echem dobrych dźwięków.

Spokój, który przefiltrował poranny pośpiech.

Poczucie, że dom to miejsce, gdzie melodia zastępuje światło.

W Dzień Elvisa Presleya życzę Ci właśnie takiej kuchni. Pełnej melodii, zapachu ciastek i odwagi, by czasem zamknąć oczy i pozwolić się poprowadzić tam, gdzie po prostu jest bezpiecznie. Bo muzyka zawsze znajdzie drogę, nawet jeśli my jej w tej chwili nie widzimy.

 

Światowy Dzień Pokoju widziany bez patrzenia. Jak odnaleźć równowagę, kiedy świat pędzi szybciej niż my.

Światowy Dzień Pokoju widziany bez patrzenia. Jak odnaleźć równowagę, kiedy świat pędzi szybciej niż my.

1. Wstęp: co znaczy pokój, gdy nie patrzę, tylko czuję

1.1. Światowy Dzień Pokoju – krótko, bez wielkich definicji

Światowy Dzień Pokoju pojawia się w kalendarzu raz w roku. Zazwyczaj towarzyszą mu hasła, apele i krótkie komunikaty. Przez moment mówi się o nim głośniej, po czym uwaga przenosi się gdzie indziej.
Dla mnie ten dzień nie jest okazją do wielkich słów. Jest raczej zatrzymaniem się na chwilę. Sprawdzeniem, czy w codziennym biegu jest jeszcze miejsce na ciszę. Na spokojniejszy oddech. Na zwyczajne bycie.
Pokój nie zaczyna się dla mnie od świata. Zaczyna się bardzo blisko. W ciele. W tempie, w jakim przeżywam dzień.

1.2. Piszę jako osoba niewidoma – pokój odbieram inaczej niż „widok”

Piszę ten tekst jako osoba niewidoma. Nie opisuję tego, co widać. Opisuję to, co się czuje.
Mój kontakt ze światem opiera się na dźwiękach, dotyku, zapachach i rytmie. To one mówią mi, czy jest bezpiecznie. Czy jest spokojnie. Czy mogę się rozluźnić.
Pokój nie jest dla mnie obrazem. Jest stanem, w którym ciało przestaje być w gotowości. Ramiona opadają. Oddech się pogłębia. Myśli nie pędzą jedna za drugą.

1.3. Herbata i ciastka Dr Gerard jako pretekst do zatrzymania

Wyobraź sobie prostą sytuację. Stół. Kilka krzeseł. Ciepła herbata w kubkach. Na środku talerzyk z ciastkami Dr Gerard.
Nie chodzi o sam poczęstunek. Chodzi o moment, który on tworzy. O zgodę na to, by na chwilę nic nie robić. Nie odpowiadać. Nie reagować.
Herbata stygnie powoli. Ciastko czeka. Ten czas nie domaga się pośpiechu.

1.4. Zaproszenie: to będzie tekst o spokoju, który można naprawdę poczuć

Ten tekst jest zaproszeniem. Do zatrzymania się. Do bycia uważnym.
Nie będę tu tłumaczył, czym pokój powinien być według definicji. Opowiem raczej, jak ja go doświadczam. Jak go szukam w drobnych momentach dnia.
Jeśli czytasz to teraz, jesteśmy przy jednym stole. Wystarczy na chwilę zostać.

2. Świat, który pędzi szybciej niż my

2.1. Wieczne „szybciej, więcej, już” – jak to słychać, a nie widać

Pośpiech ma swój dźwięk. Słychać go w szybkich krokach, w urywanych zdaniach, w rozmowach prowadzonych jednocześnie z kimś i z telefonem.
Słyszę świat, który rzadko milknie. Nawet cisza bywa napięta. Jakby była tylko przerwą przed kolejnym sygnałem.
Dla mnie to bardzo wyraźne. Dźwięk zdradza tempo szybciej niż obraz.

2.2. Presja bycia „wydajnym” i „nadążającym”

Często słyszę, że coś trzeba zrobić „szybciej”. Że odpowiedź powinna być natychmiast. Że opóźnienie wymaga tłumaczenia.
Presja nie zawsze jest wypowiedziana wprost. Czasem jest w tonie głosu. W westchnieniu. W nerwowym poprawianiu.
To zmęczenie nie bierze się z ilości zadań. Bierze się z tempa.

2.3. Jak to dotyka osoby z dysfunkcją wzroku

Każde działanie wymaga ode mnie uwagi. Przemieszczanie się. Szukanie przedmiotów. Orientowanie się w przestrzeni.
Gdy świat przyspiesza, nie mam gdzie skrócić drogi. Ciało pracuje intensywniej. Umysł jest cały czas czujny.
Dlatego szybciej odczuwam przeciążenie. I szybciej potrzebuję zatrzymania.

2.4. Moment, w którym ciało mówi: „zwolnij”

Ciało ostrzega wcześniej, niż myśli.
Najpierw pojawia się napięcie. Potem zmęczenie, które nie mija po odpoczynku. Jeśli dalej ignoruję sygnały, ciało domaga się uwagi coraz wyraźniej.
Uczę się słuchać wcześniej. Zanim będzie za dużo.

3. Pokój jako stan ciała, nie nagłówek w wiadomościach

3.1. Spokojny oddech jako pierwszy sygnał pokoju

Pokój zaczynam rozpoznawać po oddechu. Gdy jest spokojnie, nie muszę go kontrolować.
Oddech staje się głębszy. Równy. Pojawia się przestrzeń między jednym wdechem a kolejnym.
To znak, że ciało czuje się bezpiecznie.

3.2. Ciepło kubka w dłoniach – prosty sposób na „tu i teraz”

Gdy trzymam ciepły kubek, czuję jego ciężar. Temperaturę. Kształt.
To drobne doświadczenie, ale bardzo konkretne. Przenosi uwagę do chwili obecnej. Nie trzeba nic analizować. Ciepło uspokaja.

3.3. Dźwięki tła, które nie męczą, tylko kołyszą

Niektóre dźwięki są jak miękkie tło. Szum czajnika. Ciche tykanie zegara.
Nie domagają się reakcji. Pozwalają odpocząć.
Pokój nie oznacza absolutnej ciszy. Oznacza brak presji.

3.4. Pokój zaczyna się od tego, co dzieje się w środku

Zewnętrzny świat może być chaotyczny.
Jeśli w środku jest choć trochę spokoju, łatwiej przez to przejść.

4. Widzieć pokój bez oczami – zmysłami i relacją

4.1. Głos, który nie ocenia – brzmienie bezpieczeństwa

Głos drugiego człowieka potrafi bardzo szybko powiedzieć, czy jest bezpiecznie. Nie chodzi o same słowa, ale o tempo mówienia, pauzy, sposób oddychania między zdaniami.
Głos, który nie ocenia, nie spieszy się. Nie poprawia w pół zdania. Nie podnosi się nagle, jakby coś było pilne. Przy takim głosie nie muszę być czujny.
Czuję, że mogę zostać dokładnie tam, gdzie jestem. Bez napięcia w barkach. Bez gotowości do obrony.

4.2. Dotyk stołu, krzesła, talerzyka – mapa, która uspokaja

Dotyk porządkuje przestrzeń. Kiedy dotykam stołu, wiem, gdzie jestem. Kiedy odnajduję krawędź talerzyka, czuję stabilność.
Te przedmioty nie zmieniają miejsca. Są przewidywalne. Dzięki nim świat staje się spokojniejszy.
Porządek w dotyku daje porządek w środku. Nie muszę zgadywać. Mogę się oprzeć.

4.3. Zapach herbaty i ciastek jako kotwica w chwili

Zapach dociera szybciej niż myśl. Nie trzeba go analizować.
Zapach herbaty kojarzy mi się z przerwą. Z momentem, w którym nic nie jest pilne. Zapach ciastek dodaje temu chwili przyjemności.
To kotwica. Coś, co trzyma mnie w „teraz”, gdy świat próbuje ciągnąć dalej.

4.4. „Widzę” spokój po tym, jak czuję się w swoim ciele

Nie potrzebuję obrazu, żeby wiedzieć, że jest spokojnie.
Wiem to po ciele. Po tym, że nie napinam szczęki. Po tym, że siedzę wygodnie. Po tym, że oddech sam znajduje swój rytm.
Tak właśnie „widzę” pokój.

5. Talerzyk ciastek Dr Gerard jako mały symbol harmonii

5.1. Podzielenie się ciastkiem jako drobny gest pokoju

Podanie talerzyka z ciastkami to bardzo prosty gest. Nie wymaga słów ani tłumaczeń.
Mówi: jesteś tu mile widziany. Jest dla ciebie miejsce.
Takie drobne gesty budują atmosferę, w której łatwiej się rozluźnić.

5.2. Talerzyk na środku stołu – każdy ma równe prawo sięgnąć

Gdy talerzyk stoi na środku stołu, nikt nie jest ważniejszy. Nikt nie musi prosić.
Każdy decyduje sam, kiedy sięgnąć. To daje poczucie równości i spokoju.

5.3. Jak powiedzieć, gdzie leżą ciastka, żeby każdy czuł się swobodnie

Prosta informacja potrafi bardzo wiele zmienić. „Talerzyk jest przed tobą, trochę po lewej.”
Dzięki temu nie trzeba zgadywać ani czekać na pomoc. Pojawia się swoboda.
To drobna rzecz, ale bardzo konkretna.

5.4. To nie jest „poczęstunek dla gości”, tylko wspólna chwila

Nie chodzi o uprzejmość ani o zasady dobrego wychowania.
Chodzi o wspólność chwili. O bycie razem bez pośpiechu i ról.

6. Granice, które chronią spokój

6.1. Prawo do powiedzenia „nie” i „teraz nie dam rady”

Prawo do odmowy jest częścią pokoju. „Nie” nie musi być ostre ani głośne.
Czasem wystarczy spokojne: teraz nie dam rady. Bez tłumaczeń.

6.2. Ograniczenie bodźców: hałas, chaos, natłok zadań

Zbyt wiele bodźców naraz męczy. Hałas, rozmowy, zadania.
Ograniczenie ich nie jest ucieczką. Jest dbaniem o siebie.

6.3. Prośba o wolniejsze tempo – w pracy, w domu, w relacjach

Prośba o wolniejsze tempo bywa trudna. Ale często jest konieczna.
Nie jest żądaniem. Jest informacją o granicach.

6.4. Pokój jako umiejętność stawiania cichych granic

Granice mogą być spokojne. Nie muszą ranić innych.
Chronią to, co ważne.

7. Jak szukać równowagi, gdy „wszyscy” gdzieś biegną

7.1. Małe rytuały dnia: herbata, przerwa, kilka głębszych oddechów

Małe rytuały pomagają zatrzymać się w ciągu dnia.
Nie wymagają wiele czasu. Dają jednak poczucie ciągłości i bezpieczeństwa.

7.2. „Jedno po drugim”, zamiast „wszystko naraz”

Robienie jednej rzeczy naraz uspokaja.
Zmniejsza napięcie i pozwala naprawdę być w tym, co się robi.

7.3. Skupienie się na jednej rzeczy, zamiast słuchania całego świata naraz

Nie muszę reagować na wszystko.
Świat może chwilę poczekać.

7.4. Pozwolenie sobie na gorszy dzień – bez poczucia winy

Gorszy dzień nie jest porażką.
Jest sygnałem, że warto zwolnić.

8. Ludzie, przy których łatwiej oddychać

8.1. Ci, którzy pytają „jak wolisz?”, a nie „czemu tak wolno?”

To pytanie brzmi niepozornie, ale robi ogromną różnicę. „Jak wolisz?” daje wybór. Daje przestrzeń na odpowiedź bez napięcia.
Nie zakłada, że coś jest nie tak. Nie sugeruje, że tempo trzeba usprawiedliwiać. Pozwala powiedzieć, czego potrzebuję, zamiast tłumaczyć się z tego, kim jestem.
Przy takim pytaniu ciało od razu reaguje ulgą. Ramiona opadają. Głos staje się spokojniejszy.

8.2. Ci, którzy nie oceniają tempa ani sposobu radzenia sobie

Są ludzie, przy których nie trzeba udowadniać, że się „stara”. Nie mierzą czasu. Nie poprawiają.
Przy nich mogę robić rzeczy po swojemu. Wolniej. Ostrożniej. W swoim rytmie.
To nie znaczy, że nic nie robię. To znaczy, że robię tak, jak potrafię najlepiej.

8.3. Ci, którzy potrafią po prostu usiąść i być

Nie każdy potrafi być w ciszy. Niektórzy od razu chcą pomagać, doradzać, poprawiać.
A czasem największym wsparciem jest zwykłe siedzenie obok. Wspólna herbata. Kilka zdań albo ich brak.
Przy takich osobach łatwiej oddychać. Bo nie trzeba grać żadnej roli.

8.4. Jak im podziękować: słowem, gestem, obecnością

Wdzięczność nie musi być uroczysta. Nie musi być głośna.
Czasem wystarczy powiedzieć: dobrze, że jesteś. Albo po prostu zostać chwilę dłużej przy stole.
Obecność bywa najlepszym podziękowaniem.

9. Pokój w małych rzeczach

9.1. Dźwięk łyżeczki stukającej o kubek

Ten dźwięk jest prosty i znajomy. Powtarzalny. Nie domaga się uwagi.
Kiedy go słyszę, wiem, że ktoś miesza herbatę. Że chwila trwa. Że nic nie musi wydarzyć się natychmiast.
To mały sygnał normalności.

9.2. Faktura obrusu pod palcami

Dotyk obrusu jest miękki i stały. Pod palcami czuję, że stół jest tam, gdzie powinien.
Ten kontakt z materiałem uspokaja. Przypomina, że jestem tu. Że mam oparcie.
Małe rzeczy zakotwiczają w chwili.

9.3. Pierwszy kęs ciastka – chwila tylko dla zmysłów

Pierwszy kęs zawsze jest najważniejszy. Smak pojawia się wyraźnie. Nie da się go przyspieszyć.
Przez moment uwaga skupia się tylko na tym, co czuję w ustach. Na strukturze. Na słodyczy.
To krótka przerwa od reszty świata.

9.4. To są momenty, które składają się na „jest mi dobrze”

Pokój nie przychodzi nagle. Składa się z takich drobiazgów.
Z dźwięków, dotyków, smaków, które nie męczą.
To one budują poczucie, że jest w porządku.

10. Zakończenie: Światowy Dzień Pokoju codziennie po trochu

10.1. Nie zmienimy całego świata, ale możemy zmienić tempo jednej rozmowy

Nie mam wpływu na tempo całego świata. Na wiadomości. Na decyzje podejmowane gdzieś daleko.
Mam jednak wpływ na to, jak rozmawiam z drugim człowiekiem. Czy daję mu czas. Czy słucham do końca.
Zmiana tempa jednej rozmowy to realny gest pokoju.

10.2. Pokój to sposób bycia ze sobą i z innymi, nie hasło w kalendarzu

Pokój nie wydarza się raz w roku. Nie jest datą.
Jest sposobem bycia. W tym, jak mówię. Jak słucham. Jak reaguję na zmęczenie swoje i cudze.
To codzienna praktyka.

10.3. Herbata, ciastka, łagodny głos – czasem to naprawdę wystarczy

Nie zawsze potrzeba wielkich rozwiązań. Czasem wystarczy łagodny głos i chwila ciszy.
Herbata stygnąca na stole. Talerzyk ciastek w zasięgu ręki.
To drobne rzeczy, ale niosą ulgę.

10.4. Zaproszenie dla czytelnika: znajdź dziś jedną spokojną chwilę tylko dla siebie

Nie musi być długa. Nie musi być idealna.
Znajdź jedną chwilę, w której pozwolisz sobie zwolnić. Może przy herbacie. Może w ciszy.
To wystarczy na dziś.

 

Międzynarodowy Dzień Koszuli i poranek, w którym dotyk materiału mówi więcej niż lustro. Ciastka Dr Gerard pomagają zacząć dzień bez presji wyglądu


1. Wstęp: Międzynarodowy Dzień Koszuli w wersji niewidomej

 

Wśród wielu dni w kalendarzu  jest dzień koszuli. Czy ktoś zna to święto? Mówię to sobie cicho, bardziej jak przypomnienie niż jak coś, co trzeba świętować. Dla mnie to nie jest okazja do zakładania koszuli. Koszula dla mnie to raczej tylko symbol. Koszula jest zbyt oficjalna, zbyt krępująca. Ja na co dzień zakładam koszulki zwane T-shirt  lub bluzki z dodatkiem elastyny. W tym dniu chcę zwolnić na chwilę przy szafie i sprawdzić, co moje dłonie chcą dziś poczuć. Bo poranek zaczyna się u mnie nie od lustra, tylko od dotyku. Od ciepła kubka z herbatą, od chłodu klamki, od materiału, który czeka na półce.

 

Siadam w kuchni. Blat jest lekko chłodny pod palcami. Plecy dotykają ciepłego kaloryfera. W powietrzu unosi się ledwie wyczuwalny zapach herbaty – codzienny i znajomy. Na talerzyku leżą ciastka Dr Gerard. Biorę jedno do ręki. Jest kruche, oblane chrupiącą czekoladą. Czuję jego krawędzie, zanim trafi do ust. Ten moment zawsze mnie zatrzymuje. Cieszę się gdy nie muszę się spieszyć. To jest ten czas, żeby pobyć ze sobą, zanim dzień się rozpędzi.

 

2. Dotyk materiału jako pierwsze „spojrzenie” na dzień

 

Kiedy wstaję i podchodzę do szafy, moje dłonie już wiedzą, czego szukają. Jest to wyznacznik, jak czuję się w sobie. Czasami potrzebuję w ubraniu większej swobody, czasami może być jej mniej. Przesuwam palcami po półce. Jedna bluzka jest chłodna i śliska. Druga miękka. Trzecia szorstka, taka, która przypomina mi, że nie zawsze mam ochotę na „oficjalne” materiały. Każda z nich mówi coś innego. I ja ich słucham. Nie pytam, która „lepiej wygląda”. Pytam, która będzie dla mnie dobra przez najbliższe godziny.

 

Dotyk to moje pierwsze „spojrzenie” na dzień. Kiedy biorę koszulę do ręki, czuję jej wagę. Jeśli jest mięsista i cięższa, wiem, że będzie mnie otulać. Jeśli lekka, że będzie muskać prawie niezauważalnie moje ramiona przy każdym ruchu. Materiał pod palcami potrafi być obietnicą albo ostrzeżeniem. Obietnicą spokoju albo ostrzeżeniem, że dziś mogę się czuć nieswojo.

 

3. Wybieranie koszuli bez patrzenia

 

Mam swoje małe porządki, które znam na pamięć. Po lewej stronie szafy trzymam ubrania cieńsze. Po prawej te grubsze. Na środku te, do których wracam najczęściej – bo one są niemal gwarantem udanego dnia. Składam je zawsze tak samo. Dzięki temu nie muszę szukać. Po prostu sięgam. Moje dłonie wiedzą, gdzie co leży. To daje mi poczucie, że poranek nie jest walką, tylko spokojem.

 

Często rozpoznaję ubranie już po pierwszym muśnięciu palcami, czasem po guzikach. Jedne są zupełnie gładkie. Inne mają delikatną krawędź, którą wyczuwam paznokciem. Są też wszywki, które mówią mi, czy to ta, którą lubię nosić w dni, kiedy potrzebuję czegoś pewnego. Te małe znaki są jak notatki zostawione dla mnie samej. Ciche, ale bardzo pomocne.

 

4. Presja wyglądu a codzienność osoby niewidomej

 

Są dni, kiedy słyszę, że „dobrze wyglądać to podstawa”. To drogowskaz dla wielu ludzi. Wiem, że jest to ważne. Słyszę te słowa, ale one znaczą dla mnie chyba coś innego. Dla mnie jest ważne, czy ubranie nie drapie w szyję. Czy rękawy nie krępują ruchów oraz, czy moje ciało „oddycha”. To są takie sygnały. I ja im ufam.

 

Nie widzę min. Nie widzę spojrzeń. Słyszę głosy. Ton. Pauzy. Czasem czyjś entuzjazm. Czasem tylko uprzejmość. To wystarcza, żebym wiedziała, że ludzie mają swoje opinie. Ale to nie one idą ze mną przez cały dzień. Idzie ze mną ta symboliczna koszula. I to jak w niej się czuję ma dla mnie większe znaczenie.

 

5. Herbata i ciastka Dr Gerard jako antidotum na poranny pośpiech

 

Wracam myślami do kuchni. Do herbaty. Do talerzyka z ciastkami. To mój mały rytuał. Najpierw łyk ciepłego napoju. Potem być może decyzja, w co dziś się ubiorę. Ta kolejność jest dla mnie ważna. Jakby ciało musiało najpierw dostać sygnał, że jest bezpiecznie, że nie ma pośpiechu. Decyzję poprzedza zastanowienie, jaki to będzie dzień – swobodny czy oficjalny?

 

Słodkość ciastek Dr Gerard jest taka zwyczajna, ale w tym jest coś kojącego. Kruchość pod palcami, smak, który na chwilę wypełnia usta. To mały moment, w którym świat się zwęża do mojego oddechu.

 

6. Koszula, która dobrze leży, nawet jeśli nie wiem, jak wygląda

 

Koszula, którą dziś wybieram, musi dobrze leżeć. Ale dla mnie „dobrze” znaczy coś innego niż dla wielu osób. Ja po prostu nie chcę myśleć o moim ubraniu przez cały dzień, tęskniąc za chwilą, gdy w końcu zamienię je na coś wygodnego. Sprawdzam ramiona. Jeśli materiał nie ciągnie, jest w porządku. Sprawdzam guziki. Jeśli nie napinają się pod palcami, wiem, że nie będę się nimi zajmować co chwilę. Rękawy. Jeśli nie zjeżdżają, mogę zapomnieć, że w ogóle je mam. To są moje miary i wyznaczniki dobrego wyglądu.

 

Moje ciało pamięta te ubrania, które były dobre. I te, które były męczące. Do tych pierwszych wracam. To jest taka cicha lista, którą noszę w sobie. Nie zapisana, nie opisana, ale bardzo wyraźna.

 

7. Ludzie, którzy pomagają bez oceniania

 

Są ludzie, którzy to rozumieją. Tacy, którzy zamiast mówić „to nie pasuje”, pytają „opisać ci szczegóły”. Dają mi wybór. Nie wchodzą ze swoimi ocenami, tylko oferują swoje oczy, jeśli ich potrzebuję. To jest dla mnie ogromna różnica. Wiele rzeczy też sama potrafię ocenić dotykiem – chociażby skład materiału. Doskonale znam bawełnę – miękką i swobodną, strukturę lnu, gładką w dotyku wiskozę, gryzącą wełnę oraz zwiewność i pajęczą delikatność jedwabiu, którego za nic nie pomylę ze sztywnym poliestrem. Znam też elastynę i jej właściwości, gdy jest dodatkiem do składu podstawowego. Rozumiem też style i zasady łączenia barw oraz wzorów. Jeśli potrzebuję pomocy przy zakupach – to potrzebuję współpracy, bez narzucania.

 

8. Koszule jako wspomnienia i historie

 

Ubrania są dla mnie jak historie. Pamięć wydarzenia i ja w tej zwiewnej, rozkloszowanej sukience. Idę brzegiem morza, ciepły piasek pod stopami. Słyszę szum fal poruszanych powiewem wiatru i delikatne muśnięcia materiału na moich kostkach. Chwile szczęścia. Dziś ją zakładam i wraca to uczucie, które mnie uskrzydla.

 

Jest też taka, którą dostałam od bliskiej osoby. Kiedy dotykam jej materiału, przypominam sobie dłonie, które mi ją podawały. To nie jest wspomnienie obrazu. To jest wspomnienie ciepła i bliskiej relacji.

 

9. Dlaczego Międzynarodowy Dzień Koszuli warto przeżyć po swojemu

 

Międzynarodowy Dzień Koszuli może być dla mnie taki, jak każdy inny dzień. Bez oceniania. Bez presji, że trzeba zrobić coś „odświętnego”. Mogę po prostu założyć ubranie, które jest przyjazne dla mojego ciała. I to wystarczy.

 

Nie potrzebuję perfekcji, żeby dzień był w porządku. Wystarczy mi spokój.

 

10. Zakończenie: dzień bez lustra, ale pełen spokoju

 

Na koniec wracam jeszcze raz do kuchni. Do herbaty, która już trochę ostygła, ale nadal grzeje dłonie. Do okruszków na talerzyku po ciastkach Dr Gerard. To są moje małe znaki, że poranek się wydarzył. Że dałam sobie chwilę.

 

Koszula jest na mnie. Leży dobrze. Czuję ją na ramionach, na plecach, na nadgarstkach. Jest obecna, ale nie dominuje.

 

Jeśli siedzisz teraz gdzieś, może z kawą, może z herbatą, chcę cię zaprosić do małego eksperymentu. Wybierz dziś coś dla siebie. Nie „dla oka”. Dla dłoni. Dla ciała. Dla spokoju. Może to będzie koszula. Może coś zupełnie innego.

 

Usiądź ze mną w tej wyobrażonej kuchni choć na chwilę. I pozwól, żeby dzień zaczął się w twoim tempie, nie w tempie otoczenia.