Słodkości Dr Gerarda
piątek, 20 lutego 2026
Dzień myśli braterskiej i gesty, które nie potrzebują słów. Małe znaki wspólnoty w codzienności osób z dysfunkcją wzroku
Międzynarodowy Dzień Przewodnika Turystycznego i odkrywanie świata bez mapy obrazów.
Międzynarodowy Dzień Przewodnika Turystycznego i odkrywanie świata bez mapy obrazów.
Międzynarodowy Dzień Przewodnika Turystycznego obchodzony jest corocznie 21 lutego. To właśnie ustanowiony na pamiątkę powstania w tym dniu Światowej Federacji Stowarzyszeń Przewodników Turystycznych (WFTGA) w 1989 roku na Cyprze. Jest to święto osób, które pasjonują się historią i kulturą. Oprowadzając turystów, przekazują im wiedzę. Podróże turystyczne, osób mających kłopoty wzrokowe, to głos przewodnika jest jako pierwsza mapa, która podążają. Taka podróż z przewodnikiem, to nie zaczyna się od widoku, a od głosu pobudzającego ich wyobraźnię.
Dzień ten ma na celu docenienie pracy przewodników, którzy poprzez swoją wiedzę i zaangażowanie przekształcają podróże w niezapomniane lekcje, odkrywając przed zwiedzającymi ukryte tajemnice i bogactwo danego miejsca.
Głos, który prowadzi pewniej niż wzrok.
Ważne by przewodnik, który oprowadza nas, opowiadał nam spokojnym, wyraźnym głosem. Głosem, który dociera do każdego. Przewodnik turystyczny dostarcza nam opisy, które porządkują przestrzeń, w której się poruszamy.
Nasz przewodnik w trakcie zwiedzania robi pauzy, które dają czas na zrozumienie i wyobraźnię otaczającego nas widoku.
Nasze zaufanie do przewodnika turystycznego jest budowane słowem, które dociera do nas w takcie zwiedzania.
Odkrywanie miejsca przez dźwięki i rytm.
W wyniku słownego opisu, a także korelacji dźwięków, zapachu, rozpoznawalnych dotykiem kształtów, niewidomy może stworzyć w swoim umyśle wyobrażenie oglądanego przedmiotu, przestrzeni itp.
Wśród uczestników wycieczek osoby mające kłopoty wzrokowe, poznają otoczenie dzięki odczuciu terenu przez dotyk butów. Każda nawierzchnia, to inny wydaje dźwięk, To są bodźce, które określają teren, po którym maszerujemy.
Echo, cisza, szum miasta, wszystkie te bodźce pobudzają naszą wyobraźnię.
Idąc ścieżkami usłanymi dywanem z liści, elektryzuje nas trzask łamanej pod stopami gałęzi. Dotykając gałęzi i pni drzew, rozpoznajemy jodłę, modrzew, cis, jałowiec.
Rytm marszu, którym się poruszamy, to jak punkt odniesienia odległości, którą pokonujemy.
Dzięki przewodnikowi, doświadczonemu, który swoim głosem maluje obraz otaczający, my osoby niepełnosprawne wzrokowo, oglądamy ten obraz w przestrzeni naszego umysłu.
Przewodnik jako ktoś, kto zna różne tempo.
Dobry przewodnik oprowadzający grupę osób niepełnosprawnych, a w zasadzie dotyczy to każdej grupy, powinien stosować swoje tempo oprowadzania, stosownie do oprowadzanej grupy.
Grupa, którą zna, to przekazuje się informacje, tym lepiej i dokładniej. Wtedy może dostosować środki i metody przekazywania informacji do możliwości tych ludzi.
Dobrym atutem w tym przypadku jest cierpliwość przewodnika, który powinien pamiętać, że grupa poczuje się bardziej komfortowo bez zbędnego pośpiechu.
Opisy, które nie wykluczają.
W trakcie zwiedzania nasz przewodnik oprowadzający, nie powinien używać skrótów myślowych. Potrzeba by omijał: -„jak widać”, gdyż obraz w tym wypadku trzeba zastąpić słowem. Podstawą oprowadzania takiej grupy, musi być budowanie obrazu słowem, nie gestem. Jest to warunek do pobudzenia wyobraźni u zwiedzającego, który ma kłopot z widzeniem obiektu, itp.
Takie zachowania u przewodników, to po prostu nic innego jak dostępność i element profesjonalizmu wykonywanej pracy.
Przerwy, które mają sens.
Podczas oprowadzania, zwiedzana, potrzeba zatrzymania się na chwilę. Taka przerwa, to nie strata, ale dobry gest na wyciszenie, przemyślenie obrazu, który nas otacza.
Herbatka z termosu oraz paczka ciastek Dr Gerarda, to chwila wytchnienia i odpoczynku.
Ciastko i chwila rozmowy to piękny gest zamiast pośpiechu, który nas otacza na co dzień.
Taki odpoczynek, to też część zwiedzana.
Podróż jako relacja, nie trasa.
Podróż z przewodnikiem, to jak auto deskrypcja (opisywanie otoczenia, tekstur, dźwięków, terenu), po którym się poruszamy. W trakcie drogi nasz towarzysz przewodnik nie tylko mówi o historii, ale "opowiada obraz", opisując kolory, kształty, odległości i atmosferę miejsc, które mijamy.
W czasie zwiedzania grupa się jednoczy, wzajemnie sobie pomaga.
Widzenie świata bez mapy obrazów.
Zwiedzanie z przewodnikiem nie tylko gwarantuje nam bezpieczeństwo, ale jest naszym "okiem". To właśnie on informuje nas, co się w koło dzieje, opisuje krajobraz, zabytki itp.
Gdy potrzeba, zatrzymuje się nieco dłużej nad tym co nas szczególnie zainteresowało.
Te przerwy odprężają nas, dostarczają nam nowych, świeżych i jakże pożytecznych wrażeń.
My niewidomi zamiast wzroku posiadamy wyobraźnię, dlatego przewodnik nie powinien unikać wyrazów oznaczających kolory. Pomimo wady wzroku jesteśmy zdolni do wyobrażenia sobie swego otoczenia w barwach. Dla niewidomych od urodzenia barwny opis będzie symbolem tego, co naturalne, na przykład zielona trawa, biały śnieg itp.
Nasze zwiedzanie musi być wolne do presji „zobaczenia wszystkiego”, bo pewnych barier nie jesteśmy w stanie przeskoczyć.
Dlaczego takie prowadzenie zostaje w pamięci?
Brak najbardziej uniwersalnego zmysłu, jakim jest wzrok, w znacznym stopniu utrudnia, ale nie uniemożliwia poznawanie otaczającego świata. To dzięki odpowiedniemu przekazywaniu słownego obrazu, my słabowidzący i niewidomi możemy poznawać otaczający świat.
Takie zwiedzanie pozostaje na długo w naszej pamięci gdy:
-jest spokojne,
-daje poczucie bezpieczeństwa,
-nikogo nie wyklucza.
Gdy pozwala naprawdę być w miejscu, w którym sami byśmy nie dotarli.
Międzynarodowy Dzień Przewodnika Turystycznego jako święto uważnego prowadzenia.
Turystyka dla nas osób niewidomych, to możliwość odbierania wielu bodźców słuchowych, dotykowych i zapachowych. To rehabilitacja, której nie doznamy w żaden inny sposób.
Do uprawiania takiej turystyki potrzebni są dobrzy Przewodnicy Turystyczni, którzy posiadają umiejętności słownego przekazywania otaczającego świata. To właśnie oni pomogą niewidomym i ich przewodnikom oglądać widoki, poznawać przyrodę i wzbogacać wiedzę.
W przerwach podczas zwiedzania pamiętajmy, by towarzyszyły nam ciasteczka Dr Gerarda, które osłodzą nam chwile i dodadzą Energi na dalszą drogę.
W ten Dzień Przewodnika Turystycznego mam do was prośbę:
-"Prowadź tak, by każdy mógł iść".
Dzień Pozytywnego Myślenia: Pochwała zwykłości, która nie musi być idealna
Dzień Pozytywnego Myślenia: Pochwała zwykłości, która nie musi być idealna
Kiedy w kalendarzu pojawia się kartka z napisem „Dzień Pozytywnego Myślenia”, często czuję w ciele dziwny rodzaj napięcia. Jakby ktoś nagle zapalił zbyt jasne światło w pokoju, w którym właśnie próbuję odpocząć. Kultura, w której żyjemy, przyzwyczaiła nas do traktowania pozytywności jak zadania do wykonania: masz się uśmiechać, masz widzieć szklankę do połowy pełną, masz emanować dobrą energią.
Ale czy o to naprawdę chodzi?
Dla mnie pozytywne myślenie rzadko ma smak szampana i fajerwerków. Znacznie częściej smakuje jak letnia woda, którą piję rano, albo jak powietrze po deszczu świeże, spokojne, łagodne. Pozytywność jest czymś, co przynosi ulgę, a nie kolejnym obowiązkiem na liście „do zrobienia”.
To święto nie musi oznaczać radości non-stop. Bo radość jest emocją nie da się jechać na wysokich obrotach przez całe życie. Dla mnie pozytywne myślenie to raczej umiejętność zdjęcia nogi z gazu, moment, w którym przestaję biec myślami do przodu: do tego, co muszę osiągnąć, co naprawić, kim się stać. Zamiast tego pozwalam sobie na luksus bycia dokładnie w punkcie, w którym jestem nawet jeśli jest szary, przeciętny.
Zwykły dzień to wystarczający punkt wyjścia. Nie potrzebujemy idealnych warunków, by poczuć się dobrze. Nie musimy czekać na weekend, urlop, awans, aż wszystkie problemy magicznie znikną. Ten tekst to zaproszenie do przestrzeni, w której niczego nie trzeba poprawiać. Chcę cię zaprosić do świata, w którym pozytywne myślenie to po prostu brak walki z rzeczywistością. To zgoda na to, że dzisiaj może być zwyczajnie — i to tylko jest absolutnie wystarczające.
Poczuj to nie jako instrukcję obsługi swojego umysłu, ale jak miękki koc, którym możesz się okryć, gdy masz dość hałasu świata. Tu nie trzeba poprawiać nastroju na siłę. Tu można po prostu być
Często wpadamy w pułapkę oczekiwania, że życie powinno składać się z pasma niezapomnianych chwil. Scrollujemy ekrany telefonów, karmiąc się obrazkami cudzego szczęścia, i mamy wrażenie, że nasza codzienność jest blada, niewystarczająca. Ale to właśnie dni bez fajerwerków, dni bez planu, są tkanką naszego życia. To one dają nam oparcie.
Pamiętam dni, które z perspektywy czasu wydają mi się najcenniejsze, choć nie działo się w nich absolutnie nic, co zasługiwałoby na notatkę w dzienniku. To były dni, w których rytm wyznaczało wstawienie wody na herbatę, dźwięk pralki wirującej w łazience i spokojny szum samochodów za oknem.
Spokój zamiast ekscytacji to zamiana, którą z wiekiem doceniam coraz bardziej
Spokój zaś jest jak grawitacja trzyma mnie przy ziemi, nie pozwala odlecieć, ale też nie przygniata. W zwykłe dni, kiedy nie gonią mnie terminy i nie muszę nikomu nic udowadniać, czuję jak moje ciało mięknie. Ramiona opadają, szczęka się rozluźnia, a serce bije wolniej i spokojniej.
Dlaczego „nic szczególnego” bywa najbezpieczniejsze? Bo w tym braku spektakularności kryje się przewidywalność. A nasz układ nerwowy kocha to, co przewidywalne. Kocha wiedzieć, że po śniadaniu będzie obiad, a po zmroku przyjdzie sen.
Akceptacja przeciętności dnia to wielka sztuka. To umiejętność powiedzenia sobie: „Dzisiaj nie podbiję świata. Dzisiaj po prostu przeżyję ten dzień, oddychając spokojnie.” I wiesz co? To jest ogromna wartość.
W świecie, który krzyczy „więcej, szybciej, mocniej”, pozwolenie sobie na przeciętność jest aktem cudu. To powrót do naturalnego rytmu, w którym jest miejsce na ciszę, na nudę, na patrzenie w sufit przez chwilę. Wartość zwykłego dnia nie mierzy się produktywnością, ale tym, jak bardzo byliśmy w nim obecni. Czy poczuliśmy smak kawy? Czy usłyszeliśmy szum wiatru? Jeśli tak — to był to dobry dzień.
Pozytywne myślenie często kojarzy nam się z wypieraniem negatywów, z zagłuszaniem smutku afirmacjami, które brzmią jak przepis: „myśl pozytywnie, uśmiechaj się, niczego się nie bój”. Ale dla mnie prawdziwie pozytywne myślenie to myślenie, które nie naciska.
To stan umysłu, w którym myśli przychodzą same, przepływają i odpływają – a ja nie muszę ich oceniać, zatrzymywać ani naprawiać. To trochę jak siedzenie nad rzeką. Woda płynie. Czasem niesie liście, czasem brudną pianę, czasem odbija słońce. Ja tylko siedzę na brzegu i pozwalam jej być.
Zgoda na gorszy nastrój jest paradoksalnie najbardziej pozytywną rzeczą, jaką możemy dla siebie zrobić. Kiedy czuję smutek albo irytację, nie staram się tego natychmiast zmienić. Mówię sobie: „Okej, tak teraz jest. Czuję ciężar w klatce piersiowej. Czuję znużenie.” I w momencie, kiedy przestaję z tym walczyć, napięcie często maleje.
Walka z emocjami zabiera więcej energii niż same emocje. Optymizm rozumiany w tym ujęciu to łagodność wobec siebie. To podejście przyjaciela, który nie mówi: „Weź się w garść”, ale siada obok i milczy razem z Tobą.
Cisza w głowie jako realna ulga. Często mylimy pozytywne myślenie z „głośnym” myśleniem o dobrych rzeczach. A może chodzi o to, by myśleć mniej? By pozwolić sobie na luki w strumieniu świadomości. Chwile, w których nie analizujemy przeszłości, nie planujemy przyszłości. Po prostu jesteśmy. Czujemy dotyk ubrania na skórze, temperaturę powietrza na policzkach, rytm własnego oddechu. To myślenie, które nie wymaga słów. Jest bardziej czuciem niż intelektualną obróbką danych.
Kiedy przestajemy naciskać na umysł, by wyprodukował „dobre nastawienie”, on często sam wraca do stanu równowagi jak wahadło, które po wychyleniu powoli zatrzymuje się w środku.
Żyjemy w kulturze obrazkowej. Wszystko musi „wyglądać” — idealnie ułożone poduszki, perfekcyjna kawa latte „szczęśliwe chwile” jak z katalogu. Ale prawdziwa równowaga nie jest dla oczu. Ona jest dla ciała.
Widzenie równowagi bez patrzenia oznacza przeniesienie uwagi z tego, co na zewnątrz, do tego, co wewnątrz. Równowaga odczuwana w ciele to stabilność stóp opartych o podłogę, poczucie ciężaru bioder na krześle, miękkość oddechu, który przestaje walczyć z napięciem.
Kluczem jest oddech, który się wyrównuje nie ten gwałtowny, głęboki wdech „relaksacyjny”, który czasem tylko zwiększa napięcie, ale oddech naturalny, który sam znajduje swój rytm, gdy przestajesz mu przeszkadzać.
Zauważenie momentu wdechu i wydechu. Poczucie, jak klatka piersiowa lekko się unosi i opada. To jest najbardziej pierwotny rytm życia, który nosimy w sobie zawsze.
Równowaga nie zależy od doskonałych wizualizacji. Odkrywa się ją, gdy uczymy się słuchać sygnałów własnego ciała: czy jest ciepło, czy zimno? Czy jestem głodny? Czy moje mięśnie są napięte?
Wielkie plany bywają kruche. Zależą od zbyt wielu czynników. Dlatego to małe chwile są tym, co trzyma dzień w ryzach.
Herbata pita bez pośpiechu nie w biegu, w papierowym kubku, ale ta zaparzona w domu, w ulubionym kubku. Moment, kiedy obejmuję dłońmi ciepłą ceramikę i czuję, jak ciepło przenika do palców. To jest mikrokosmos bezpieczeństwa. W tej jednej chwili wszystko jest na swoim miejscu.
Znane dźwięki domu budują tło, które pozwala odpocząć: skrzypienie podłogi w przedpokoju, szum gotującej się wody, dźwięk klucza w zamku. To nie jest hałas to muzyka codzienności, która mówi: „Jesteś u siebie. Nic ci nie grozi.”
Stałe miejsca i powtarzalne czynności działają jak kotwica. Fotel, w którym siadam wieczorem. Układ poduszek. Kolejność czynności herbata, książka, koc. Dlaczego drobiazgi stabilizują bardziej niż wielkie plany? Bo są tu i teraz. Wielkie plany są obietnicą, drobiazgi są faktem.
Kiedy skupiam się na tych małych momentach, dzień przestaje być rozmyty. Zamiast jednej wielkiej plamy czasu, mam serię małych, konkretnych doświadczeń: dotyk chłodnej klamki, miękkość dywanu pod stopami, zapach mydła. To są cegiełki, z których buduję swoje poczucie rzeczywistości.
W tej układance małych chwil i zmysłowych doświadczeń jest też miejsce na smak. Smak jest jednym z najszybszych sposobów na zmianę nastroju, na fizyczne poczucie przyjemności. Czasem, w środku zwykłego popołudnia, kiedy słońce przesuwa się po podłodze, a w domu panuje cisza, pojawia się potrzeba czegoś, co przełamie monotonię. Talerzyk obok bez okazji. Nie na przyjęcie, nie dla gości, ale dla mnie. Na talerzyku ciastka Dr Gerard.
Ich obecność nie wymaga fanfar. To element codziennej łagodności. Sięgam ręką i czuję pod palcami charakterystyczną fakturę. Słodki smak jako zmiana tempa. Czasem dzień staje się gorzki od nadmiaru obowiązków albo cierpki od zmęczenia. Kawałek kruchego ciastka, chwila, gdy czekolada lub krem rozpływa się na języku, to moment zatrzymania sygnał dla mózgu: „Teraz jest przerwa. Teraz jest bezpiecznie.”
To nie nagroda za wykonanie planu. To towarzysz chwili, który mówi: „Możesz odpocząć.” Przyjemność, która nie musi niczego rekompensować, to czysta forma dbania o siebie. Patrząc na to tak, nawet coś tak zwyczajnego jak ciastko staje się częścią codziennego rytuału spokoju.
Relacje z ludźmi to kolejny obszar, w którym narzucamy sobie presję bycia „pozytywnym”. Mamy być zabawni, wspierający, sypać radami jak z rękawa. A przecież najgłębsza bliskość rodzi się wtedy, gdy zdejmujemy maski.
Bycie obok bez rad to najcenniejszy prezent. Siedzenie w jednym pokoju, zajmowanie się swoimi sprawami i czucie obecności drugiej osoby. To milczenie, które nie ciąży, lecz otula.
Kiedy ktoś bliski mówi o zmęczeniu, naszą pierwszą reakcją często jest: „Będzie dobrze”. Ale czasem najważniejsze jest powiedzieć: „Słyszę cię. Rozumiem, że jest ci ciężko.” Ciepły głos działa jak balsam na układ nerwowy nawet jeśli słowa nie niosą rozwiązania, sama barwa głosu może przynieść ukojenie.
Bliskość jako wsparcie to nie wielogodzinne dyskusje o uczuciach. To podanie kubka herbaty bez słowa. To poprawienie koca. To uśmiech, który mówi: „Jesteśmy w tym razem.”
To, jak rozumiem pozytywne myślenie, można ująć jednym słowem: zgoda. Zgoda na to, co jest. Zgoda na zmęczenie. Ile razy wściekamy się na siebie, że nie mamy siły? Że powinniśmy zrobić więcej? A gdyby tak uznać zmęczenie za naturalny sygnał wiadomość od ciała, że bateria się wyczerpała i potrzebuje ładowania?
Zgoda na brak planów. Pusty kalendarz może budzić lęk — „marnuję czas”. Ale czas spędzony na regeneracji nigdy nie jest zmarnowany. Pustka w planie dnia to przestrzeń, w której może pojawić się coś nowego, albo po prostu przestrzeń na oddech. Zgoda na powolność. W świecie, który pędzi, powolność jest luksusem. Robienie rzeczy wolniej jedzenie, chodzenie, mówienie zmienia percepcję czasu. Czas jakby się rozciąga, staje się bardziej pojemny.
Pozytywność jako brak walki z sobą. To moment, kiedy przestajemy być swoim własnym przeciwnikiem. Przestajemy bić się za błędy, za niedoskonałości, za to, że dziś nie jesteśmy swoją „najlepszą wersją”. Jesteśmy wersją wystarczającą. Ta zgoda to nie rezygnacja to akt łagodności. Powiedzenie sobie: „Jestem po swojej stronie.” Kiedy przestajemy walczyć z rzeczywistością, odzyskujemy energię, którą wcześniej traciliśmy na ten konflikt.
Znane smaki i zapachy działają jak wehikuł czasu i emocji. Zapach pieczonego ciasta, smak ulubionej herbaty, aromat pościeli suszonej na wietrze to kotwice, które trzymają nas w rzeczywistości, kiedy zewnętrzny świat staje się chaotyczny.
Stabilność zamiast euforii. Euforia jest piękna, ale nietrwała. Stabilność jest jak ogień w kominku daje ciepło przez długi czas. Powtarzalność buduje tę stabilność. Dzięki niej nie musimy każdego dnia wymyślać siebie od nowa. Możemy oprzeć się na nawykach, rytmach, tym, co sprawdzone. To w powtarzalności kryje się magia zwykłego dnia.
Dzień Pozytywnego Myślenia niech będzie dniem zawieszenia broni — dniem, w którym odłożysz na bok broń, którą walczysz o lepsze jutro.
Pozytywne myślenie, które nie ciąży, jest możliwe. Wymaga tylko (i aż) odpuszczenia. Zostawienia oczekiwań za drzwiami.
Zwykłość jako wartość mam nadzieję, że udało mi się pokazać, że w przeciętnym, codziennym dniu kryje się więcej barw niż mogłoby się wydawać. Że brak spektakularnych wydarzeń to nie pustka, ale przestrzeń na spokój. Że herbata, cisza i chwila z książką czy ciastkiem to nie „zapchajdziury”, ale samo życie w jego najczystszej formie.
Pozwól sobie dziś na zwykły dzień. Nie musisz być inspiracją. Nie musisz tryskać humorem. Możesz być zmęczony, zamyślony, możesz milczeć. Możesz usiąść w fotelu, wyciągnąć nogi i sięgnąć po coś słodkiego, czując pod palcami kruchość chwili. Możesz wsłuchać się w bicie swojego serca i uznać, że to wystarczy.
Niech ten Dzień Pozytywnego Myślenia będzie dniem łagodności dla Ciebie — dniem, w którym pozytywne myślenie oznacza po prostu bycie dobrym dla siebie. Tu i teraz. Bez wielkich słów. Zwyczajnie.
wtorek, 17 lutego 2026
Dzień Naleśnika i dom, który czuje się wszystkimi zmysłami. Ciastka Dr Gerard jako mały znak codziennej troski
Dzień Naleśnika i dom, który czuje się wszystkimi zmysłami. Ciastka Dr Gerard jako mały znak codziennej troski
Dzień Naleśnika bez pośpiechu i oczekiwań
Dzień Naleśnika nie jest dla mnie wielkim wydarzeniem. Nie kojarzy mi się z planowaniem, przygotowaniami ani z idealnym porankiem. To raczej zwykły dzień, który pozwala na chwilę się zatrzymać. Naleśniki są jedzeniem prostym i dobrze znanym. Właśnie dlatego pasują do domu i do codzienności. Nie trzeba się ich uczyć od nowa ani zastanawiać, czy wyjdą dobrze. One po prostu są.
To święto nie kojarzy mi się z perfekcją. Nie musi być idealnie posprzątane ani cicho. Dla mnie Dzień Naleśnika to moment, w którym można odpuścić oczekiwania. Dom nie jest wtedy miejscem do pokazania, ale miejscem do bycia. Nie chodzi o to, jak wygląda, ale o to, jak się w nim czujemy.
Dom odbieram nie tylko wzrokiem. Najczęściej czuję go zapachem, dźwiękiem i dotykiem. To one budują poczucie bezpieczeństwa. Ten tekst jest zaproszeniem do zwolnienia tempa. Do przeczytania go spokojnie, jakbyśmy siedzieli przy jednym stole, bez pośpiechu i bez ocen.
Kuchnia, która prowadzi zapachem
Kiedy rano wchodzę do kuchni, pierwsze, co do mnie dociera, to zapach. Jeszcze zanim zobaczę patelnię albo składniki, czuję ciepło i aromat. Zapach rozgrzanej patelni jest jak sygnał, że dzień się zaczyna. Nie trzeba słów ani wyjaśnień. Ten zapach jest znany i przewidywalny.
Znane aromaty dają poczucie stabilności. Kojarzą się z porankami, które już były, i z tymi, które jeszcze nadejdą. Kuchnia staje się wtedy miejscem spokojnym, bez napięcia. Nie trzeba się spieszyć ani martwić, że coś pójdzie nie tak. Zapach działa szybciej niż rozmowa. Potrafi uspokoić, zanim zdążymy pomyśleć.
Kiedy zapach naleśników wypełnia kuchnię, dom zaczyna żyć swoim rytmem. To rytm, który nie wymaga planu. Wystarczy być obecnym i pozwolić, by codzienność toczyła się naturalnie.
Dłonie, które wiedzą, co robić
Robienie naleśników nie wymaga ciągłego patrzenia. Po pewnym czasie dłonie same wiedzą, co robić. Nalewanie ciasta, lekkie przechylenie patelni, chwila czekania i odwracanie naleśnika to ruchy powtarzane wiele razy. Są znajome i spokojne.
W takich chwilach dotyk staje się ważniejszy niż wzrok. Czujemy temperaturę patelni, ciężar chochli, miękkość gotowego naleśnika. Te odczucia sprawiają, że skupiamy się na tym, co tu i teraz. Gotowanie przestaje być obowiązkiem, a staje się czynnością, która porządkuje myśli.
Powtarzalne ruchy działają uspokajająco. Nie trzeba się spieszyć ani analizować każdego kroku. Dłonie prowadzą same, a głowa może odpocząć. Właśnie dlatego takie proste czynności mają w sobie coś kojącego.
Dźwięki domu jako mapa poranka
Dom nigdy nie jest całkowicie cichy. Zawsze słychać jakieś dźwięki. Syczenie patelni, ciche stuknięcie talerza o blat, odgłos otwieranej szafki. Te dźwięki tworzą mapę poranka. Pokazują, że dzień się zaczyna i że wszystko jest na swoim miejscu.
Czasem słychać kroki domowników albo krótkie rozmowy. Nie zawsze są one ważne ani długie. Czasem wystarczy jedno zdanie albo zwykłe „dzień dobry”. Te dźwięki dają poczucie obecności innych osób i sprawiają, że dom wydaje się bezpieczny.
Ważna jest także cisza między dźwiękami. To w niej można się zatrzymać i złapać oddech. Cisza nie oznacza pustki. Jest przestrzenią na spokój i refleksję. Dzięki niej dom staje się miejscem, w którym można się wyciszyć.
Stół jako miejsce codziennej troski
Stół w domu pełni szczególną rolę. To przy nim spotykają się domownicy, nawet jeśli tylko na chwilę. Krzesła stoją zawsze w tym samym miejscu, a naczynia są dobrze znane. Ta stałość daje poczucie bezpieczeństwa.
Jedzenie przy stole nie musi być idealne ani uroczyste. Wystarczy, że jest spokojne. Nie ma ocen, pośpiechu ani presji. Rozmowy mogą być krótkie albo wcale się nie pojawić. Czasem sama obecność wystarcza.
Stół jest miejscem codziennej troski. To przy nim buduje się relacje, nawet jeśli nikt o tym głośno nie mówi. Zwykłe wspólne siedzenie ma większe znaczenie, niż może się wydawać.
Małe gesty uważności
Obok naleśników czasem pojawia się mały talerzyk z ciastkami Dr Gerard. Nie z okazji święta ani specjalnego wydarzenia. Po prostu jako drobny gest. Po ciepłym naleśniku słodki smak jest przyjemnym dodatkiem.
To nie jest coś, co musi się pojawić. Właśnie dlatego ma znaczenie. Takie ciastko może być cichym znakiem troski. Jakby ktoś chciał powiedzieć: „pomyślałem o tobie”. Nie potrzeba wielkich słów ani gestów.
Drobne rzeczy często budują poczucie domu bardziej niż wielkie wydarzenia. Małe gesty uważności sprawiają, że codzienność staje się cieplejsza i bardziej ludzka.
Dom, który czuję, a nie oglądam
Dom nie zawsze trzeba oglądać, żeby wiedzieć, że jest znajomy. Wystarczy dotyk. Znam miejsca pod palcami. Wiem, gdzie stoi kubek i gdzie leży ściereczka. Te rzeczy są zapisane w pamięci.
Zapachy i dźwięki także zostają w nas na długo. Często przypominają dom nawet wtedy, gdy jesteśmy gdzie indziej. Rytuały, nawet najprostsze, dają poczucie spokoju. Nie muszą być wyjątkowe ani idealne.
Dom staje się wtedy przestrzenią bez napięcia. Miejscem, w którym można być sobą i nie udawać niczego przed innymi.
Zwykłe dni i ich znaczenie
Często myślimy, że najważniejsze są wyjątkowe momenty. Tymczasem to zwykłe dni mają największe znaczenie. Powtarzalność daje poczucie bezpieczeństwa. Codzienne czynności wykonywane bez presji uczą spokoju.
Nie trzeba dążyć do perfekcji. Niedoskonałość jest częścią codzienności. Właśnie dlatego zwyczajność jest tak ważna. Nie wymaga udowadniania swojej wartości ani spełniania oczekiwań.
Zwykłe dni budują dom krok po kroku. Powoli, ale trwale.
Poranki, które zostają w pamięci
Takie poranki zostają w pamięci, bo angażują całe ciało. Nie tylko myśli. Zapach, dźwięk i dotyk sprawiają, że chwila staje się prawdziwa. Nie trzeba energii ani przygotowań.
Takie poranki są przewidywalne i znajome. Dają poczucie kontroli nad dniem. W świecie, który często pędzi i zmienia się zbyt szybko, taka stabilność jest bardzo potrzebna.
Małe rytuały na początek dnia
Małe rytuały porządkują dzień od samego początku. Kiedy robimy coś, co dobrze znamy, czujemy się pewniej. Nie musimy podejmować decyzji ani zastanawiać się, czy robimy to dobrze. Rytuał sam nas prowadzi.
Dla jednych będzie to robienie naleśników, dla innych parzenie herbaty albo spokojne siedzenie przy stole. Ważne jest to, że rytuał daje chwilę oddechu. Pozwala rozpocząć dzień bez presji i napięcia.
Powtarzalne czynności sprawiają, że dzień staje się bardziej przewidywalny. A przewidywalność daje poczucie bezpieczeństwa. W świecie pełnym zmian takie stałe punkty są bardzo ważne.
święto codzienności
Dzień Naleśnika może być świętem codzienności. Nie musi być wyjątkowy ani idealny. Wystarczy naleśnik, małe ciastko i chwila spokoju. Dom buduje się z drobnych gestów i powtarzalnych rytuałów.
Nie trzeba być w doskonałej formie ani spełniać oczekiwań. Czasem wystarczy się zatrzymać i poczuć, że jest się u siebie. Może dziś warto znaleźć swój własny domowy rytuał i pozwolić sobie na zwyczajny, spokojny poranek.
poniedziałek, 16 lutego 2026
Europejski Dzień Numeru Alarmowego 112 i codzienne bezpieczeństwo osób z dysfunkcją wzroku. Małe gesty, które dają realną ulgę.
Europejski Dzień Numeru Alarmowego 112 i codzienne bezpieczeństwo osób z dysfunkcją wzroku. Małe gesty, które dają realną ulgę.
Europejski Dzień Numeru Alarmowego 112 w zwykłym dniu
Każdego roku 11 lutego obchodzimy Europejski Dzień Numeru Alarmowego 112. To data, która w pierwszym odruchu może kojarzyć się z wypadkami, zagrożeniem, dramatycznymi sytuacjami. A jednak dla mnie to święto mówi o czymś zupełnie innym — o uważności.
Nie o strachu. Nie o panice. O spokojnej świadomości.
Dlaczego to święto kojarzy mi się bardziej z uważnością niż z zagrożeniem
Numer 112 istnieje po to, by działać wtedy, gdy coś wymyka się spod kontroli. Ale przez większość czasu… po prostu jest. Nie dzwonimy codziennie. Nie myślimy o nim w biegu między pracą a domem. A jednak jego obecność ma znaczenie.
To trochę jak świadomość, że mamy przy sobie dokumenty, apteczkę w samochodzie albo zapisany kontakt ICE w telefonie. Nie żyjemy w napięciu. Żyjemy spokojniej, bo wiemy, że w razie potrzeby pomoc jest dostępna.
Uważność to nie ciągłe wypatrywanie zagrożeń. To raczej cicha gotowość.
Bezpieczeństwo jako coś, o czym myślę na co dzień
Bezpieczeństwo rzadko jest spektakularne. Najczęściej objawia się w drobiazgach: zapinaniu pasów, rozmowie z dzieckiem o przechodzeniu przez ulicę, sprawdzeniu czujnika dymu, nauczeniu seniora z rodziny, kiedy i jak wezwać pomoc.
Myślenie o numerze 112 nie musi oznaczać czarnych scenariuszy. Może być elementem codziennej troski — o siebie, o bliskich, o przypadkowych ludzi, którym kiedyś możemy pomóc, wiedząc, jak zareagować.
To świadomość, że odpowiedzialność społeczna zaczyna się w małych decyzjach.
Numer 112 jako spokojna obecność w tle, nie straszak
Dobrze zaprojektowane systemy bezpieczeństwa są trochę niewidzialne. Nie dominują naszego życia. Są jak cichy fundament. Numer 112 nie jest symbolem katastrofy — jest symbolem współpracy: operatorów, ratowników, policji, straży pożarnej i zwykłych ludzi, którzy potrafią zadzwonić wtedy, gdy trzeba.
W tym sensie to numer nadziei. Most między „coś się dzieje” a „ktoś już jedzie z pomocą”.
Zaproszenie do tekstu: tu mówimy o realnym życiu
Ten tekst nie będzie o sensacyjnych historiach ani o statystykach. Będzie o realnym życiu — o tym, jak budować kulturę bezpieczeństwa bez wzmacniania lęku. Jak uczyć dzieci reagowania bez straszenia. Jak mówić o odpowiedzialności w sposób spokojny i dojrzały.
Bo może właśnie o to chodzi w Europejski Dzień Numeru Alarmowego 112 — żeby przypomnieć sobie, że bezpieczeństwo to nie tylko reakcja na kryzys. To codzienna, cicha uważność.
Głos jako pierwszy punkt orientacyjny
W sytuacji zagrożenia świat nagle się zawęża. Serce przyspiesza, myśli pędzą, ciało reaguje szybciej niż rozum. Wtedy pierwszym realnym punktem orientacyjnym staje się… głos. Spokojny, wyraźny, stabilny.
To on porządkuje chaos.
Znaczenie spokojnego, wyraźnego głosu w trudnej sytuacji
Kiedy ktoś dzwoni pod numer alarmowy, często jest w stanie silnego stresu. Może mówić szybko, nieskładnie, płakać albo milczeć. W takich chwilach to nie tylko treść komunikatu ma znaczenie — kluczowy jest sposób, w jaki ktoś odpowiada.
Spokojny głos:
obniża napięcie,
daje poczucie, że sytuacja jest „do ogarnięcia”,
przywraca minimalne poczucie kontroli.
To trochę jak podanie komuś ręki w ciemności. Nie rozwiązuje problemu natychmiast, ale daje oparcie.
Słuchanie jako forma prowadzenia
Często myślimy, że prowadzenie to mówienie, wydawanie poleceń, instruowanie. Tymczasem w sytuacjach kryzysowych prowadzenie zaczyna się od słuchania.
Uważne słuchanie:
pozwala wychwycić najważniejsze informacje,
daje rozmówcy poczucie bycia zauważonym,
spowalnia spiralę paniki.
Cisza między zdaniami bywa równie ważna jak same słowa. To w niej ktoś zbiera oddech, odzyskuje zdolność myślenia, zaczyna współpracować.
Dlaczego sposób mówienia ma ogromne znaczenie
Mózg w stresie działa inaczej. Reaguje bardziej na ton niż na treść. Jeśli słyszy napięcie, podniesiony głos, pośpiech — interpretuje to jako dodatkowe zagrożenie. Jeśli słyszy stabilność — dostaje sygnał bezpieczeństwa.
Dlatego tak ważne są:
tempo mówienia (wolniejsze niż naturalne),
krótkie, jasne zdania,
brak ocen i emocjonalnych komentarzy,
powtarzalność i struktura.
„Proszę oddychać. Jestem z panią. Pomoc jest w drodze.”
To
nie są tylko słowa. To regulacja emocji drugiej osoby.
Zaufanie budowane tonem, nie słowami
Zaufanie w kryzysie nie rodzi się z długich wyjaśnień. Rodzi się z tonu. Z tego, czy ktoś brzmi jak ktoś, kto panuje nad sytuacją. Kto nie bagatelizuje, ale też nie dramatyzuje.
Ton niesie informację:
„Możesz mi zaufać. Wiem, co
robić. Nie jesteś sama.”
Właśnie dlatego głos bywa pierwszym i najważniejszym narzędziem pomocy. Zanim pojawi się karetka, zanim przyjedzie patrol, zanim sytuacja się uspokoi — to on buduje most między lękiem a działaniem.
I czasem to wystarcza, by ktoś odzyskał oddech.
Po trudnej rozmowie – powrót do równowagi
Trudna rozmowa nie kończy się w chwili odłożenia słuchawki. Często jej echo zostaje w ciele — w napiętych barkach, przyspieszonym oddechu, dłoniach, które jeszcze przez chwilę są zaciśnięte mocniej niż trzeba.
Emocje nie wyłączają się na komendę. Potrzebują czasu, by opaść.
Napięcie, które zostaje w ciele
W sytuacji stresowej organizm wchodzi w tryb działania. Adrenalina pomaga reagować szybko, podejmować decyzje, koncentrować się na szczegółach. Ale kiedy sytuacja się kończy, ciało nadal przez moment „pracuje” na podwyższonych obrotach.
Można to poczuć jako:
zmęczenie pojawiające się nagle i intensywnie,
trudność z powrotem do zwykłych czynności,
chwilową nadwrażliwość na dźwięki i bodźce,
potrzebę milczenia.
To naturalne. Organizm domyka proces.
Chwila ciszy jako sposób na uspokojenie
Czasem najprostszym wsparciem jest pauza. Kilka minut bez rozmów, bez bodźców, bez natychmiastowego „wracania do normy”.
Cisza pozwala:
wyrównać oddech,
rozluźnić mięśnie,
uporządkować myśli,
oddzielić to, co było, od tego, co jest teraz.
To krótki most między intensywnością a codziennością.
Herbata i ciastka Dr Gerard jako znak: „teraz można zwolnić”
Małe, powtarzalne gesty pomagają ciału zrozumieć, że napięcie minęło. Ciepła herbata w dłoniach. Znany smak. Chwila przy stole.
Dla wielu osób takim sygnałem przejścia do spokojniejszego rytmu mogą być drobne przyjemności — na przykład herbata i ciastka Dr Gerard. Nie chodzi o sam produkt, ale o rytuał: usiąść, odetchnąć, dać sobie moment bez pośpiechu.
To komunikat wysyłany do siebie:
„Zrobiłam/zrobiłem, co
było trzeba. Teraz mogę zwolnić.”
Małe rytuały pomagające wrócić do dnia
Powrót do równowagi nie musi być spektakularny. Wystarczą drobne czynności:
kilka spokojnych oddechów przy otwartym oknie,
krótki spacer,
zapisanie jednej myśli na kartce,
uporządkowanie biurka,
napicie się czegoś ciepłego.
Rytuały działają, bo są przewidywalne. Dają poczucie ciągłości. Pomagają przejść od sytuacji wyjątkowej do zwykłego dnia.
A zwykły dzień — z jego rytmem, powtarzalnością i spokojem — bywa najlepszym dowodem na to, że równowaga wraca.
Co daje poczucie ulgi w codziennych sytuacjach
Ulga rzadko przychodzi z wielkich wydarzeń. Najczęściej pojawia się cicho — w chwilach, które są znajome, powtarzalne, przewidywalne. To one budują w nas poczucie bezpieczeństwa, nawet jeśli nie nazywamy go wprost.
Przewidywalność
Kiedy wiemy, czego się spodziewać, organizm nie musi być w ciągłej gotowości. Stałe godziny pracy, podobny porządek dnia, znane obowiązki — to wszystko obniża napięcie.
Przewidywalność:
zmniejsza liczbę decyzji do podjęcia,
daje poczucie kontroli,
pozwala oszczędzać energię psychiczną.
Nie chodzi o monotonię. Chodzi o ramę, w której możemy się swobodnie poruszać.
Spokojny rytm dnia
Rytm to coś więcej niż harmonogram. To tempo, w jakim przechodzimy przez kolejne czynności. Kiedy nie musimy się spieszyć bez przerwy, oddech naturalnie się wydłuża, a ciało przestaje być w trybie alarmowym.
Stałe punkty dnia — poranna kawa, chwila ciszy przed wyjściem, wieczorne zamknięcie komputera — tworzą poczucie ciągłości. To jak delikatny puls, który mówi: „wszystko jest na swoim miejscu”.
Znane miejsca i głosy
Ulga pojawia się tam, gdzie czujemy się oswojeni z przestrzenią. W domu, w ulubionym sklepie, w gabinecie, w którym wiemy, gdzie stoi każdy przedmiot.
Podobnie działa głos. Znany ton, sposób mówienia, charakterystyczny śmiech — to sygnały, które mózg rozpoznaje jako bezpieczne. Nie musimy się wtedy napinać. Możemy być sobą.
Małe rzeczy, które dają stabilność
Czasem to naprawdę drobiazgi:
kubek, po który sięgamy codziennie rano,
zapach herbaty,
uporządkowane biurko,
krótka rozmowa o stałej porze,
kilka minut spaceru tą samą trasą.
Te małe elementy są jak kotwice. Nie zatrzymują sztormów, ale pomagają utrzymać kierunek.
Poczucie ulgi w codzienności nie wynika z braku wyzwań. Rodzi się z tego, że między wyzwaniami mamy coś stałego. Coś, co przypomina nam, że świat — mimo wszystko — ma swój rytm, a my umiemy w nim funkcjonować.
piątek, 13 lutego 2026
Dzień Gumy do Żucia i drobne rytuały, które uspokajają ciało. Ciastka Dr Gerard na stole pomagają znaleźć chwilę bez napięcia
Któż z nas nie zna czegoś takiego jak guma do żucia i to już od najmłodszych lat swojego życia. I to właśnie dnia 1 lutego obchodzimy międzynarodowy dzień tego łakocia. Chociaż ten dzień nie jest dniem wolnym od pracy bo nie jest tak donośny jednakże warto abyśmy chociaż tego jednego dnia zastanowili się nad tym przedmiotem jak to ująłem, bo towarzyszy on nam przecież przez cały ciąg naszego życia. Oczywiście iż i guma do żucia ma swoją genezę powstania, a sięga ona dawnych lat o czym w paru zdaniach poruszę to zagadnienie.
I tak guma, a właściwie jej początki w x wieku w latach siedemdziesiątych wyglądała jak brązowa bryłka, dopiero w 1893 roku William Wrigley, dodał do niej wyciąg z mięty pieprzowej co rozsławiło ten orzeźwiający smakołyk, a w 1914roku ukazał się jego jeszcze bardziej miętowy smak znany pod nazwą Doublemint. Teraz guma do żucia to nie tylko wyrób amerykański lecz ogólnoświatowy występujący z domieszką różnych smaków. Doszło do tego, że w takim kraju jak Turcja podawanie gumy urosło do rangi międzynarodowej, bo po każdym posiłku w restauracji dostajemy saszetkę z gumą do żucia. Odkryto nawet, że człowiek już w prehistorii żuł żywicę bo odkryto odcisk zęba na niej. Lekarze też mają tu coś do powiedzenia i z ich badań wynika, że żucie gumy do żucia jest dobrotliwe dla nas, a w szczególności właśnie dentyści to podkreślają.
U niektórych z nas ranga żucia gumy urosła do czynności jaką wykonujemy codziennie. Takie żucie i uspokaja nas, a smak zawarty w owym smakołyku uwalniający się w trakcie jego żucia daje nam chwilę odprężenia. W Polsce występuje ona tak jak w innych krajach pod różnymi postaciami w listkach w drażetkach, czyli jest to coś zwyczajnego bo i sprzedawana jest w tysiącach sztuk, czyli ludzie po nią sięgają i jak na razie to ta gałąź ma się dobrze.
Przy żuciu gumy robimy nie inaczej jak powtarzalnych ruch bo przecież jak inaczej można nazwać żucie gumy. Tak jak samo ta przewidywalność ruchów jak żucie tej naszej gumy to tak samo jest usystematyzowany nasz rytm dnia i te dwie czynności to przecież miks tegoż dnia.
Podczas rytmicznego wykonywania ruchów szczęki gdy żujemy gumę to nasz oddech się uspokaja, a dodając do tego jeszcze ten miętowy smak naszego łakocia pozwala nam na złapanie świeżego oddechu. Zapewne i to nie jest obojętne dla naszego organizmu lecz tak jak już tu zostało to podkreślone to nas uspokaja. Można by tu jeszcze dodać, że niektórzy liczą sobie w pamięci i robią oddechy ale wydaje mi się, że lepiej porzuć sobie ulubioną gumę, a na efekt uspokajający nie będziemy musieli długo czekać.
Skoro tu jest pisane o odprężeniu to i trzeba i by napomknąć coś o wyciszeniu. Wiadomo iż każdy z nas potrzebuje odrobinki chociażby wyciszenia tak aby pobyć sam z sobą i swoimi myślami. Kto z nas nie zna powiedzenia, mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Nawet niekiedy nie potrzeba słów aby się zrozumieć, wystarczy ta chwila milczenia albo jak kto woli ciszy.
Nie był bym sobą jakbym nie wtrącił tu kilku zdań na temat słodkości. Do tej grupy łakoci i zapewne można zaliczyć ciacha, a jest i na naszym podwórku taki producent tych wyrobów, którego to wyroby wpadną w gusta najbardziej wybrednym degustatorom. Wiadomo, że jak ciastko to i słodkości, a jak słodkości to cukier i tu jest coś co nas powinno zastanowić, Spożywanie cukru podnosi nam hormon szczęścia i dostarcza do organizmu glukozę. Jednakże w dużej ilości spożywanie cukru jest zgubne, prowadzić może nawet do powstawania próchnicy w uzębieniu. Jednakże w umiarkowanej ilości jego spożywanie jest nawet potrzebne. I tak jak pisałem powyżej ten rodzimy producent słodkości kryjący się pod nazwą Dr Gerard zapewne zadba o nasze podniebienia o czym i też już wspomniałem, także pozwólmy sobie na chwilę beztroski przy ciachu.
Nie trzeba wcale widzieć aby czuć i to nie tylko co się dzieje dookoła nas. Takie zmysły jak dotyk, smak, węch i słuch w jakiś sposób potrafią i zastąpić zmysł widzenia. A przecież jak wiadomo to i w społeczeństwie, w sklład jego wchodzą i osoby niewidome. Pisałem i tu już i o chwili uspokojenia, bo wiem, że i to jest ważne w naszym zabieganym życiu. Róbmy sobie czasami małe przerwy i pożujmy gumę, a to powinno nas uspokoić, to oczywiście tylko taka moja sugestia bo czemu nie spróbować i tego, a może i ktoś już testuje ten sposób. Sama uważność i tu znowu posłużę się osobą niewidomą bo mi do niej blisko, sam nią jestem powinna być już wystarczająca podczas wykonywania prac codziennych zamiast takiej kontroli, a z czasem to po prostu już będzie taki nawyk.
Każdy z nas chyba posiada kolegę albo koleżankę, a może i grupę osób z którymi to lubi przebywać i czuje się z nimi dobrze. Czujemy się w ich obecności nie tak skrępowani i możemy sobie pozwolić na luźniejszą rozmowę. Wiedzą oni o nas więcej, a my i rozumiemy się bez słów.
I tak dotarliśmy do podsumowania tego tekstu. Zawarłem w nim oczywiście, że garść informacji o gumie do żucia bo to był mój temat przewodni, jednakże i pozwoliłem sobie coś niecoś napomknąć o tak ważnej rzeczy jaką jest wyciszenie. Znalazła i tu się i także informacja o ciastkach od producenta Dr Gerarda bo i one zasługują na naszą uwagę. Ciekawe czy osoba czytająca ten tekst i ma swój mały rytuał bo i do niego można zaliczyć zarówno jak żucie gumy czy też degustacja tych wspomnianych ciastek, może ktoś podzieli się tą informacją o swoim rytuale.