poniedziałek, 26 stycznia 2026

Dzień Elvisa Presleya i kuchnia pełna melodii,, kiedy muzyka zastępuje oczy i prowadzi tam, gdzie dobrze

                     

 

 

 

Dzień Elvisa Presleya i kuchnia pełna melodii: Kiedy muzyka zastępuje oczy i prowadzi tam, gdzie dobrze 

 

Wstęp: Elvis w kuchni, nie na scenie.

Dziś Dzień Elvisa Presleya – dzień, w którym świat przypomina sobie Króla Rock and rolla, jego elektryzujący głos, hipnotyzujące ruchy i ten niepowtarzalny uśmiech. Zazwyczaj, gdy myślimy o Elvisie, widzimy go na scenie: w Las Vegas, w błyszczącym kombinezonie, otoczonego blaskiem reflektorów i krzykami fanów. Ale dziś, zamiast przenieść się do rozświetlonej sali koncertowej, zapraszam Cię do miejsca znacznie bardziej intymnego, ciepłego i pełnego zapachów – do kuchni. Dlaczego piszę o Elvisie z perspektywy kuchni, a nie wielkiej sceny? Bo to właśnie tam, w domowym zaciszu, gdzie króluje zapach ulubionych potraw i cichy szum codzienności, muzyka zyskuje zupełnie inny wymiar. Staje się przewodnikiem, szeptem w tle, który prowadzi nas tam, gdzie nie sięga wzrok, tam, gdzie czujemy się po prostu dobrze.

Wyobraź sobie, że stoisz w kuchni. Za oknem szary dzień, lista rzeczy do zrobienia zdaje się nie mieć końca, a Ty masz poczucie, że rzeczywistość zbyt mocno trzyma Cię w garści. Wystarczy jednak jeden akord, jeden znajomy głos, by ten ciasny uchwyt zelżał. Kiedy włączam "Can't Help Falling in Love" Elvisa, nagle przestaje mieć znaczenie sterta naczyń czy pilny termin. Muzyka staje się czymś więcej niż tylko dźwiękiem – staje się mapą, która prowadzi mnie do bezpiecznej przystani w mojej głowie.

W kuchni, gdzie zmysły smaku i zapachu są na pierwszym planie, muzyka często przejmuje rolę oczu. Pomaga nam zobaczyć wspomnienia, poczuć emocje, których nie widać gołym okiem. Melodia Elvisa, pełna nostalgii i rockandrollowej energii, potrafi przenieść mnie do czasów, których nigdy nie doświadczyłem, ale które wydają się znajome dzięki opowieściom i filmom. Potrafi zamienić przygotowywanie obiadu w taniec, a poranną kawę w intymny koncie

Kuchnia i muzyka mają ze sobą zaskakująco wiele wspólnego. Obie wymagają pasji, kreatywności i umiejętności łączenia pozornie niepasujących elementów w harmonijną całość. Dobrze skomponowana piosenka, podobnie jak udane danie, potrafi poruszyć wszystkie zmysły. Elvis, choć znany z zamiłowania do konkretnych, czasem ekstrawaganckich potraw (jak choćby jego słynna kanapka z masłem orzechowym, bananami i bekonem!), wniósł do muzyki podobną bezkompromisowość. Jego utwory są jak Comfort Food dla duszy – sycące, pocieszające i zawsze na miejscu.

Kiedy w tle gra Król, krojenie warzyw staje się rytmicznym stukaniem, mieszanie sosu – delikatnym wirowaniem, a pieczenie ciasta – radosnym oczekiwaniem. Muzyka Elvisa w kuchni to nie tylko ścieżka dźwiękowa; to zaproszenie do celebracji chwili, do odnalezienia przyjemności w prostych czynnościach, które łatwo przeoczyć w zgiełku codzienności. To przypomnienie, że nawet w najbardziej prozaicznych momentach możemy znaleźć magię, jeśli tylko pozwolimy sobie na to, by muzyka nas poprowadziła.

W Dzień Elvisa Presleya niechaj jego muzyka będzie Twoim przewodnikiem. Niech zabierze Cię w podróż do wspomnień, do marzeń, do miejsc, gdzie czujesz się swobodnie i szczęśliwie. Niezależnie od tego, czy stoisz przy kuchennym blacie, prowadzisz samochód, czy po prostu relaksujesz się na kanapie, pozwól, by dźwięki zamknęły Ci oczy i otworzyły serce.

Bo w końcu, czy nie o to w życiu chodzi? By znaleźć te chwile, w których muzyka zastępuje oczy i prowadzi nas tam, gdzie po prostu jest dobrze.

To ujęcie dodaje tekstowi niesamowitej głębi i intymności. Kuchnia staje się wtedy nie tylko pomieszczeniem, ale żywym instrumentem.

W tej mojej kuchennej wersji świata, koncert nie zaczyna się od uderzenia w perkusję na wielkiej scenie. Zaczyna się od dźwięku czujnika – tego krótkiego, technicznego sygnału, który obwieszcza początek dnia. To on jest batutą. Potem dochodzą kolejne instrumenty: miarowe kroki na podłodze, charakterystyczne kliknięcie otwieranych drzwiczek, wysunięcie szuflady ze sztućcami. To moja mała orkiestra codzienności, w której każdy sprzęt ma swoją partię do zagrania.

A nad tym wszystkim unosi się on – Elvis. Ale nie ten z plakatów. To Elvis, który staje się mapą, a nie tylko tłem. Kiedy świat na zewnątrz staje się zbyt głośny, chaotyczny i rażący, muzyka działa jak filtr. Odcinam się od nadmiaru bodźców, a dźwięk zastępuje mi oczy.

Czy zdarzyło Ci się kiedyś tańczyć w kuchni z zamkniętymi oczami? Kiedy znasz każdy centymetr blatu, wiesz dokładnie, gdzie stoi ulubiony kubek, muzyka staje się Twoim wzrokiem. W rytmie rock'n'rolla poruszam się niemal bezdotykowo. Elvis ustawia rytm poranka, a ja płynę między lodówką a stołem, nie potrzebując wzroku, by wiedzieć, gdzie jestem. Muzyka buduje przestrzeń, w której czuję się bezpiecznie.

Na stole ląduje talerzyk ciastek od Dr Gerarda. Nawet ich kruchość zdaje się współgrać z tym rytmem. Słodki akcent w rytmie „Blue Suede Shoes” – mała celebracja życia, która nie potrzebuje braw tysięcy ludzi. Wystarczy mi chrupnięcie ciastka, aromat kawy i głos, który od dekad koi i elektryzuje jednocześnie.

Ludzie pytają, dlaczego nie szukam wielkich wrażeń na koncertowych halach. Odpowiedź jest prosta: nie potrzebuję sceny, żeby świętować muzykę. Mam radio, mam kuchnię i mam te chwile, w których melodia prowadzi mnie tam, gdzie jest mi dobrze, choć czasem nie widzę wyraźnej drogi przed sobą.

Co zostaje po takim długim, domowym koncercie?

Cisza, która nie przeraża, bo jest wypełniona echem dobrych dźwięków.

Spokój, który przefiltrował poranny pośpiech.

Poczucie, że dom to miejsce, gdzie melodia zastępuje światło.

W Dzień Elvisa Presleya życzę Ci właśnie takiej kuchni. Pełnej melodii, zapachu ciastek i odwagi, by czasem zamknąć oczy i pozwolić się poprowadzić tam, gdzie po prostu jest bezpiecznie. Bo muzyka zawsze znajdzie drogę, nawet jeśli my jej w tej chwili nie widzimy.

 

Światowy Dzień Pokoju widziany bez patrzenia. Jak odnaleźć równowagę, kiedy świat pędzi szybciej niż my.

Światowy Dzień Pokoju widziany bez patrzenia. Jak odnaleźć równowagę, kiedy świat pędzi szybciej niż my.

1. Wstęp: co znaczy pokój, gdy nie patrzę, tylko czuję

1.1. Światowy Dzień Pokoju – krótko, bez wielkich definicji

Światowy Dzień Pokoju pojawia się w kalendarzu raz w roku. Zazwyczaj towarzyszą mu hasła, apele i krótkie komunikaty. Przez moment mówi się o nim głośniej, po czym uwaga przenosi się gdzie indziej.
Dla mnie ten dzień nie jest okazją do wielkich słów. Jest raczej zatrzymaniem się na chwilę. Sprawdzeniem, czy w codziennym biegu jest jeszcze miejsce na ciszę. Na spokojniejszy oddech. Na zwyczajne bycie.
Pokój nie zaczyna się dla mnie od świata. Zaczyna się bardzo blisko. W ciele. W tempie, w jakim przeżywam dzień.

1.2. Piszę jako osoba niewidoma – pokój odbieram inaczej niż „widok”

Piszę ten tekst jako osoba niewidoma. Nie opisuję tego, co widać. Opisuję to, co się czuje.
Mój kontakt ze światem opiera się na dźwiękach, dotyku, zapachach i rytmie. To one mówią mi, czy jest bezpiecznie. Czy jest spokojnie. Czy mogę się rozluźnić.
Pokój nie jest dla mnie obrazem. Jest stanem, w którym ciało przestaje być w gotowości. Ramiona opadają. Oddech się pogłębia. Myśli nie pędzą jedna za drugą.

1.3. Herbata i ciastka Dr Gerard jako pretekst do zatrzymania

Wyobraź sobie prostą sytuację. Stół. Kilka krzeseł. Ciepła herbata w kubkach. Na środku talerzyk z ciastkami Dr Gerard.
Nie chodzi o sam poczęstunek. Chodzi o moment, który on tworzy. O zgodę na to, by na chwilę nic nie robić. Nie odpowiadać. Nie reagować.
Herbata stygnie powoli. Ciastko czeka. Ten czas nie domaga się pośpiechu.

1.4. Zaproszenie: to będzie tekst o spokoju, który można naprawdę poczuć

Ten tekst jest zaproszeniem. Do zatrzymania się. Do bycia uważnym.
Nie będę tu tłumaczył, czym pokój powinien być według definicji. Opowiem raczej, jak ja go doświadczam. Jak go szukam w drobnych momentach dnia.
Jeśli czytasz to teraz, jesteśmy przy jednym stole. Wystarczy na chwilę zostać.

2. Świat, który pędzi szybciej niż my

2.1. Wieczne „szybciej, więcej, już” – jak to słychać, a nie widać

Pośpiech ma swój dźwięk. Słychać go w szybkich krokach, w urywanych zdaniach, w rozmowach prowadzonych jednocześnie z kimś i z telefonem.
Słyszę świat, który rzadko milknie. Nawet cisza bywa napięta. Jakby była tylko przerwą przed kolejnym sygnałem.
Dla mnie to bardzo wyraźne. Dźwięk zdradza tempo szybciej niż obraz.

2.2. Presja bycia „wydajnym” i „nadążającym”

Często słyszę, że coś trzeba zrobić „szybciej”. Że odpowiedź powinna być natychmiast. Że opóźnienie wymaga tłumaczenia.
Presja nie zawsze jest wypowiedziana wprost. Czasem jest w tonie głosu. W westchnieniu. W nerwowym poprawianiu.
To zmęczenie nie bierze się z ilości zadań. Bierze się z tempa.

2.3. Jak to dotyka osoby z dysfunkcją wzroku

Każde działanie wymaga ode mnie uwagi. Przemieszczanie się. Szukanie przedmiotów. Orientowanie się w przestrzeni.
Gdy świat przyspiesza, nie mam gdzie skrócić drogi. Ciało pracuje intensywniej. Umysł jest cały czas czujny.
Dlatego szybciej odczuwam przeciążenie. I szybciej potrzebuję zatrzymania.

2.4. Moment, w którym ciało mówi: „zwolnij”

Ciało ostrzega wcześniej, niż myśli.
Najpierw pojawia się napięcie. Potem zmęczenie, które nie mija po odpoczynku. Jeśli dalej ignoruję sygnały, ciało domaga się uwagi coraz wyraźniej.
Uczę się słuchać wcześniej. Zanim będzie za dużo.

3. Pokój jako stan ciała, nie nagłówek w wiadomościach

3.1. Spokojny oddech jako pierwszy sygnał pokoju

Pokój zaczynam rozpoznawać po oddechu. Gdy jest spokojnie, nie muszę go kontrolować.
Oddech staje się głębszy. Równy. Pojawia się przestrzeń między jednym wdechem a kolejnym.
To znak, że ciało czuje się bezpiecznie.

3.2. Ciepło kubka w dłoniach – prosty sposób na „tu i teraz”

Gdy trzymam ciepły kubek, czuję jego ciężar. Temperaturę. Kształt.
To drobne doświadczenie, ale bardzo konkretne. Przenosi uwagę do chwili obecnej. Nie trzeba nic analizować. Ciepło uspokaja.

3.3. Dźwięki tła, które nie męczą, tylko kołyszą

Niektóre dźwięki są jak miękkie tło. Szum czajnika. Ciche tykanie zegara.
Nie domagają się reakcji. Pozwalają odpocząć.
Pokój nie oznacza absolutnej ciszy. Oznacza brak presji.

3.4. Pokój zaczyna się od tego, co dzieje się w środku

Zewnętrzny świat może być chaotyczny.
Jeśli w środku jest choć trochę spokoju, łatwiej przez to przejść.

4. Widzieć pokój bez oczami – zmysłami i relacją

4.1. Głos, który nie ocenia – brzmienie bezpieczeństwa

Głos drugiego człowieka potrafi bardzo szybko powiedzieć, czy jest bezpiecznie. Nie chodzi o same słowa, ale o tempo mówienia, pauzy, sposób oddychania między zdaniami.
Głos, który nie ocenia, nie spieszy się. Nie poprawia w pół zdania. Nie podnosi się nagle, jakby coś było pilne. Przy takim głosie nie muszę być czujny.
Czuję, że mogę zostać dokładnie tam, gdzie jestem. Bez napięcia w barkach. Bez gotowości do obrony.

4.2. Dotyk stołu, krzesła, talerzyka – mapa, która uspokaja

Dotyk porządkuje przestrzeń. Kiedy dotykam stołu, wiem, gdzie jestem. Kiedy odnajduję krawędź talerzyka, czuję stabilność.
Te przedmioty nie zmieniają miejsca. Są przewidywalne. Dzięki nim świat staje się spokojniejszy.
Porządek w dotyku daje porządek w środku. Nie muszę zgadywać. Mogę się oprzeć.

4.3. Zapach herbaty i ciastek jako kotwica w chwili

Zapach dociera szybciej niż myśl. Nie trzeba go analizować.
Zapach herbaty kojarzy mi się z przerwą. Z momentem, w którym nic nie jest pilne. Zapach ciastek dodaje temu chwili przyjemności.
To kotwica. Coś, co trzyma mnie w „teraz”, gdy świat próbuje ciągnąć dalej.

4.4. „Widzę” spokój po tym, jak czuję się w swoim ciele

Nie potrzebuję obrazu, żeby wiedzieć, że jest spokojnie.
Wiem to po ciele. Po tym, że nie napinam szczęki. Po tym, że siedzę wygodnie. Po tym, że oddech sam znajduje swój rytm.
Tak właśnie „widzę” pokój.

5. Talerzyk ciastek Dr Gerard jako mały symbol harmonii

5.1. Podzielenie się ciastkiem jako drobny gest pokoju

Podanie talerzyka z ciastkami to bardzo prosty gest. Nie wymaga słów ani tłumaczeń.
Mówi: jesteś tu mile widziany. Jest dla ciebie miejsce.
Takie drobne gesty budują atmosferę, w której łatwiej się rozluźnić.

5.2. Talerzyk na środku stołu – każdy ma równe prawo sięgnąć

Gdy talerzyk stoi na środku stołu, nikt nie jest ważniejszy. Nikt nie musi prosić.
Każdy decyduje sam, kiedy sięgnąć. To daje poczucie równości i spokoju.

5.3. Jak powiedzieć, gdzie leżą ciastka, żeby każdy czuł się swobodnie

Prosta informacja potrafi bardzo wiele zmienić. „Talerzyk jest przed tobą, trochę po lewej.”
Dzięki temu nie trzeba zgadywać ani czekać na pomoc. Pojawia się swoboda.
To drobna rzecz, ale bardzo konkretna.

5.4. To nie jest „poczęstunek dla gości”, tylko wspólna chwila

Nie chodzi o uprzejmość ani o zasady dobrego wychowania.
Chodzi o wspólność chwili. O bycie razem bez pośpiechu i ról.

6. Granice, które chronią spokój

6.1. Prawo do powiedzenia „nie” i „teraz nie dam rady”

Prawo do odmowy jest częścią pokoju. „Nie” nie musi być ostre ani głośne.
Czasem wystarczy spokojne: teraz nie dam rady. Bez tłumaczeń.

6.2. Ograniczenie bodźców: hałas, chaos, natłok zadań

Zbyt wiele bodźców naraz męczy. Hałas, rozmowy, zadania.
Ograniczenie ich nie jest ucieczką. Jest dbaniem o siebie.

6.3. Prośba o wolniejsze tempo – w pracy, w domu, w relacjach

Prośba o wolniejsze tempo bywa trudna. Ale często jest konieczna.
Nie jest żądaniem. Jest informacją o granicach.

6.4. Pokój jako umiejętność stawiania cichych granic

Granice mogą być spokojne. Nie muszą ranić innych.
Chronią to, co ważne.

7. Jak szukać równowagi, gdy „wszyscy” gdzieś biegną

7.1. Małe rytuały dnia: herbata, przerwa, kilka głębszych oddechów

Małe rytuały pomagają zatrzymać się w ciągu dnia.
Nie wymagają wiele czasu. Dają jednak poczucie ciągłości i bezpieczeństwa.

7.2. „Jedno po drugim”, zamiast „wszystko naraz”

Robienie jednej rzeczy naraz uspokaja.
Zmniejsza napięcie i pozwala naprawdę być w tym, co się robi.

7.3. Skupienie się na jednej rzeczy, zamiast słuchania całego świata naraz

Nie muszę reagować na wszystko.
Świat może chwilę poczekać.

7.4. Pozwolenie sobie na gorszy dzień – bez poczucia winy

Gorszy dzień nie jest porażką.
Jest sygnałem, że warto zwolnić.

8. Ludzie, przy których łatwiej oddychać

8.1. Ci, którzy pytają „jak wolisz?”, a nie „czemu tak wolno?”

To pytanie brzmi niepozornie, ale robi ogromną różnicę. „Jak wolisz?” daje wybór. Daje przestrzeń na odpowiedź bez napięcia.
Nie zakłada, że coś jest nie tak. Nie sugeruje, że tempo trzeba usprawiedliwiać. Pozwala powiedzieć, czego potrzebuję, zamiast tłumaczyć się z tego, kim jestem.
Przy takim pytaniu ciało od razu reaguje ulgą. Ramiona opadają. Głos staje się spokojniejszy.

8.2. Ci, którzy nie oceniają tempa ani sposobu radzenia sobie

Są ludzie, przy których nie trzeba udowadniać, że się „stara”. Nie mierzą czasu. Nie poprawiają.
Przy nich mogę robić rzeczy po swojemu. Wolniej. Ostrożniej. W swoim rytmie.
To nie znaczy, że nic nie robię. To znaczy, że robię tak, jak potrafię najlepiej.

8.3. Ci, którzy potrafią po prostu usiąść i być

Nie każdy potrafi być w ciszy. Niektórzy od razu chcą pomagać, doradzać, poprawiać.
A czasem największym wsparciem jest zwykłe siedzenie obok. Wspólna herbata. Kilka zdań albo ich brak.
Przy takich osobach łatwiej oddychać. Bo nie trzeba grać żadnej roli.

8.4. Jak im podziękować: słowem, gestem, obecnością

Wdzięczność nie musi być uroczysta. Nie musi być głośna.
Czasem wystarczy powiedzieć: dobrze, że jesteś. Albo po prostu zostać chwilę dłużej przy stole.
Obecność bywa najlepszym podziękowaniem.

9. Pokój w małych rzeczach

9.1. Dźwięk łyżeczki stukającej o kubek

Ten dźwięk jest prosty i znajomy. Powtarzalny. Nie domaga się uwagi.
Kiedy go słyszę, wiem, że ktoś miesza herbatę. Że chwila trwa. Że nic nie musi wydarzyć się natychmiast.
To mały sygnał normalności.

9.2. Faktura obrusu pod palcami

Dotyk obrusu jest miękki i stały. Pod palcami czuję, że stół jest tam, gdzie powinien.
Ten kontakt z materiałem uspokaja. Przypomina, że jestem tu. Że mam oparcie.
Małe rzeczy zakotwiczają w chwili.

9.3. Pierwszy kęs ciastka – chwila tylko dla zmysłów

Pierwszy kęs zawsze jest najważniejszy. Smak pojawia się wyraźnie. Nie da się go przyspieszyć.
Przez moment uwaga skupia się tylko na tym, co czuję w ustach. Na strukturze. Na słodyczy.
To krótka przerwa od reszty świata.

9.4. To są momenty, które składają się na „jest mi dobrze”

Pokój nie przychodzi nagle. Składa się z takich drobiazgów.
Z dźwięków, dotyków, smaków, które nie męczą.
To one budują poczucie, że jest w porządku.

10. Zakończenie: Światowy Dzień Pokoju codziennie po trochu

10.1. Nie zmienimy całego świata, ale możemy zmienić tempo jednej rozmowy

Nie mam wpływu na tempo całego świata. Na wiadomości. Na decyzje podejmowane gdzieś daleko.
Mam jednak wpływ na to, jak rozmawiam z drugim człowiekiem. Czy daję mu czas. Czy słucham do końca.
Zmiana tempa jednej rozmowy to realny gest pokoju.

10.2. Pokój to sposób bycia ze sobą i z innymi, nie hasło w kalendarzu

Pokój nie wydarza się raz w roku. Nie jest datą.
Jest sposobem bycia. W tym, jak mówię. Jak słucham. Jak reaguję na zmęczenie swoje i cudze.
To codzienna praktyka.

10.3. Herbata, ciastka, łagodny głos – czasem to naprawdę wystarczy

Nie zawsze potrzeba wielkich rozwiązań. Czasem wystarczy łagodny głos i chwila ciszy.
Herbata stygnąca na stole. Talerzyk ciastek w zasięgu ręki.
To drobne rzeczy, ale niosą ulgę.

10.4. Zaproszenie dla czytelnika: znajdź dziś jedną spokojną chwilę tylko dla siebie

Nie musi być długa. Nie musi być idealna.
Znajdź jedną chwilę, w której pozwolisz sobie zwolnić. Może przy herbacie. Może w ciszy.
To wystarczy na dziś.

 

Międzynarodowy Dzień Koszuli i poranek, w którym dotyk materiału mówi więcej niż lustro. Ciastka Dr Gerard pomagają zacząć dzień bez presji wyglądu


1. Wstęp: Międzynarodowy Dzień Koszuli w wersji niewidomej

 

Wśród wielu dni w kalendarzu  jest dzień koszuli. Czy ktoś zna to święto? Mówię to sobie cicho, bardziej jak przypomnienie niż jak coś, co trzeba świętować. Dla mnie to nie jest okazja do zakładania koszuli. Koszula dla mnie to raczej tylko symbol. Koszula jest zbyt oficjalna, zbyt krępująca. Ja na co dzień zakładam koszulki zwane T-shirt  lub bluzki z dodatkiem elastyny. W tym dniu chcę zwolnić na chwilę przy szafie i sprawdzić, co moje dłonie chcą dziś poczuć. Bo poranek zaczyna się u mnie nie od lustra, tylko od dotyku. Od ciepła kubka z herbatą, od chłodu klamki, od materiału, który czeka na półce.

 

Siadam w kuchni. Blat jest lekko chłodny pod palcami. Plecy dotykają ciepłego kaloryfera. W powietrzu unosi się ledwie wyczuwalny zapach herbaty – codzienny i znajomy. Na talerzyku leżą ciastka Dr Gerard. Biorę jedno do ręki. Jest kruche, oblane chrupiącą czekoladą. Czuję jego krawędzie, zanim trafi do ust. Ten moment zawsze mnie zatrzymuje. Cieszę się gdy nie muszę się spieszyć. To jest ten czas, żeby pobyć ze sobą, zanim dzień się rozpędzi.

 

2. Dotyk materiału jako pierwsze „spojrzenie” na dzień

 

Kiedy wstaję i podchodzę do szafy, moje dłonie już wiedzą, czego szukają. Jest to wyznacznik, jak czuję się w sobie. Czasami potrzebuję w ubraniu większej swobody, czasami może być jej mniej. Przesuwam palcami po półce. Jedna bluzka jest chłodna i śliska. Druga miękka. Trzecia szorstka, taka, która przypomina mi, że nie zawsze mam ochotę na „oficjalne” materiały. Każda z nich mówi coś innego. I ja ich słucham. Nie pytam, która „lepiej wygląda”. Pytam, która będzie dla mnie dobra przez najbliższe godziny.

 

Dotyk to moje pierwsze „spojrzenie” na dzień. Kiedy biorę koszulę do ręki, czuję jej wagę. Jeśli jest mięsista i cięższa, wiem, że będzie mnie otulać. Jeśli lekka, że będzie muskać prawie niezauważalnie moje ramiona przy każdym ruchu. Materiał pod palcami potrafi być obietnicą albo ostrzeżeniem. Obietnicą spokoju albo ostrzeżeniem, że dziś mogę się czuć nieswojo.

 

3. Wybieranie koszuli bez patrzenia

 

Mam swoje małe porządki, które znam na pamięć. Po lewej stronie szafy trzymam ubrania cieńsze. Po prawej te grubsze. Na środku te, do których wracam najczęściej – bo one są niemal gwarantem udanego dnia. Składam je zawsze tak samo. Dzięki temu nie muszę szukać. Po prostu sięgam. Moje dłonie wiedzą, gdzie co leży. To daje mi poczucie, że poranek nie jest walką, tylko spokojem.

 

Często rozpoznaję ubranie już po pierwszym muśnięciu palcami, czasem po guzikach. Jedne są zupełnie gładkie. Inne mają delikatną krawędź, którą wyczuwam paznokciem. Są też wszywki, które mówią mi, czy to ta, którą lubię nosić w dni, kiedy potrzebuję czegoś pewnego. Te małe znaki są jak notatki zostawione dla mnie samej. Ciche, ale bardzo pomocne.

 

4. Presja wyglądu a codzienność osoby niewidomej

 

Są dni, kiedy słyszę, że „dobrze wyglądać to podstawa”. To drogowskaz dla wielu ludzi. Wiem, że jest to ważne. Słyszę te słowa, ale one znaczą dla mnie chyba coś innego. Dla mnie jest ważne, czy ubranie nie drapie w szyję. Czy rękawy nie krępują ruchów oraz, czy moje ciało „oddycha”. To są takie sygnały. I ja im ufam.

 

Nie widzę min. Nie widzę spojrzeń. Słyszę głosy. Ton. Pauzy. Czasem czyjś entuzjazm. Czasem tylko uprzejmość. To wystarcza, żebym wiedziała, że ludzie mają swoje opinie. Ale to nie one idą ze mną przez cały dzień. Idzie ze mną ta symboliczna koszula. I to jak w niej się czuję ma dla mnie większe znaczenie.

 

5. Herbata i ciastka Dr Gerard jako antidotum na poranny pośpiech

 

Wracam myślami do kuchni. Do herbaty. Do talerzyka z ciastkami. To mój mały rytuał. Najpierw łyk ciepłego napoju. Potem być może decyzja, w co dziś się ubiorę. Ta kolejność jest dla mnie ważna. Jakby ciało musiało najpierw dostać sygnał, że jest bezpiecznie, że nie ma pośpiechu. Decyzję poprzedza zastanowienie, jaki to będzie dzień – swobodny czy oficjalny?

 

Słodkość ciastek Dr Gerard jest taka zwyczajna, ale w tym jest coś kojącego. Kruchość pod palcami, smak, który na chwilę wypełnia usta. To mały moment, w którym świat się zwęża do mojego oddechu.

 

6. Koszula, która dobrze leży, nawet jeśli nie wiem, jak wygląda

 

Koszula, którą dziś wybieram, musi dobrze leżeć. Ale dla mnie „dobrze” znaczy coś innego niż dla wielu osób. Ja po prostu nie chcę myśleć o moim ubraniu przez cały dzień, tęskniąc za chwilą, gdy w końcu zamienię je na coś wygodnego. Sprawdzam ramiona. Jeśli materiał nie ciągnie, jest w porządku. Sprawdzam guziki. Jeśli nie napinają się pod palcami, wiem, że nie będę się nimi zajmować co chwilę. Rękawy. Jeśli nie zjeżdżają, mogę zapomnieć, że w ogóle je mam. To są moje miary i wyznaczniki dobrego wyglądu.

 

Moje ciało pamięta te ubrania, które były dobre. I te, które były męczące. Do tych pierwszych wracam. To jest taka cicha lista, którą noszę w sobie. Nie zapisana, nie opisana, ale bardzo wyraźna.

 

7. Ludzie, którzy pomagają bez oceniania

 

Są ludzie, którzy to rozumieją. Tacy, którzy zamiast mówić „to nie pasuje”, pytają „opisać ci szczegóły”. Dają mi wybór. Nie wchodzą ze swoimi ocenami, tylko oferują swoje oczy, jeśli ich potrzebuję. To jest dla mnie ogromna różnica. Wiele rzeczy też sama potrafię ocenić dotykiem – chociażby skład materiału. Doskonale znam bawełnę – miękką i swobodną, strukturę lnu, gładką w dotyku wiskozę, gryzącą wełnę oraz zwiewność i pajęczą delikatność jedwabiu, którego za nic nie pomylę ze sztywnym poliestrem. Znam też elastynę i jej właściwości, gdy jest dodatkiem do składu podstawowego. Rozumiem też style i zasady łączenia barw oraz wzorów. Jeśli potrzebuję pomocy przy zakupach – to potrzebuję współpracy, bez narzucania.

 

8. Koszule jako wspomnienia i historie

 

Ubrania są dla mnie jak historie. Pamięć wydarzenia i ja w tej zwiewnej, rozkloszowanej sukience. Idę brzegiem morza, ciepły piasek pod stopami. Słyszę szum fal poruszanych powiewem wiatru i delikatne muśnięcia materiału na moich kostkach. Chwile szczęścia. Dziś ją zakładam i wraca to uczucie, które mnie uskrzydla.

 

Jest też taka, którą dostałam od bliskiej osoby. Kiedy dotykam jej materiału, przypominam sobie dłonie, które mi ją podawały. To nie jest wspomnienie obrazu. To jest wspomnienie ciepła i bliskiej relacji.

 

9. Dlaczego Międzynarodowy Dzień Koszuli warto przeżyć po swojemu

 

Międzynarodowy Dzień Koszuli może być dla mnie taki, jak każdy inny dzień. Bez oceniania. Bez presji, że trzeba zrobić coś „odświętnego”. Mogę po prostu założyć ubranie, które jest przyjazne dla mojego ciała. I to wystarczy.

 

Nie potrzebuję perfekcji, żeby dzień był w porządku. Wystarczy mi spokój.

 

10. Zakończenie: dzień bez lustra, ale pełen spokoju

 

Na koniec wracam jeszcze raz do kuchni. Do herbaty, która już trochę ostygła, ale nadal grzeje dłonie. Do okruszków na talerzyku po ciastkach Dr Gerard. To są moje małe znaki, że poranek się wydarzył. Że dałam sobie chwilę.

 

Koszula jest na mnie. Leży dobrze. Czuję ją na ramionach, na plecach, na nadgarstkach. Jest obecna, ale nie dominuje.

 

Jeśli siedzisz teraz gdzieś, może z kawą, może z herbatą, chcę cię zaprosić do małego eksperymentu. Wybierz dziś coś dla siebie. Nie „dla oka”. Dla dłoni. Dla ciała. Dla spokoju. Może to będzie koszula. Może coś zupełnie innego.

 

Usiądź ze mną w tej wyobrażonej kuchni choć na chwilę. I pozwól, żeby dzień zaczął się w twoim tempie, nie w tempie otoczenia.

 

niedziela, 25 stycznia 2026

Światowy Dzień Pizzy i dłonie, które wiedzą, kiedy ciasto jest idealne. Smaki, którymi można się dzielić bez patrzenia

Światowy Dzień Pizzy w  wersji niewidomej

    Światowy Dzień Pizzy to dzień prawie jak każdy inny z tym wyjątkiem, że podczas przygotowania pizzy mogę się na chwilę zatrzymać przy czymś prostym i znajomym. Nie potrzebuję wtedy wielkich słów, tłumaczenia czemu pizza jest ważna, przecież wystarczy, że jest. Tak, więc Dzień Pizzy nie musi się zaczynać od daty, ale może się rozpocząć od dźwięku piekarnika, zapachu drożdży unoszącego się w kuchni i od dłoni oprószonych mąką. 

Dla mnie jako osoby niewidomej pizza nie jest obrazkiem z menu, ani idealnym kołem na talerzu. Jest ciepłem, które przenika przez karton lub talerz. Jest sprężystością ciasta gdy biorę pierwszy kawałek do ręki. Jest zapachem sera, który unosi się w powietrzu, zanim jeszcze dotknie języka. I liczy się, to jak chrupie i smakuje, a nie jak wygląda, tak więc jedząc pizzę, czuję ją całym ciałem.

Pizza raczej nie bywa samotna, a nawet jedząc ją w ciszy i tak gdzieś w tle jest czyjaś obecność, wspomnienie rozmów, śmiechu czy wspólne sięganie po ostatni kawałek. Dla mnie jedzenie jest zazwyczaj pretekstem do wspólnego spędzania czasu, ponieważ zawsze ktoś opisze co jest na stole, czy poda talerz. W takich sytuacjach jedzenie jest nie tylko posiłkiem a przestrzenią spotkania, gdzie dla każdego znajdzie się miejsce. 

Pizza nie musi być idealna, ani zrobiona z najlepszego przepisu. Tak więc zapraszam, usiądź ze mną w kuchni, gdzie blat jest trochę lepki od ciasta, a powietrze ciepłe od piekarnika i tu właśnie przygotujemy pizzę. Rozmowa toczy się tu wolniej, bo ręce mam zajęte, a uwagę skupiam na dotyku, zapachu i obecności. I wystarczy kawałek pizzy, którym mogę się podzielić. 

Dłonie jako najlepszy "tester" ciasta

    Miękkość, sprężystość, temperatura to sygnały, których nie widać. Więc kiedy biorę ciasto w dłonie, to czuję rzeczy, których nie trzeba widzieć. Miękkość mówi mi, czy gluten już się ułożył, sprężystość zdradza czy ciasto wystarczająco długo odpoczywało, temperatura pod palcami podpowiada mi czy drożdże pracują w swoim rytmie. Różnice takie jak ledwo wyczuwalne napięcie, delikatny opór przy nacisku, i ciepło, ale takie, które nie parzy to rzeczy, które się czuje. Z upływem czasu dłonie uczą się je rozpoznawać automatycznie bez wielkiego wysiłku. 

Gdy wsypuję mąkę do miski, to po jej strukturze rozpoznaje, ile wody wchłonie. Temperaturę sprawdzam skórą, bo to ona pierwsza ma styczność ze składnikami. Dłonie szybciej zapamiętują konsystencję drożdży. Ciało pamięta rytm kuchni, tempo wyrabiania, moment kiedy ciasto przestaje się kleić, a zaczyna oddychać Te czynności i ruchy zapisane są w mięśniach, skórze i pamięci. 

Jak rozpoznaję, że ciasto jest gotowe bez patrzenia? Naciskam na powierzchnię ciasta i czekam. Jak wraca powoli, to znaczy, że jest gotowe, a jeśli się zapada, to potrzebuje pracy albo odpoczynku, a gdy stawia opór, to znaczy, że je przemęczyłam. Dłonie wyczują moment kiedy ciasto staje się elastyczne, gładkie oraz ciepłe i wystarczy tylko dotyk i nie jesteś w stanie pomylić tej chwili. 

Dłonie potrafią powiedzieć prawdę szybciej niż oczy. Ciasto może wyglądać dobrze, a w środku być niedojrzałe, może mu brakować struktury, więc oczy można łatwo oszukać. Dłonie za to nie kłamią, reagują szybko na to co prawdziwe. Wyczuwają napięcie, wilgoć, ciepło i ruch, który w cieście nadal trwa. Ufam zatem dłoniom bezgranicznie, one nie analizują, nie porównują, ale wiedzą. I kuchnia może stać się miejscem, gdzie można zacząć naprawdę czuć. 

Zapachy, które prowadzą przez przygotowanie pizzy 

    Aromat drożdży to początek całego procesu przygotowania pizzy. Zanim jeszcze dotknę ciasta, a mąka oprószy blat, pojawia się zapach. Delikatny, lekko słodki aromat drożdży. Gdy mieszam je z ciepłą wodą, to czuję, jakby coś się budziło. Zapach ten mówi mi, że coś zaczyna żyć, rosnąć, pracować. Jest to sygnał, że już czas na przygotowanie pizzy. Drożdże pachną cierpliwością i oczekiwaniem i to jest ten moment gdzie nie mogę się spieszyć. Gdy drożdże pracują, uwagę przenoszę na dodatki. W palcach rozcieram świeżą bazylię i od razu czuję jej intensywny zapach. Czosnek krojony drobno uwalnia swoją ostrość, a oliwa z oliwek wnosi miękką, lekko owocową nutę. Te aromaty tworzą dla mnie mapę smaków, zanim jeszcze pizza trafi do pieca. A gdy już tam się znajduje, to zapach zaczyna się zmieniać. Na początku jest subtelny, a później bardziej wyraźny, aż roznosi się na całe pomieszczenie. Słyszę cichy szum gorącego powietrza, trzask nagrzanego piekarnika i można to uznać za muzykę, a zapach jest jej melodią. Ser się topi, sos gęstnieje, ciasto twardnieje i robi się chrupiące. A aromaty łączą się w jedną całość. Zapach podpowiada mi kiedy pizza jest prawie gotowa. Gdy poczuję lekko przypieczoną skórkę, delikatną słodycz pomidorów, intensywną nutę ziół to wiem, że to ten czas. Już po zapachu poznaję, że wszystko się udało, zanim jeszcze spróbuję pierwszy kawałek. 

Pizza jako jedzenie, którym najłatwiej się dzielić

    Kawałki pizzy nie potrzebują tłumaczenia. Nie muszę pytać jak je jeść i w jakiej kolejności brać je mam do ręki. Czuję ciepło, zapach i ciężar dodatków. 

Podanie kawałka pizzy z ręki do ręki to prosty gest bez słów, bez dystansu. Pizza nie stawia barier, nie wyklucza i każdy wie, co z nią zrobić. 

Pizzę trudno jest podzielić na idealnie równe kawałki. Najczęściej jest tak, że ktoś dostanie większy kawałek, a ktoś inny mniejszy, jeden ma więcej sera, a drugi więcej ciasta. Najważniejsze jest to, że liczy się intencja, a nie matematyka. Dzielenie pizzy uczy zaufania, luzu, gotowości do ustąpienia czy oddania lepszego kawałka albo zabrania ostatniego bez pretensji. 

Mogę to już stwierdzić, że przy pizzy rozmowa zaczyna toczyć się sama i nawet gdy zapadnie cisza  to nie jest ona niezręczna. Wspólne jedzenie tworzy więź, zanim wypowie się pierwsze słowa. Wspólny pierwszy kęs, śmiech i sięganie po następny kawałek sprawia, że nie trzeba ciągle mówić, a wystarczy być, żeby poczuć bliskość i stworzyć przestrzeń, w której obecność drugiej osoby jest naturalna.

Dla mnie pizza jest jak zaproszenie nieformalne, ciepłe, bez oczekiwań. Kiedy mówię "chodźmy na pizzę" to nie znaczy tylko, że odczuwam głód. To pretekst do wspólnego spędzenia czasu, podzielenia się czymś prostym i bycia przez moment razem. 

Ciastka Dr Gerard jako słodkie dopełnienie kulinarnego święta

    Uczestnicząc w kulinarnym święcie, zwracam uwagę nie tylko na danie główne. Odczuwam rytm całego spotkania, czyli wszystkie momenty te mniej i więcej wyraźne, oraz etapy między smakami i wymianą słów. I właśnie w tym czasie pojawiają się ciastka Dr Gerard, ale nie jako gwiazda wieczoru, a jego słodkie dopełnienie. Gdy po zjedzeniu kilku kawałków pizzy wciąż czuję jej chrupiące brzegi i ciągnący się ser, a już sięgam po kruche ciastko, to odczuwam dużą zmianę. Tekstura ciastka jest lżejsza i delikatniejsza. Używam mniej energii do gryzienia, a ciastko powoli się rozpada w ustach. Wtedy moje podniebienie odpoczywa, a odczucia się zmieniają. 

Talerzyk z ciastkami nie domaga się uwagi i stoi na boku stołu. Mogę po nie sięgnąć w każdej chwili między wymianą zdań, śmiechem czy ciszą. To jest taki mały, spokojny przerywnik, który pozwala na moment zwolnić. 

Już jedno ciastko wystarczy, żeby sobie powiedzieć "poczekaj". Sięganie po coś słodkiego pomiędzy kolejnymi kawałkami pizzy spowalnia tempo jedzenia, nadając jej rytm, nie jem w pośpiechu i uważniej oraz świadomie mogą uczestniczyć w dalszej rozmowie. 

Słodkości od Dr Gerard potrafią zamknąć spotkanie delikatnie i subtelnie, a nie tak jak niektóre słodkości przygotowywane "na pokaz". Ciastka od Dr Gerard sprawiają, że rozchodzimy się z poczuciem sytości i miło spędzonego czasu. 

Wspólne gotowanie bez patrzenia

    Wspólne gotowanie bez możliwości korzystanie ze wzroku znaczy dla mnie więcej niż tylko przygotowywanie posiłku. W tym czasie ćwiczę uważność, komunikację i wzajemne zaufanie. Nie mogę polegać na gestach, spojrzeniach, mimice, ale za to każde słowo ma znaczenie i współpraca jest możliwa. 

Od początku ustalamy role, używając tylko słów. Mówię, co robię i co zamierzam robić i to samo robi osoba mi towarzysząca. Gdy na bieżąco opisujemy swoje działania, to taki podział zapewnia nam bezpieczeństwo i łatwiej możemy kontrolować sytuację.

Dla mnie ważne jest to, że pomoc nie może polegać na wyręczaniu. Bardziej oczekuję słownej wskazówki i zamiast łapać mnie za rękę to lepiej powiedzieć, że "twoja dłoń jest zbyt blisko krawędzi blatu "czy "nóż leży po twojej prawej stronie". Dzięki takiej pomocy zachowuję samodzielność i mam wpływ na to co robię. 

Jak dla mnie to najlepiej działają krótkie komunikaty. Konkretne informacje typu "trochę w lewo", "przed tobą jest deska do krojenia", "uwaga gorące naczynie" są użyteczne. Liczy się czas, więc im prostszy przekaz to łatwiej mi zareagować i bezpiecznie działać. Proste komunikaty są moim narzędziem orientacji. 

Wspólne gotowanie uczy mnie zaufania do drugiej osoby i do siebie samej. Muszę wierzyć, że osoba mi towarzysząca odpowiednio mnie poprowadzi słowem, a jednocześnie muszę zdać się na własne zmysły. Z czasem współpraca osiąga idealny poziom i wtedy dopiero możemy mówić o budowaniu relacji, która opiera się na uważności, cierpliwości i wzajemnym szacunku. 

Ludzie, przy których pizza smakuje bardziej

    Pizza nigdy nie smakuje tak samo i nie jest ważne, czy robię ją tak samo, używając tego samego sosu. Czasem smakuje o wiele lepiej i pełniej jakby miała ukryty składnik, a ja dopiero po czasie zrozumiałam, że to chodzi o obecność nielicznych osób. Gdy jestem z niektórymi ludźmi, to mogę kroić pizzę, tak jak chcę i nikt tego nie skomentuje, nawet gdy kawałki są nierówne. Pizza jest raczej pretekstem, do spędzenia razem czasu i rozmowy, a nie musi być idealnie pokrojona, wystarczy, żeby była smaczna, a wtedy jem ją z większą przyjemnością. Lubię chwile gdy nikt nie zwraca uwagi na to jak sięgam po kawałek pizzy bez patrzenia, nie poprawiają mnie, nie analizują, nie dokuczają gdy ser lub sos kapnie na serwetkę. Przy nich pizza jest zwyczajna, prawdziwa i smakuje bardziej. 

Jedzenie pizzy w odpowiednim towarzystwie działa jak dodatkowy składnik, niewidoczna, ale kluczowa przyprawa, która sprawia, że nie jem zbyt szybko, mogę spokojnie porozmawiać, pośmiać się. Najlepsza pizza to taka, którą mogę jeść w dobrym towarzystwie i to takie chwile chcę pamiętać i do nich wracać. 

Gdy tempo świata staje się za szybkie

    Czasami gdy wszystko szybko się dzieje, mam takie wrażenie, że niektóre rzeczy toczą się obok mnie. Dźwięki się na siebie nakładają, myśli przelatują, a ciało zachowuje się jak robot. W takich chwilach potrzebuje punktu, dzięki któremu mogę się zatrzymać. Opierając dłonie o chłodny kuchenny blat, wracam do równowagi. On daje mi poczucie bezpieczeństwa i ciągłości. Jest stabilny i istnieje niezależnie od tempa świata na zewnątrz. 

Przy wyrabianiu ciasta moje myśli zwalniają. Koncentruję się na fakturze i na tym jak ciasto klei się do rąk i powoli staje się gładkie i elastyczne. Rytmiczne ruchy dłoni narzucają tempo, ale takie całkiem inne bez pośpiechu. Wyrabianie ciasta działa na mnie relaksująco i uspokajająco. 

Przygotowanie pizzy traktuję jak zadanie, które pozwala mi wrócić, ponieważ muszę czuć, oceniać, reagować czy ciasto już jest gotowe, czy piekarnik ma dobrą temperaturę. Te czynności pozwalają mi być w ruchu, czuć zapach drożdży, ciepło kuchni, jestem wtedy zaangażowana i w pełni obecna. 

Przerwa na ciastko i herbatę to mój sposób na chwilową przerwę. Ciepło filiżanki w dłoniach, zapach napoju, słodycz ciastka pozwala mi się na chwilę zrelaksować, odpocząć. Ten czas zamyka cały proces, a ja wracam do siebie i odzyskuję wewnętrzny spokój oraz energię mimo to, że świat pędzi nadal, to ja mam już swoje tempo, do którego mogę zawsze wrócić. 

Pizza jako sposób na dostępność

    Pizza dla mnie to posiłek, który nie wymaga specjalnych umiejętności. Jedząc pizzę, nie muszę się wysilać, po prostu biorę kawałek do ręki i jem swobodnie. Skupiam się na rozmowie, a nie na tym jak ją jeść. Nie muszę widzieć szczegółów, żeby wiedzieć, czy pizza jest dobra. To poprzez zapach, strukturę ciasta, ciągnący się ser, temperaturę mogę czerpać przyjemność gdy nie widzę detali. Jedzenie pizzy nie wyklucza nikogo z powodu tego, że postrzega świat inaczej, dzięki innym zmysłom niż wzrok. 

Kiedy wspólnie kroimy i dzielimy pizzę, ma to dla mnie duże znaczenie, ponieważ jest to chwila gdy wszyscy jesteśmy równi i nie ma lepszego lub gorszego talerza ani kontrolowania. Po prostu sięgamy po pizzę z tego samego miejsca i wspólnie decydujemy jak się podzielić. 

Przy jedzeniu pizzy tworzy się wspólna przestrzeń, w której różnice nie mają znaczenia. Pizza dostępna jest dla wszystkich, a jej prostota i otwartość innych osób wystarczy, aby jedzenie nie dzieliło, a zaczęło łączyć. 

Światowy Dzień Pizzy codziennie jeśli chcemy

    Dla mnie pizza zaczyna się od ciepłego ciasta, które odpowiada na mój dotyk, w mące zostającej na dłoniach, w zapachu drożdży, który podpowiada mi czy już czas, czy muszę jeszcze poczekać. Zazwyczaj ufam swojej intuicji, bo ona wie kiedy muszę dodać, trochę mąki, a kiedy nie. Pizza ta nie musi być doskonała, a prawdziwa, przygotowywana uważnie, powoli, i wtedy będzie smakować najlepiej. 

Uwielbiam jeść pizzę w towarzystwie osób, które się nie spieszą, wtedy mogę ją spożywać w swoim tempie, rozmawiając i śmiejąc się, a pizza staje się  wtedy pretekstem do spotkania.

Na koniec obowiązkowo musi być słodkie ciastko, taki mały znak, że ta chwila była wystarczająco dobra i na pewno ją zapamiętam i będę chciała powtórzyć. 

                                   Zaproszenie

Znajdź dziś smak, którym warto się podzielić

    Osobiście uważam, że Światowy Dzień Pizzy może być codziennie, ale tylko wtedy gdy wyrażamy na to naszą zgodę. Zachęcam każdego, aby dziś znalazł smak, którym warto się podzielić i nawet nie musi to być pizza. Najważniejsze, żeby to było prawdziwe, Wasze i wspólne, a wtedy to święto może być każdego dnia. 


DZIEŃ WZAJEMNEJ ADORACJI I CHWILE W KTÓRYCH MÓWIMY SOBIE DOBRE RZECZY BEZ SKRĘPOWANIA. CIASTKA DR GERARD NA STOLE POZWALAJĄ OSWOIĆ BLISKOŚĆ.

Dzień wzajemnej adoracji to święto, które obchodzimy 13 stycznia. Zachęca nas ono do zauważania bliskich, doceniania ich, do okazywania miłych gestów i życzliwości. Jednak nie chodzi tutaj tylko o tych najbliższych, ale o każdego człowieka, z jakim się spotykamy. Dzień wzajemnej adoracji ma na celu promowanie szacunku dla innych oraz budowanie trwałych relacji. Dostrzeganie innych ludzi wokół siebie, obdarzanie uśmiechem i dzielenie się dobrem. To święto przypomina nam o tym, że obok nas jest drugi człowiek, który czasem potrzebuje naszej uwagi. DLACZEGO KOMPLEMENTY POTRAFIĄ KRPOWAĆ? Zwykle niezręcznie nam przyjmować komplementy. Czujemy się trochę zawstydzeni. Czasem nieśmiało dziękujemy, często też niedowierzamy, że wypowiedziane słowa są prawdziwe. Zdecydowanie łatwiej jest komplementować innych , niż komplementy przyjmować. Musimy się zatem tego uczyć. Osobom niewidomym chyba jeszcze trudniej jest przyjmować komplementy. Dlaczego? Ponieważ nie widzą, a mimika twarzy rozmówcy i mowa ciała może wiele powiedzieć, a tym samym łatwiej pozwala ocenić sytuację. SŁOWA, KTÓRE NAPRAWDĘ NIOSĄ DOBRO Istnieje wiele słów przynoszących dobro. Znamy je na pewno wszyscy. Jednak nie zawsze ich używamy. Tak trudno nam to przychodzi. Chociażby dziękuję i przepraszam. To słowa można powiedzieć magiczne, niosące ze sobą pozytywną energię. Kiedy je słyszymy robi się jakoś cieplej, czujemy się naprawdę lepiej. Podziękowanie jest wdzięcznością, natomiast przeproszenie skruchą, a one z pewnością będą rodzić pozytywne emocje. Najprostsze słowa mają wielką wartość, warto o tym nie zapominać, ponieważ te proste, krótkie słowa wiele znaczą, mają prawdziwą moc. W tych krótkich słowach mieści się wiele dobra CIASTKA DR GERARD NA STOLE, JAKO MAŁY MOST MIĘDZY LUDŹMI Można powiedzieć, iż słodycze są mostem w relacjach między ludźmi. Ciastka, torciki, czekoladki, to nas ze sobą łączy, zbliża nas do siebie. W ofercie DR GERARDA takich małych mostów mamy wiele. Asortyment jest niezwykle urozmaicony. Każdy znajdzie coś dla siebie, zarówno dzieci, jak i dorośli Słodki poczęstunek poprawia nastrój, rodzi miłą atmosferę. Pomaga w rozmowach i pogłębianiu relacji. Wybierajmy więc produkty DR GERARDA, ponieważ są wyjątkowe. JAK „WIDZĘ” WZAJEMNĄ ADORACJĘ BEZ PATRZENIA Osoby niewidome, nie mając wzroku, odbierają rozmówcę wszystkimi, pozostałymi zmysłami. Inaczej słyszą i czują słowa wypowiadane przez towarzysza rozmowy. Zwracają uwagę nie tylko na jego słowa. Również na ton głosu, oddech. Te kwestie są dla niewidomych dodatkowymi informacjami. Osoba niewidząca nie widzi uśmiechu rozmówcy, ale może przecież go usłyszeć. Może także obdarzyć uśmiechem swojego rozmówcę. Wzajemna adoracja polega bowiem na wymianie gestów, słów, uśmiechów. Monologi prowadzą do nikąd, konieczny jest dialog, trzeba go ciągle podtrzymywać. DOM, W KTÓRYM MOŻNA MÓWIĆ DOBRE RZECZY BEZ ŻENADY Nie musimy obsypywać domowników tysiącami miłych słów. Wystarczą drobne pochwały, komplementy, docenianie i wdzięczność. To buduje ciepłą, przyjazną atmosferę, dobry klimat. Nie bójmy się małych miłych gestów i słów, chociażby przy filiżance kawy lub herbaty. Dom, to miejsce, w którym czujemy się bezpiecznie, a w tym domu powinniśmy wypowiadać słowa, które te bezpieczeństwo utrzymają. Dobre słowa nic nie kosztują, a wiele znaczą. Mogą wiele zmienić, poprawić. JAK DOBRZE MÓWIĆ O SOBIE – NIE TYLKO O INNYCH Dobrze jest, kiedy znamy swoje zalety, talenty i potencjał. Trzeba siebie doceniać i w siebie wierzyć. Nie zapominajmy o swoich możliwościach. Starajmy się mówić i myśleć o sobie dobrze. Chwalmy siebie, a łatwiej będzie nam się żyło. Uczmy się tego, gdyż nie jest to proste. Warto pracować nad pewnością siebie i poczuciem własnej wartości. Nasza dobra samoocena odgrywa ogromną rolę w codziennym życiu i funkcjonowaniu na wszystkich płaszczyznach. Dlaczego nie cieszyć się z własnych sukcesów i dlaczego o tym nie mówić? Nie znaczy to, że mamy się przechwalać, ale zwyczajnie siebie doceniać i znać swoją wartość. Łatwiej chwalić innych, niż siebie. Dzień wzajemnej adoracji może być sposobnością, by popracować nad łagodnością względem siebie. Nie bądźmy zbyt krytyczni wobec siebie i starajmy się mówić o sobie dobrze. KIEDY DOBRE SŁOWA LECZĄ STARE RZECZY Gdy chowamy urazy i ciężko nam przebaczyć, dzień wzajemnej adoracji może być doskonałą okazją do tego, by o wszystkim zapomnieć. Proste i dobre słowa często zacierają niepotrzebnie wypowiedziane słowa, czy przykre i niemiłe wspomnienia. Żeby być szczęśliwymi i uszczęśliwiać innych, warto przepraszać i dziękować. To sprawi, że będą się burzyć mury, które czasem budowały się przez długie lata. W czasie dialogu należy dać przestrzeń drugiemu człowiekowi. Prowadzić rozmowę swobodnie, bez negatywnych emocji i nerwowej atmosfery. O taką formę rozmowy trzeba dbać każdego dnia, nie tylko w Dzień wzajemnej adoracji. To z pewnością się opłaci. W codziennym zgiełku i zabieganiu, nie mamy na nic czasu. Jednak dobre słowo, miły gest, czy życzliwy uśmiech nic nie kosztuje. To tylko chwila, żeby go wykonać, a jak wiele to może zmienić. Czyjś dzień stanie się bardziej radosny, a problemy może łatwiejsze. A zatem dzień wzajemnej adoracji z całą pewnością nam w tym pomorze. Naturalnie nie obejdzie się bez słodyczy DR GERARDA. One dodadzą smaku temu świętu i sprawią, że przeżyjemy je w radosnej atmosferze.

Dzień Bigosu i rozmowy przy stole, które pachną kapustą.

 

Dzień Bigosu i rozmowy przy stole, które pachną kapustą, ciepłem i bliskością. Jedno ciastko wystarczy, żeby rozmowa została na dłużej.

 

Zacznę od tego, że mam słabość do bigosu. Nie jest to tylko moja ulubiona potrawa, ale i moje nazwisko rodowe. Dlatego też bigos kojarzy mi się bardzo rodzinnie. Jest dla mnie symbolem polskiej tradycji i gościnności. Przy bigosie odbywają się najlepsze imprezy okolicznościowe, te rodzinne jak i duże plenerowe festyny. Jest nawet obchodzony Dzień Bigosu. To taka swojska potrawa, która jednoczy różnych ludzi, różne pokolenia i tworzy atmosferę. Zapachy dla mnie są nośnikiem wspomnień. Właśnie między innymi zapach gotującej się kapusty, jest tym, który tworzy dla mnie „obraz” domu. Kiedy czuję zapach, to wiem, że zaraz siądziemy do stołu. Wtedy ważni są ludzie, to że jesteśmy razem. Nie liczy się wygląd, a bliskość, która pojawia się między nami.

Gdy sama gotuję dla moich dzieci i wnucząt czerpię z tego dużo radości. Bardzo lubię nasze planowane niedzielne obiady, albo spontaniczne odwiedziny w środku tygodnia. Moje wnuki mówią, że gdy idą po klatce schodowej już czują co babcia gotuje. Potem z niecierpliwością kręcą się przy mnie po kuchni, wąchają zapachy, obserwują jak para unosi się nad garnkiem i opowiadają co u nich słychać. Gdy powiem, że dzisiaj jemy bigos, słyszę w głosach radość. Niejednemu wtedy przypomina się historia o tym, jak to najadł się kapusty.

To właśnie rozmowa z bliskimi jest tym co daje mi radość. Ton głosu już mówi mi kto                 w jakim jest nastroju, czy ktoś jest spokojny czy może zmęczony. Jest cenniejszy niż jakakolwiek mina. Gdy siedzimy przy stole, cenimy sobie to, że nikt nie musi udawać. Możemy rozmawiać o wszystkim. Ale kuchnia ma ten swój klimat, który sprzyja zwierzeniom na osobności czy rozmowom na trudniejsze tematy.

Po sycącym, kwaskowatym bigosie zwykle zwłaszcza dzieciom, przychodzi ochota na małe co nieco. Dlatego obok garnka z bigosem stawiam talerzyk z ciastkami czy moimi wypiekami. Jest to taka oznaka mojej miłości i czułości wobec osób mi bliskich. Szczególnie dzieci czekają na ten słodki moment i zastanawiają się co tym razem babcia dla nich przygotowała. Zwykły gest, a jednak dający ciepło i budujący bliskość. Częstując ciastkiem, wysyłam przekaz „cieszę się, że tu jesteś”, jesteś dla mnie ważny. Ta różnorodność smaków jest jak różnorodność naszych rozmów przy stole.

Ale wracając do bigosu, to potrawa, która uczy cierpliwości. Długi czas gotowania, zanim ta kapusta zmięknie, ten jej zapach zdąży wszędzie się rozprzestrzenić. Ale jak to? Przecież my już jesteśmy głodni. Jednak tu nie ma czasu na pośpiech. Za to jest czas w trakcie na rozmowę. Wspólnie kroimy kapustę i grzyby. Potem co jakiś czas mieszamy ją w garnku i sprawdzamy jej miękkość   Gdy poświęcimy jej uwagę, dopilnujemy, odpowiednio doprawimy, wtedy właśnie bigos smakuje najlepiej. Zatem nasuwa mi się taka myśl, że z kapustą jest jak z człowiekiem. Gdy poświęcimy mu czas, nasz spokój i uwagę, wtedy ten zechce otworzyć się przed nami.   

Dla mnie bardzo ważni są ludzie. Lubię proste relacje i osoby przy których, czuję się swobodnie. Lubię prawdziwe spotkania w trakcie, których nie czuję się oceniana. Nieważne jest dla nich czy wyglądam „odświętnie”, czy wyjdę idealnie na zdjęciach. Moi ludzie to Ci przy których nie myślę o tym czy mogę się wypowiedzieć, bo na pewno zostanę źle odebrana. Dla mnie ważna jest atmosfera domu i spotkania, bo w domu przede wszystkim się czuje.

Uwielbiam rozmowy z bliskimi, ale równie bardzo lubię słuchać ich opowieści. Dając uwagę moim bliskim, wiem, że oni czują, że są dla mnie ważni. Gdy stawiam na stole bigos, zwykle pojawia się wtedy rozmowa. Ale między rozmową równie ważne są momenty ciszy. Mimo słyszanej ciszy, wiem, że nie jestem sama. Cisza prowadzi do rozmyślań, do momentu spokoju i zajrzenia głębiej, które są równie ważne. Pomagają bliskim otworzyć się, poruszyć te trudniejsze tematy, które są w życiu każdego człowieka. Ten unoszący się w powietrzu zapach kapusty i grzybków, przypomina i przywołuje wspomnienia miłych chwil. Wzbudza w nas poczucie bezpieczeństwa i tym samym przyczynia się do tego, że jesteśmy chętniejsi dzielić się tym, co dla nas trudniejsze.

Zawsze starałam się stworzyć ciepły dom. Mają tu znaczenie również mniej widoczne elementy. Każde pomieszczenie, to inny zapach i dźwięki. W kuchni lubimy posłuchać radia, a w pokoju słychać muzykę, która aktualnie nam w duszy gra. Również w zależności od pomieszczeń zmieniają się faktury na ścianach i podłogach. Z wyczuwanej pod stopami panelowej podłogi, przechodzimy na miękki dywan, na którym lubi bawić się mój mały wnuczek. Stół stojący pod oknem jest sercem pokoju, w którym wszyscy się spotykamy. Przy nim zajadamy się bigosem, czy też pijemy herbatkę i kawkę przegryzając kruchym ciasteczkiem.

Gdy wyczekuję moich gości, chcę by dobrze u mnie się czuli. Bardzo lubię piec ciasta, więc zazwyczaj słodki zapach wita ich w progu. Czasem jedno ciastko potrafi otworzyć człowieka bardziej niż wiele pytań. Na stole kładę obrus, którego faktura mówi, że stół jest nakryty specjalnie dla nich, ale również dlatego, bo po prostu tak lubię. Takie spotkania zostają z nami na dłużej. Lubimy, kiedy wspólnie się śmiejemy. Tematy wyskakują jak z rękawa, jeden mówi przez drugiego. Bez idealnego scenariusza, za to w pełnej swobodzie i bez pośpiechu. Są prawdziwe, dlatego mają wartość i zostają w nas na dłużej.

Podsumowując Dzień Bigosu jako święto zwykłej bliskości, to po prostu kapusta, cierpliwość, spokój i ludzie, którzy chcą być ze sobą. To spotkanie nie z tych idealnych według scenariusza. To celebrowanie domowej kuchni i chwil spędzonych na wspólnym przygotowaniu potrawy i swobodnej rozmowie.  Doskonałym dopełnieniem dla łasuchów jest ciastko jako drobne podziękowanie. Drogi Czytelniku znajdź czas choć na jedną rozmowę, która pachnie domem.