poniedziałek, 23 marca 2026

Zero dla Dyskryminacji i zwykłe gesty, które robią różnicę. Codzienne sytuacje, w których osoba niewidoma nie zostaje pominięta.

 

Równość zaczyna się tam, gdzie nikt nie musi się przypominać. Tam, gdzie obecność drugiej osoby nie wymaga dopominania się o uwagę, miejsce czy głos.

Warto jednak pamiętać, że wykluczenie bardzo często nie rodzi się ze złej woli. Częściej jest efektem pośpiechu, przyzwyczajeń i zwykłej nieuwagi. W codziennym biegu łatwo pominąć kogoś „przy okazji” — nie zaprosić do rozmowy, nie uwzględnić w decyzji, nie zauważyć.

A to właśnie takie sytuacje bolą najbardziej. Bo dzieją się bez słów, bez wyjaśnienia, bez intencji, którą można by nazwać i zrozumieć. Pozostawiają po sobie ciszę i pytanie: „czy ktoś o mnie zapomniał, czy po prostu nie byłem ważny?”.

Dlatego równość to nie tylko wielkie deklaracje, ale uważność w drobnych gestach — w tym, kogo dostrzegamy, kogo słuchamy i komu robimy miejsce, zanim zdąży o nie poprosić.

Zwykłe sytuacje najlepiej pokazują, kto jest naprawdę zauważony. Nie wielkie słowa ani oficjalne deklaracje, ale drobne momenty dnia codziennego — te, które łatwo przeoczyć, a które najwięcej mówią o relacjach między ludźmi.

Na spotkaniu widać to w tym, komu daje się przestrzeń do wypowiedzi, a kogo się przerywa albo pomija milczeniem. W przerwie w pracy — kto zostaje naturalnie włączony do rozmowy, a kto stoi obok, czekając na zaproszenie, które nie nadchodzi. Przy wspólnym stole — czy ktoś pamięta, żeby zrobić miejsce, zapytać, uwzględnić czyjeś potrzeby, czy wszystko toczy się bez refleksji, jakby nie było nikogo więcej.

To właśnie w takich prostych sytuacjach najłatwiej sprawdzić, czy „zero dla dyskryminacji” istnieje naprawdę, czy pozostaje tylko hasłem. Bo równość nie dzieje się w deklaracjach — dzieje się w tym, kto jest zauważony bez proszenia o uwagę.

Cisza, która mówi więcej niż otwarta odmowa. Bo choć odmowę można nazwać, zrozumieć, a czasem nawet przyjąć — cisza pozostawia przestrzeń pełną niedopowiedzeń.

Pominięcie rzadko ma formę jawnej dyskryminacji. Częściej to brak pytania: „a ty co o tym myślisz?”. To brak zaproszenia do rozmowy, do stołu, do wspólnej decyzji. To momenty, w których ktoś znika nie dlatego, że został wykluczony wprost, ale dlatego, że nikt nie zrobił miejsca.

Taka cisza bywa trudniejsza niż otwarta odmowa. Nie daje punktu zaczepienia, nie pozwala zareagować. Sprawia, że człowiek zaczyna się wahać — czy to było celowe, czy przypadkowe, czy powinien coś powiedzieć, czy lepiej się wycofać.

Dlatego uważność to nie tylko unikanie złych słów. To także dostrzeganie tej ciszy i świadome jej przerywanie — prostym pytaniem, zaproszeniem, gestem, który mówi: „widzę cię, jesteś tu ważny, masz swoje miejsce”.





Głos, który się pojawia, zanim trzeba go użyć, jest jednym z najprostszych, a zarazem najmocniejszych znaków prawdziwej równości. To moment, w którym ktoś nie musi się upominać o uwagę, pomoc czy obecność — bo zostaje zauważony wcześniej.

W praktyce oznacza to drobne rzeczy: krótkie opisanie sytuacji w pomieszczeniu, zanim ktoś zapyta; powiedzenie, kto właśnie dołączył do rozmowy; upewnienie się, że wszystkie informacje są dostępne i zrozumiałe. To gesty, które nie kosztują wiele, a pokazują, że druga osoba nie jest dodatkiem ani „wyjątkiem do uwzględnienia”, tylko naturalną częścią wspólnej przestrzeni.

Dla osoby niewidomej taki głos to sygnał, że nie musi walczyć o podstawowe rzeczy. Że nie jest problemem do rozwiązania ani kimś, kogo trzeba „obsłużyć”, ale równorzędnym uczestnikiem sytuacji.

Równość zaczyna się właśnie tutaj — nie w reagowaniu na prośbę, ale w uważności, która sprawia, że ta prośba często w ogóle nie musi paść.

Proste pytania, które robią ogromną różnicę, często są tym, co najmocniej buduje poczucie równości. Nie wymagają wielkiego wysiłku ani specjalnych kompetencji — tylko uważności i gotowości, żeby na chwilę zatrzymać się przy drugiej osobie.

Czasem wystarczy jedno zdanie: „czy to jest dla ciebie w porządku?”, „jak wolisz, żeby to wyglądało?”, „czy mogę coś zrobić, żeby było łatwiej?”. Zadane naturalnie, bez napięcia i nadmiernej ostrożności, nie brzmi jak wyraz litości, ale jak coś zupełnie oczywistego — element normalnej rozmowy.

To właśnie w tym tkwi ich siła. Takie pytania nie stawiają nikogo w roli problemu do rozwiązania. Nie podkreślają różnicy, tylko ją oswajają. Dają przestrzeń do odpowiedzi, ale nie zmuszają do tłumaczenia się czy uzasadniania swoich potrzeb.

Jedno krótkie pytanie potrafi zmienić cały odbiór sytuacji — z poczucia bycia pominiętym na doświadczenie bycia zauważonym. A to często wystarczy, żeby zwykła chwila stała się naprawdę wspólna.

Normalność zamiast specjalnego traktowania — to często najprostsze i najtrafniejsze oczekiwanie. Bo wbrew obawom wielu osób, nie chodzi o tworzenie wyjątkowych zasad ani podkreślanie różnic na każdym kroku.

Osoby niewidome nie potrzebują być traktowane „inaczej”. Potrzebują być włączone — w rozmowę, w decyzje, w zwyczajne sytuacje dnia codziennego. Bez nadmiernej ostrożności, bez dystansu, ale też bez pomijania ich obecności.

To oznacza bycie częścią tej samej przestrzeni: żartów przy stole, spontanicznych rozmów, wspólnych działań. Oznacza też naturalność — taką, w której można zapytać, coś wyjaśnić, coś doprecyzować, bez poczucia, że robi się coś niewłaściwego.

Prawdziwa równość nie polega na tworzeniu wyjątków, ale na tym, że nikt nie czuje się wyjątkiem.

Chwile, które zostają, choć nic wielkiego się nie wydarzyło, często mają największe znaczenie. Nie są spektakularne, nie przyciągają uwagi, nie wymagają komentarza. A jednak to właśnie one zapisują się najgłębiej.

To moment, kiedy ktoś po prostu uwzględnia czyjąś obecność — w rozmowie, w planie, w drobnym geście. Kiedy mówi coś „przy okazji”, wyjaśnia bez proszenia, robi miejsce bez zastanowienia. Bez podkreślania, bez napięcia, bez poczucia, że robi coś wyjątkowego.

Takie sytuacje mają w sobie coś niezwykle ważnego — normalność. Nie ma w nich nadmiaru emocji ani potrzeby zaznaczania, że wydarzyło się coś szczególnego. A właśnie dlatego zostają na długo.

Bo czasem najbardziej zapamiętujemy nie to, co było wielkie, ale to, co było naturalne. To chwile, w których ktoś potraktował nas dokładnie tak, jak powinien — po prostu jak część całości.



Zero dla Dyskryminacji jako codzienna uważność nie zaczyna się od wielkich deklaracji ani kończy na jednorazowych gestach. To coś, co dzieje się każdego dnia — często niezauważalnie, w drobnych decyzjach i odruchach.

To sposób, w jaki prowadzimy rozmowę, komu dajemy przestrzeń, o kim pamiętamy „przy okazji”. To chwile, w których ktoś nie musi się przypominać, nie musi prosić, nie musi dopasowywać się do sytuacji, która go nie uwzględnia.

Równość w tej perspektywie nie jest celem do osiągnięcia raz na zawsze. Jest procesem — czymś, co buduje się w codzienności, w uważności na innych ludzi i ich obecność. W tym, czy potrafimy dostrzec więcej niż tylko to, co oczywiste.

Bo „zero dla dyskryminacji” nie wydarza się w wyjątkowych momentach. Ono sprawdza się właśnie wtedy, gdy nic szczególnego się nie dzieje — a mimo to nikt nie zostaje pominięty.





Zero dla Dyskryminacji i zwykłe gesty, które robią różnicę. Codzienne sytuacje, w których osoba niewidoma nie zostaje pominięta

1. Równość zaczyna się tam, gdzie nikt nie musi się przypominać

Są takie sytuacje, które nie mają wyraźnego początku ani końca. Rozmowa zaczyna się gdzieś pomiędzy jednym zdaniem a drugim, ktoś coś dopowiada, ktoś się śmieje. Słyszę, że coś się wydarzyło, ale nie zawsze wiem dokładnie co. Wszystko dzieje się płynnie, bez zatrzymywania się.

W takich momentach łatwo założyć, że skoro jestem obok, to automatycznie w tym uczestniczę. Że obecność oznacza udział. A jednak to nie zawsze jest to samo.

Czasem potrzebuję jednego krótkiego zdania. Informacji, do czego ktoś się odnosi. Kto wszedł. Co wywołało śmiech. Bez tego rozmowa trochę mi ucieka, przesuwa się o krok dalej, zanim zdążę się w niej odnaleźć, nawet jeśli bardzo chcę.

Najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, że nikt nie zauważa, że coś się rozminęło. Rozmowa toczy się dalej. Wszystko brzmi normalnie.

A ja przez chwilę zostaję obok tego, co właśnie się wydarzyło. I wtedy pojawia się ten moment – czy się odezwać, dopytać, przerwać. Przypomnieć o sobie.

I to właśnie ten moment robi różnicę. Nie brak możliwości, ale konieczność zabrania głosu tylko po to, żeby być na równi z innymi.

Równość zaczyna się wcześniej. W chwili, w której nie muszę tego robić.

 

2. Zwykłe sytuacje, które pokazują, kto jest naprawdę zauważony

Nie trzeba wyjątkowych okoliczności, żeby poczuć, jak działa uważność. Wystarczą najprostsze momenty.

Ktoś przynosi ciasto do pracy. Ktoś inny wyciąga telefon, kilka osób pochyla się bliżej, ktoś coś komentuje, ktoś się śmieje. Słyszę to wszystko i próbuję złożyć w całość.

Dla większości to naturalny przebieg sytuacji. Dla mnie to moment, w którym wszystko zależy od jednego, krótkiego gestu.

Czy ktoś powie, co jest na zdjęciu. Nie w formie dokładnego opisu, tylko tak zwyczajnie – „to my nad jeziorem, tu zaczęło padać i wszyscy uciekaliśmy”.
Czy ktoś nazwie osoby, które właśnie podeszły do stołu.
Czy ktoś da znać, że rozmowa skręciła w inną stronę.

To nie są duże rzeczy. Nie wymagają przygotowania ani szczególnej uwagi. Pojawiają się przy okazji, jeśli ktoś o tym pomyśli.

Właśnie w takich chwilach czuję najwięcej. Nie w deklaracjach ani zasadach, ale w tym, czy naprawdę jestem w tym, co dzieje się tu i teraz.

 

3. Cisza, która mówi więcej niż otwarta odmowa

Nie każda forma pominięcia jest wyraźna. Nikt nie mówi mi wprost, że nie powinnam brać w czymś udziału.

Częściej to wygląda inaczej.

Rozmowa przesuwa się gdzieś obok. Ktoś odnosi się do czegoś, czego nie mogę zobaczyć. Ktoś reaguje na gest. Pojawia się śmiech, ale nie wiem, skąd.

Nie ma w tym zamknięcia drzwi. Raczej ich ciche przymknięcie.

Najtrudniejsze jest to, że trudno uchwycić jeden moment. To nie jest jedna sytuacja. Raczej kilka drobnych chwil, w których coś się nie wydarzyło.

Nie padło pytanie.
Nie pojawiło się krótkie wyjaśnienie.
Nie było tej jednej sekundy, w której ktoś zrobiłby dla mnie miejsce.

Ta cisza nie jest głośna. Nie zatrzymuje rozmowy. Ale zostaje ze mną na dłużej.

 

4. Głos, który się pojawia, zanim trzeba go użyć

Są też takie sytuacje, które brzmią bardzo podobnie, ale czuję je zupełnie inaczej.

Ktoś wchodzi do pokoju i od razu słyszę: „To Ania przyszła”.
Ktoś zaczyna coś pokazywać i mimochodem dodaje: „Przeglądamy teraz zdjęcia z wyjazdu”.
Ktoś zmienia miejsce i mówi: „Jestem teraz po twojej prawej stronie”.

To wszystko dzieje się przy okazji. Bez zatrzymywania rozmowy, bez nadawania temu większego znaczenia.

Różnica polega na tym, że nie muszę pytać. Nie muszę przerywać. Nie muszę zgadywać.

Pojawia się przestrzeń, w której mogę być od razu, bez dodatkowego wysiłku.

I to jest moment, w którym czuję coś więcej niż uprzejmość. Raczej uważność, która wyprzedza sytuację o jeden krok.

 

5. Proste pytania, które robią ogromną różnicę

Czasem wystarczy jedno zdanie, które pojawia się w odpowiednim momencie.

„Opisać ci to?”
„Powiedzieć, kto siedzi obok?”
„Chcesz więcej szczegółów?”

Nie ma w tym nic wyjątkowego. To pytania, które równie dobrze mogłyby paść w każdej innej rozmowie.

Ich siła polega na tym, że są naturalne. Nie tworzą dystansu, nie podkreślają różnicy. Raczej dają mi wybór.

Bo nie zawsze potrzebuję wszystkiego. Czasem wystarczy wiedzieć, że mogę zapytać bez zatrzymywania całej sytuacji.

Takie pytania nie zmieniają przebiegu spotkania. Ale zmieniają to, jak w nim jestem.

 

6. Zero dla Dyskryminacji w praktyce, nie w haśle

Są rzeczy, których nie widać na pierwszy rzut oka. Ja je raczej czuję w tym, jak przebiega zwykła rozmowa.

W tym, czy ktoś pamięta, żeby powiedzieć jedno zdanie więcej.
W tym, czy rozmowa toczy się tak, żebym mogła w niej być bez wysiłku.
W tym, czy ktoś reaguje od razu, a nie dopiero wtedy, gdy się odezwę.

Nie trzeba tego nazywać. Nie trzeba o tym mówić.

Wystarczy, że to się dzieje w takich zwykłych, codziennych sytuacjach.

 

7. Normalność zamiast specjalnego traktowania

Najbardziej zauważam momenty, w których nic się nie zmienia.

Rozmowa toczy się tak jak zawsze. Żarty są spontaniczne. Ktoś przerywa, ktoś dopowiada.

Nie słyszę w głosie ostrożności ani napięcia. Nie mam wrażenia, że ktoś zastanawia się, jak powinien się zachować.

Jest zwyczajnie.

Nie potrzebuję specjalnego traktowania. Nie potrzebuję, żeby ktoś robił coś inaczej niż zwykle.

Wystarczy, że jestem częścią tej samej rozmowy, na tych samych zasadach.

 

8. Chwile, które zostają, choć nic wielkiego się nie wydarzyło

Najczęściej wracają do mnie takie małe momenty.

Ktoś mówi: „Przesuwam kubek, jest przed tobą.”
Ktoś dodaje: „Właśnie wszedł Tomek.”
Ktoś rzuca mimochodem: „Pokazujemy coś śmiesznego na ekranie.”

To są krótkie zdania. Takie, które łatwo przeoczyć.

A dla mnie to chwile, w których wszystko nagle jest jasne. Nie muszę niczego zgadywać. Nie muszę się zastanawiać, czy wypada zapytać.

Po prostu jestem w tej samej sytuacji co inni.

I może dlatego to właśnie one zostają najdłużej.

 

9. Zero dla Dyskryminacji jako codzienna uważność

Nie ma jednego momentu, w którym wszystko zaczyna działać idealnie. Dla mnie to raczej coś, co dzieje się w tle.

W krótkich decyzjach. W tym, czy ktoś zatrzyma się na chwilę dłużej. W tym, czy pomyśli o czymś zanim sytuacja się rozwinie.

To nie wymaga dodatkowego czasu ani wysiłku. Bardziej zmiany spojrzenia.

Zauważenia, że jestem obok i że mogę doświadczać tej samej sytuacji trochę inaczej.

I że czasem jedno zdanie wystarczy, żebyśmy były w niej razem.

 

10. Zakończenie – dlaczego właśnie te drobne gesty mają znaczenie

Na końcu nie zostają zasady ani definicje. Zostaje coś prostszego.

Poczucie, czy byłam częścią tego, co się wydarzyło.

Czy mogłam uczestniczyć bez zastanawiania się, czy wypada zapytać.
Czy nie musiałam wybierać między milczeniem a przerywaniem.
Czy wszystko działo się w sposób naturalny.

To właśnie te drobne momenty budują dla mnie najwięcej.

Nie rzucają się w oczy. Nie są spektakularne.

Ale zostają ze mną na długo.

Dzień Staroci i codzienność, która nie musi być nowa, żeby była ważna.

Dzień Staroci i codzienność, która nie musi być nowa, żeby była ważna. Zwykłe sytuacje, w których osoby niewidome i ciastka Dr Gerard spotykają się w prostym poczuciu normalności

 

Dzień Staroci jest obchodzony co roku 2 marca. Ta data, to dobry moment na docenienie przedmiotów z duszą, mebli z minionej epoki czy zabytków. Jest okazją do odkurzenia wspomnień związanych ze starymi przedmiotami. Młodzi ludzie często pędzą za tym co na czasie, za tym co modne, wtedy czują większą satysfakcję i wartość. Jednak moda przemija, a wartość ma to, co jest ponadczasowe. Nie wszystko co nowe jest ładne albo ważne. Ci, którzy cenią sobie stare przedmioty doskonale wiedzą, że tu nie chodzi tylko o rzecz czy mebel i bycie na czasie. Stare przedmioty to często to, co nam znane, a to co znane niesie spokój, komfort i bezpieczeństwo. A tego nie da nam od razu nowozakupiony mebel. Musimy jakby dopiero przeżyć z tą nową rzeczą jakiś czas, jakąś historię, by stała się dla nas przytulna i budząca dobre, miłe skojarzenia. Bo starocie, to rzeczy, które budują atmosferę miejsca i mają w sobie masę cennych wspomnień.

Podobnie jest z naszą codziennością. Każdego dnia mamy swoje obowiązki, plany i coś do załatwienia. Bywa, że dostajemy nowe zadania, które budzą w nas niepokój właśnie dlatego, że są nowe i nieznane. Jednak gdy wykonamy je któryś raz z kolei, staną się proste i przewidywalne. Lubimy to, co dla nas jest znajome i oswojone. Wtedy czujemy się pewnie, komfortowo, nie dopada nas strach. Czujemy spokój i swobodę. Dla osób niewidomych, to właśnie te czynności, które są niezmienne i powtarzalne często nadają rytm dniu. Codziennie parzymy herbatę czy kawę, po czym już wiemy co będzie naszą kolejną czynnością. Mamy swoją rutynę. Odkładając klucze na to samo miejsce wiemy, że zawsze tam je znajdziemy bez nerwowego szukania. Każdy przedmiot w domu jest stałym punktem, który zaprowadza osobę niewidomą do następnego. Każdy mebel, każda stojąca na drodze rzecz, to jest informacja jak i gdzie postawić następny krok. Działanie w trybie pamięci pozwala osobie niewidomej na bycie samodzielnym, nie musi nikogo pytać czy prosić o pomoc, bo wie, co zwykle znajduje się w danym miejscu. Pozwala to na swobodę działania i daje pewność.

Pamięć rąk jest niesamowita. Poprzez dotyk osoba niewidoma rozpoznaje rzeczy i przedmioty. Nie widząc, wie z której strony chwycić, gdzie jest początek czy koniec. Biorąc do ręki nowy nóż, trzeba się z nim oswoić, delikatnie przymierzyć do niego. Tymczasem stary i znany przedmiot od razu pasuje do ręki i można działać odruchowo bez większego zastanowienia.

Dlatego ważne jest żeby dom był dla człowieka, a nie tylko na pokaz. Każdy w swoim domu chce się odprężyć, czuć bezpiecznie i komfortowo, bo to jest nasz azyl. Podążanie za trendami to zmienność, szybkość, która nie da nam spokoju. Może na chwilę sprawi radość, ale nie wiąże się ona z uczuciem błogiego oddechu i stałości. Najlepiej czujemy się w tym, co nam znane, z czym związaliśmy się wspomnieniami i przeżyciami. Przykładowo chyba każdy lubi usiąść w swoim wysłużonym fotelu, który idealnie dopasowuje się do naszych pleców, bo właśnie on zna nasze plecy. Uwielbiamy stary kubek, bo dostaliśmy go w prezencie od bliskiej osoby. Mimo, że nieidealny i już nie na czasie, ale przypomina nam o ważnym dla nas dniu.

Również znajome smaki, to poczucie bezpieczeństwa. Próbując nowe potrawy możemy odczuwać napięcie i niepokój. Ale to właśnie wtedy, gdy wspominamy smak i zapach pierogów babci, rozpływamy się w myślach. Gdy ślinka nam cieknie, myślimy o pysznym serniku, który jedliśmy już tyle razy i jednak zawsze nam go mało. To przecież te znajome smaki, które nie próbują być nowe są tymi, które uwielbiamy. Jedliśmy je już tyle razy, a nadal sprawiają, że czując ich smak jest nam błogo i przyjemnie.

Lubimy słodkości, kruche i chrupiące ciasteczka, które nam towarzyszą w zwyczajnych momentach naszego dnia. Gdy nam wesoło i jesteśmy z innymi, lubimy dzielić się ciasteczkami Dr Gerard. Gdy nam smutno, też ukojenie przyniesie nam słodki, przyjemny smak. Lubimy osłodzić sobie gorzki smak kawy czy pijąc herbatkę zamoczyć je w niej. To taka prosta chwila w ciągu naszego dnia na małe co nieco. Lubimy też nasze zwykłe chwile przy rodzinnym stole. Tutaj staramy się być dla siebie, tak zwyczajnie razem. Bez zbędnych pytań spędzamy miło czas.

Dzień Staroci nawiązuje do przeszłości, do tego co było, zatem jest bardziej sentymentalnym świętem. Nie potrzebuje hucznego świętowania. Bardziej skłania do rozmyślań o przeszłości oraz o tym, jak wszystko szybko się zmienia. Ale może jednak warto pewne rzeczy zostawić na dłużej i nie zmieniać wszystkiego na siłę. To co nowe nie jest już tak trwałe jak to, co było kiedyś. Doceńmy to, co mamy. Przyjrzyjmy się ile ta rzecz dla nas znaczy i jakie emocje w nas wzbudza. Zostańmy z tym na dłużej, jeśli nam służy. Niech ten dzień stanie się pretekstem do zwolnienia tempa.

Naszą codzienność odbieramy wszystkimi zmysłami. Każdy z nich pełni ważną funkcję, lecz nie zawsze każdy sprawnie działa. Oczywiście, że mimo braku wzroku można w swoim domu czuć się swobodnie jak u siebie. Przecież każdy kąt i mebel jest znajomy, jest nasz. Wiadomo na jaką wysokość unieść dłoń żeby znaleźć potrzebną nam rzecz. Wiemy gdzie zwykle ustawiamy czajnik, a gdzie jest miejsce na patelnie. Znamy zapach naszego płynu do prania, wiemy jak tyka zegar, który wisi na ścianie od lat i jak szczeka za ścianą pies sąsiada. Nasz kubek idealnie wpasowuje się codziennie w dłoń.  To wszystko i wiele innych sprawia, że wiemy, że jesteśmy u siebie. To my tworzymy atmosferę naszego domu.

Ta zwyczajność, codzienność, niepozorne momenty to te, które budują poczucie normalności i bezpieczeństwa. Zostają z nami na dłużej. Wielkie wydarzenia może i są ekscytujące, ale tym samym obciążające psychicznie, co niekoniecznie nam służy. Znane zapachy, smaki wprowadzają nas w błogi stan. Pielęgnujmy to, co nasze. Niekoniecznie dajmy się pędowi i konsumpcjonizmowi dzisiejszych czasów. Doceńmy to, co stare i z pozoru zwyczajne, bo właśnie to zapewni nam spokój w naszym życiu. 

 

 

 

 

 

 

Dzień Staroci i codzienność, która nie musi być nowa, żeby była ważna. Zwykłe sytuacje, w których osoby niewidome i ciastka Dr Gerard spotykają się w prostym poczuciu normalności


1. Wartość rzeczy, które są z nami od dawna

 

Są chwile, gdy potrzebujemy zmian, tak zwanego nowego otwarcia. Jednak ciągłość to coś, co daje poczucie bezpieczeństwa, a tę ciągłość wyznaczają rzeczy, które znamy, które są z nami od dawna. Nie wszystko, co ważne jest nowe. Są rzeczy, które zostają z nami przez lata i nie zmieniają się prawie wcale. Nie dlatego, że nie można ich wymienić, ale dlatego, że nie ma takiej potrzeby. Znany kubek, ulubiona, puszysta poduszka na kanapie, krzesło, które lekko skrzypi. To są przedmioty, które nie zwracają na siebie uwagi, ale są obecne.

Dają spokój. Nie trzeba się ich uczyć od nowa. Nie zaskakują. Nie zakłócają przestrzeni. Są dokładnie tam, gdzie powinny być. W świecie, w którym wiele rzeczy się zmienia, one pozostają takie same. To wystarczy, żeby były ważne.

 

2. Codzienność oparta na tym, co już znamy

 

Dzień często zaczyna się tak samo. Dzień, w którym czuję się dobrze i bezpiecznie. Te same kroki, te same czynności. Nie ma w tym nudy. Jest raczej porządek, który pomaga odnaleźć się w czasie oraz przestrzeni.

Dla osób niewidomych to, co znane, ma szczególne znaczenie. Układ mieszkania, miejsce odłożonych rzeczy, kolejność działań – wszystko to tworzy rytm dnia. Nie trzeba sprawdzać, czy coś się zmieniło. Można śmiało polegać na pamięci.

Powtarzalność nie jest ograniczeniem. Jest wsparciem. Pozwala skupić się na tym, co naprawdę ważne, bez konieczności ciągłego dostosowywania się do nowych sytuacji.

 

3. Starocie jako przedłużenie pamięci i ciała

 

Ręce pamiętają więcej, niż się wydaje. Wiedzą, gdzie jest uchwyt, gdzie kończy się blat, gdzie zaczyna się krawędź. Znane przedmioty nie wymagają zastanowienia. Są rozpoznawalne przez dotyk.

Te rzeczy, można powiedzieć – stają się częścią ciała. Nie trzeba ich oglądać ani analizować. Wystarczy ruch dłoni, żeby wiedzieć, jak ich użyć. To daje pewność, że w danym działaniu nie będzie przypadkowości.

Nowe rzeczy często wymagają nauki. Stare – nie. Dlatego zostają. Nie dlatego, że są lepsze, ale dlatego, że są już oswojone.

 

4. Dom, w którym nic nie musi się zmieniać na pokaz

 

Są miejsca, które nie podążają za trendami. Nie zmieniają się dla innych. Są takie, jakie są, bo tak jest wygodnie dla domowników. Nie musi to znaczyć, że dom ma być skansenem ani by najmniej przestrzenią jedynie dla oka, ale powinien być przede wszystkim funkcjonalny.

W takim domu wszystko ma swoje miejsce. Nie trzeba niczego poprawiać ani układać od nowa. Tu nie ma potrzeby dostosowywania przestrzeni do oczekiwań z zewnątrz. Nie ma potrzeby w każdym sezonie wymieniać gadżetów.

To jest przestrzeń do bycia. Nie do oglądania. Nie do oceniania. Wystarczy, że działa. Wystarczy, że daje poczucie spokoju. To jest nasza przestrzeń.

 

5. Smaki, które nie próbują być nowe

 

Jedzenie nie zawsze musi zaskakiwać. Czasem ważniejsze jest to, że jest znajome. Smak, który już się zna, jest oczekiwany. Chętnie sięgamy po to co już wcześniej próbowaliśmy i wiemy, czego można się spodziewać, jeszcze zanim weźmiemy do ust pierwszy kęs. To jest posiłek, który można po prostu przyjąć.

Nie chodzi o to, żeby jedzenie było wyjątkowo. Chodzi o to, żeby było w sam raz na tu i teraz. Taki smak nie musi niczego udowadniać. Nie musi się wyróżniać. Nie wymaga od nas zaangażowania zmysłowego.

Jest częścią dnia tak, jak inne rzeczy. Pojawia się i znika, zostawiając po sobie uczucie spokoju. A my odczuwamy to jako dobrostan.

 

6. Ciastka Dr Gerard jako część zwyczajnego dnia

 

Na stole czasem leżą ciastka. Są pod ręką, bez szczególnego powodu. Są dla nas. Można po nie sięgnąć między jedną czynnością a drugą zupełnie bezwiednie i bez wysiłku.

Nie są tematem rozmowy. Nie przyciągają uwagi. Są po prostu częścią  zwyczajnej chwili. Tak jak kubek herbaty albo cisza w pomieszczeniu.

Ich obecność nie zmienia dnia. Ale też go nie zakłóca. Wpisuje się w to, co już jest.

 

7. Normalność przy stole bez tłumaczeń

 

Przy stole nie trzeba niczego wyjaśniać. Każdy wie, gdzie usiąść, gdzie sięgnąć, jak się poruszać. Nie ma potrzeby komentowania. Wszystko jest przewidywalne, proste i oczekiwane. Kolejny zwykły moment życia.

Rozmowa może być prosta albo może jej nie być wcale. Wspólne bycie nie wymaga słów. Wystarczy obecność. Zwykły posiłek, który łączy nas smakiem tak dobrze nam znanym.

Nie ma podkreślania różnic. Nie ma tłumaczeń. Jest zwyczajność, która nie potrzebuje dodatkowego znaczenia.

 

8. Dzień Staroci jako pretekst do zwolnienia tempa

 

Są dni, które tak szybko uciekają. Chcesz zatrzymać chwilę. To rzeczy wokół, które znasz od dawna, sprawiają wrażenie, jakby czas się zatrzymał. One coś przypominają, ale nie narzucają, nie mówią, jak masz żyć. Dzień Staroci może być tym dniem, w którym zwolnisz tempa, zatrzymasz się i pomyślisz, że te wszystkie rzeczy niezbyt nowe, tak naprawdę pomagają zatrzymać pędzący czas.

W ten dzień nie trzeba niczego organizować. Nie trzeba nic zmieniać. Można po prostu zauważyć to, co już jest.

Może to być dzień jak każdy inny. Tyle że z krótką myślą, że nie wszystko musi być nowe. I że to w porządku.

 

9. Codzienność, która działa wszystkimi zmysłami

 

Dom nie składa się tylko z tego, co widać. Jest w nim zapach, dźwięk, dotyk. To one często tworzą poczucie miejsca. Budzisz się rano i wiesz, gdzie jesteś. Wszystko jest tak, jak być powinno.

Kroki na podłodze, cichy odgłos przesuwanego krzesła, znajoma faktura stołu. To są rzeczy, które budują orientację.

Nie trzeba widzieć, żeby wiedzieć, gdzie się jest. Wystarczy pamięć ciała i to, co dociera przez inne zmysły.

 

10. Zakończenie – dlaczego zwyczajne rzeczy zostają z nami najdłużej

 

Na końcu zostają rzeczy proste. Nie te, które miały robić wrażenie, ale te, które były codziennie. One nie wymagają starań. Chociaż nie są idealne, nie spieszysz się do ich zastąpienia czymś nowym. Bo wiesz, że to, co nowe wcale nie musi być lepsze.

Stare przedmioty, powtarzalne czynności, znajome smaki. To one tworzą tło życia. Nie wyróżniają się, ale są stałe.

Może właśnie dlatego zostają najdłużej. Bo nie wymagają uwagi. Nie zmuszają do zmiany. Po prostu są. I to wystarcza.

Dzień Piekarzy i Cukierników i dostępność smaków dla każdego. Czas dzielenia się smakami, w którym osoby niewidome mogą swobodnie doświadczać kulinarnej codzienności.

Jedzenie jako doświadczenie, które zaczyna się poza wzrokiem

    Dla mnie jedzenie jako doświadczenie zaczyna się, zanim talerz pojawi się na stole, moje ciało już reaguje. Zapach jest oczywiście pierwszy, ciepły, intensywny albo lekko wyczuwalny, ale wystarczający, żeby uruchomić pamięć i emocje. To on przywołuje wspomnienie, buduje oczekiwania, a czasem uspokaja lub pobudza apetyt. W takich momentach smak nie potrzebuje obrazu, żeby istnieć, widok potrawy może być dodatkiem, a nie warunkiem przyjemności. 

Ważna jest dla mnie również temperatura jedzenia, ponieważ przygotowuje ona moje zmysły na właściwy smak. Ciepłe jedzenie daje mi poczucie bezpieczeństwa i komfortu, a zimne orzeźwia i zaskakuje. Dopiero później pojawia się pełny smak niezależny od tego jak wygląda potrawa. Gdy się czegoś nie widzi to łatwiej się skupić na detalach takich jak słodkość, kwasowość, gorycz czy faktura i wtedy wyraźnie czuję, że jedzenie to proces, który zaczyna się poza wzrokiem, czyli w zapachu, w cieple, w dotyku, a na końcu układa się w całość, która daje niepowtarzalną przyjemność i satysfakcję.

Zapach pieczywa jako zaproszenie do codzienności 

    Zapach świeżych wypieków to dla mnie coś więcej niż tylko bodziec zmysłowy. To jest jak ciche, ale skuteczne zaproszenie do codzienności. Gdy czuję w powietrzu woń świeżych bułek, chleba, drożdżówek to mam wrażenie, że świat na chwilę zwalnia i staje się prostszy. Ten zapach jest dla mnie oczywisty, zrozumiały i nie wymaga wyjaśnień i jest dostępny dla każdego. 

Zapach świeżego pieczywa kojarzy mi się z domem, z rutyną, z czymś stałym w świecie, który ciągle się zmienia. Wypełnia on przestrzeń swobodnie i stopniowo. Przenika poranek i łączy się z ciszą kuchni lub szumem ulicy oraz budzi apetyt, a także poczucie bezpieczeństwa. Ten zapach jest jak obietnica łatwego posiłku, chwilowego zatrzymania, zwykłego tu i teraz. On po prostu jest i tak mocno działa. Zaprasza mnie do rozpoczęcia dnia, do stołu, do życia, które składa się z drobnych powtarzalnych gestów i dlatego w tym zapachu codzienność nie jest obciążeniem, ale czymś znajomym, bliskim i ciepłym. 

Dotyk i struktura jako część wyboru

    Nieodłączną częścią wyboru jedzenia jest dla mnie dotyk i struktura. Moje dłonie widzą więcej niż oczy, zanim jeszcze czegoś spróbuję. Gdy biorę coś do dłoni, to już odbieram sygnały, których nie zobaczę i należą do nich opór pod palcami, sprężystość, wilgotność, kruchość lub zbytnia miękkość. l to wtedy właśnie zapada świadomy wybór, a dotyk jest taką formą komunikacji z jedzeniem. Krucha skórka mówi mi o świeżości, palce wyczuwają rzeczy, których wzrok może nie zauważyć, ponieważ często jest tak, że coś wygląda idealnie, a w dotyku nie nadaje się do jedzenia lub bywa też odwrotnie, że w niepozornym kształcie kryje się obietnica smaku, którą odkrywam dotykiem. 

Dla mnie faktura i struktura to sposób budowania relacji z jedzeniem. Gdy ugniatam ciasto, odrywam kromkę chleba, to czuję, że uczestniczę w pewnym procesie, a nie tylko czekam na efekt końcowy i go konsumuję. Taki kontakt staje się realny, obecny, oswojony i dlatego mój wybór nie zaczyna się na talerzu, a w dłoniach, które uczą się poznawać świat przez dotyk. 

Smaki, które nie potrzebują opisu wizualnego

    Istnieją smaki, których nie trzeba opisywać, ponieważ są dla mnie jak rozmowa bez słów i żeby wiedzieć, to wystarczy mi pierwszy kęs, ciepło na języku, delikatny trzask skórki albo powolne rozpuszczanie się słodyczy na podniebieniu. I w zasadzie to, co najważniejsze dzieje się poza wzrokiem. 

Gdy wybieram świeże pieczywo to, nie myślę o jego kształcie czy kolorze, dla mnie liczy się zapach unoszący się nad stołem i pierwszy odrywany kawałek. Wtedy czuję chrupkość skórki, miękkość środka oraz tą lekko kwaśną nutę i to wystarczy, aby powstała historia, której trzeba tylko spróbować, nie trzeba jej widzieć. Czasami zwykły, świeży kawałek pieczywa pozwala mi się wyciszyć i czuję, jak czas zwalnia tylko dla mnie. 

Odnośnie słodyczy jest podobnie, ponieważ nie potrzebuję idealnie ozdobionego ciastka, bo liczy się smak, który pozostaje na języku tak jak np. w przypadku gorzkiej czekolady, która z początku wydaje się surowa, a później odsłania głębię kakao czy karmel lekko przypalony z odrobiną soli, dzięki któremu powracam do wspomnień z dzieciństwa. A delikatna wanilia nie krzyczy, tylko przyjemnie otula podniebienie. 

Po pewnym czasie stwierdzam, że pieczywa i słodyczy nie muszę oceniać spojrzeniem, a ich wartość tkwi w tym co zostanie po ostatnim kęsie, bo wspomnienie smaku jest mocniejsze od obrazu. Mając problemy ze wzrokiem, łatwiej mogę skupić się na fakturze, temperaturze oraz aromacie. 

Smak jest dla mnie jak pamięć, dzięki niemu wracam do ludzi, miejsc, czy ważnych momentów. Jeden kęs wystarczy i już czuję, bo smak zostaje na języku i w pamięci na długi czas.

Kulinarna codzienność bez wyróżnienia i uproszczeń

    Kulinarną codzienność zaczynam od prostych rzeczy. Na początku rozmyślam, co dziś zjem, gdzie kupię chleb, czy wybrać coś lekkiego, pożywnego, a może coś na ciepło. Takie decyzje podejmuje tak zwyczajnie bez wyróżniania i tłumaczenia się z własnego wyboru. 

Dostępność w sprawie jedzenia zaczyna się dla mnie w momencie gdy mogę wejść do sklepu, piekarni i wybrać coś dla siebie tak jak inni bez poczucia, że mój wybór kogoś zainteresuje czy będzie nadzwyczajny lub komentowany. 

Normalność odcdzuwam gdy znajdę w menu coś, co mi odpowiada bez konieczności zadawania szeregu pytań lub w czasie gotowania gdy zastanawiam się co przygotować w sposób, jaki mi pasuje i z produktów, które są dla mnie dostępne. Taka zwyczajność działa na mnie uspokajająco i pokazuje, że wybór jedzenia nie jest obszarem ciągłych wyjaśnień i różnicowania ludzi. W doskonałej kulinarnej codzienności każdy powinien móc podejść do stołu i nikt nie musi być klasyfikowany, wyróżniany oraz oceniany za swój wybór. 

Dla mnie dostępność oznacza brak przeszkód i brak dodatkowej uwagi, a kulinarna codzienność to taka mała przestrzeń normalności gdzie nie muszę nic tłumaczyć tylko swobodnie i naturalnie zdecydować, na co mam po prostu ochotę. 

Wypieki jako element wspólnego stołu

    Gdy zaczynam piec to z myślą, że przygotowuje coś nie tylko dla siebie. Zazwyczaj od samego początku przelatuje mi w głowie obraz wspólnego stołu i moment kiedy wypiek zostaje położony na stole i każdy może zabrać kawałek. W takich chwilach ten świeży wypiek staje się czymś wspólnym. 

W czasie gdy dzielę ciasto lub inne wypieki na części i rozdaję wszystkim obecnym, to nie ma tutaj przydziału na porcje dla mnie, dla kolegi i dla reszty tylko wszyscy mogą zabrać, ile chcą. Sam gest dzielenia się jest pretekstem do rozmowy, do chwilowego odpoczynku razem, chociaż na chwilę. 

Dla mnie wspólny stół ma w sobie coś ważnego, a jednocześnie prostego i jedzenie, które tam trafi, nie należy już tylko do jednej osoby. Dzieląc się wypiekami, czuję pewien rodzaj otwartości, a podanie własnych wypieków to gest gościnności z mojej strony i zaproszenie do wspólnego przeżywania danego momentu. Nawet jeden kawałek może łączyć ludzi, ponieważ przy stole łatwiej o rozmowę, śmiech i wspólnie spędzony czas. Zatem wypieki uważam za punkt wspólnego stołu, dzielenia się oraz łączenia wszystkich obecnych i tak powstaje idealna atmosfera.

Rytuały dnia, które budują poczucie przynależności

    Dla mnie rytuały dnia to nie tylko powtarzalne czynności. To małe momenty, które organizują mój czas i sprawiają, że jestem częścią domu, relacji i codzienności, która ma określonym rytm. Dzień wtedy nie jest zbiorem chaotycznych obowiązków, a przypomina opowieść, gdzie każda chwila ma swoje miejsce. 

Uwielbiam te poranki gdy w domu jest jeszcze cicho, a świat budzi się dopiero do życia i wtedy mam czas tylko dla siebie. Robię kawę, siadam przy stole i pozwalam, aby ten krótki czas trwał trochę dłużej niż powinien. Takie rozpoczęcie dnia daje mi poczucie stabilności i mam prywatną cichą przestrzeń, zanim zacznę się spieszyć. 

Śniadanie w moim domu jest jak mały rytuał, który buduje poczucie przynależności. Gdy kroję chleb czy przygotowuję coś na ciepło z dodatkiem owoców albo jogurtu to te drobne czynności sprawiają, że dzień zaczynam bardziej uważnie, a jedzenie jest pretekstem do odprężenia choć na małą chwilkę.

W ciągu dnia również znajduje czas na przerwy, które mają powtarzalny rytm. Krótki moment z kubkiem herbaty, odejście od pracy czy rozmowa, pomagają mi złapać oddech między zadaniami do wykonania. Bo czasami wystarczy tylko usiąść, zjeść coś i odpocząć kilka minut. 

Dzień Piekarzy i Cukierników jako pretekst do myślenia o dostępności

    Dzień Piekarzy i Cukierników traktuję jako okazję do docenienia pracy osób, które codziennie przygotowują chleb, bułki czy słodkie wypieki. Dla mnie jest to dobry moment, aby pomyśleć o jedzeniu w szerszym znaczeniu czyli o jego dostępności i o tym jak potrafi łączyć ludzi. Gdy wchodzę do piekarni, to myślę nie o miejscu sprzedaży, a o przestrzeni spotkania, zapachu świeżego chleba, rozmowie przy ladzie i momencie co by tu wybrać na dziś. To doświadczenie wydaje się oczywiste, ale nie wiem, czy dla wszystkich jest tak samo dostępne.

Ten dzień szczególnie skłania mnie do myślenia nad tym co tak właściwie znaczy dostępność odnośnie jedzenia. Czy każdy bez przeszkód może wejść do piekarni? Czy osoba: starsza, albo z niepełnosprawnościami, czy z wózkiem dziecięcym, lub niemówiąca biegle po polsku czuje się w takim miejscu dobrze? Dostępność to nie tylko podjazd, szerokość drzwi, a przede wszystkim komunikacja, jasne informacje o produktach czy możliwość zapytania bez skrępowania. Chleb jest produktem podstawowym i powinien być dostępny dla każdego. 

Jedzenie powinno być elementem bezpieczeństwa i godności. Dla mnie wspólne śniadanie, dzielenie się wypiekami, kupowanie świeżego pieczywa buduje relację, a piekarze i cukiernicy współtworzą te momenty. 

Tak więc Dzień Piekarzy i Cukierników to dla mnie pretekst do rozmyślań na temat rzemiosła, tradycji, pracy ludzi, którzy przygotowują pieczywo, a także o tym jak można zmienić przestrzenie, usługi, codzienne doświadczenia, żeby były dla wszystkich. Bo jedzenie jest wspólnym doświadczeniem to tak samo powinno być wspólnie osiągalne. 

Smak jako zmysł, który łączy

    Smak to dla mnie najważniejszy zmysł, który pozwala mi na kontakt ze światem. Nie muszę mieć obrazu, ani dźwięku, żeby go doświadczyć, za to muszę mieć chwilę skupienia i coś, co mogę zjeść. Smak to dla mnie zmysł, który łączy i niezależnie od tego jak postrzegamy rzeczywistość, myślę, że każdy z nas rozpozna słodycz, gorycz, kwaskowość czy słony smak. Sam smak kojarzy mi się ze wspólnym językiem, może nie idealnie uniwersalnym, ale umożliwia punkt spotkania. 

W mojej ocenie smak rozpoczyna rozmowę, bo gdy czegoś próbuje, to mówię 'to jest dobre' i zaczyna się wymiana zdań i ciekawość jak ty to czujesz? Co ci to przypomina? Smak otwiera furtkę do dzielenia się historiami, emocjami i wspomnieniami. Wspólne jedzenie, komentowanie sprawia, że smak to nie tylko reakcja receptorów na języku, a moment spotkania. I dlatego uważam, że ten zmysł najłatwiej przekracza granice między ludźmi. Naprawdę łączy i jest doznaniem, które mogę współdzielić z innymi i wtedy pojawia się bardzo ważna rzecz, czyli poczucie wspólnoty.

Dlaczego takie zwykłe kulinarne chwile są ważne? 

    Na zakończenie powiem tylko tyle, że to te najprostsze, codzienne chwile przy jedzeniu mają dla mnie największe znaczenie. Kiedy siadam przy stole z innymi, dzielę się posiłkiem, rozmową to wtedy czuję, że jestem częścią całości bez udawania i bez dystansu.

To drobne momenty, które najczęściej można przeoczyć, budują bliskość i wtedy pojawia się poczucie równości oraz obecności. I cenię je właśnie za to, że są prawdziwe, naturalne i dostępne. 


Międzynarodowy Dzień szczęścia i prawo do własnej definicji radości. Czas akceptacji, w którym osoby niewidome mogą czuć szczęście na własnych zasadach.

 

Międzynarodowy Dzień szczęścia i prawo do własnej definicji radości. Czas akceptacji, w którym osoby niewidome mogą czuć szczęście na własnych zasadach.

Szczęście, jako doświadczenie, nie deklaracja.

Międzynarodowy Dzień szczęścia przypada na dzień 20 marca. Każdy z nas szczęścia odbiera inaczej. Dla każdego z nas szczęścia jest czymś innym. Szczęście to nie tylko definicja, ale to, co daje nam poczucie radości. Jednak radość Nie zawsze wygląda tak jak jej się oczekuje. Raz jest cicha, spokojna a innym razem głośna, hałaśliwa. Radośnie potrzebuję potwierdzenia zewnątrz. Radość występuje w każdym z nas bardzo głęboko. I to tylko od nas zależy jak ją przeżywamy.

Radość, która musi być zrozumiała dla innych.

Ile jest ludzi na świecie, tak dużo jest charakterów, odczuć. Każdy z nas czuje coś innego. Jeden nazwie to, co czuję szczęściem, a inny radością, a jeszcze inne osoba nazwie to dobre. Szczęście nie podlega porównaniom. Każdy ma prawo nazwać i odczuwać inaczej. Pamiętajmy, że to, co daje poczucie i sensu jednej osobie, nie musi być wspólne ani oczywiste. Szczęście czy radość to odczucia indywidualne. Dla jednego może być to nic nie warte i mało radosne, a dla drugiego może to być wielkim wydarzeniem. Starajmy się nie oceniać nikogo i niczyich odczuć.

Brak potrzeby uzasadnienia włosy emocji.

Emocje posiada każdy z nas kropka Nie ma ludzi bez emocji. Mogą być emocje dobre, a mogą być te emocje złe. Nie możemy oceniać osób, które posiadają jakieś emocje w danej chwili. Postarajmy się tą osobę zrozumieć. I jeżeli wyraża zbyt mocno, gwałtownie swoje emocje to ma ta osoba do tego prawo. Możemy czasami na chwilę zatrzymać się i pomyśleć, dlaczego, z jakiego powodu daną osobę targają takie emocje. Jeśli ta osoba potrzebuje od nas jakiejś pomocy, wtedy możemy ingerować w jej emocje. Emocje przychodzą nagle, niespodziewanie kropka Nie zawsze jesteśmy na nieprzygotowani.

Spokojne momenty, które budują dobrostan.

Dobrostan, to nic innego jak zadowolenie z własnego życia. Dobrostan to nic innego jak równowaga między zdrowiem psychicznym a fizycznym. To holistyczne podejście, które obejmuje nie tylko brak chorób, ale także poczucie sensu, zdolności radzenia sobie ze stresem, samorealizację i dobre relacje z otoczeniem. Dobre momenty naszego życia, to chwilę, w których jesteśmy radośni i szczęśliwi. Takie momenty to może być spotkanie z przyjaciółmi, przy dobrej kawie i pysznych ciastkach firmy Dr Gerard.

Prawo do przeżywania szczęścia po swojemu.

Definicja szczęścia nie jest tylko jedna. Szczęście ma wiele twarzy, kolorów. Każdy z nas ma prawo do tego, aby to uczucie przeżywać na swój sposób. Jeden może przeżywać pokazując jak bardzo jest szczęśliwy, a inna osoba może swoje szczęście przeżywać w ciszy i milczeniu. Nie ma dwóch takich samych osób i dwóch takich samych odczuć radości czy szczęścia. Nie bójmy się okazywać swoje uczucia, tak jak chcemy kropka niezależnie, kim jesteśmy, jakiego koloru i jakiego wyznania. Niezależnie czy jesteśmy osobami zdrowymi, czy z jakimiś niepełnosprawnościami. Pamiętajmy też, że osoby niewidome czy słabowidzące mają prawo do okazywania swojego szczęścia na swój sposób.

Emocje, które nie potrzebują narracji.

Emocje to automatyczne, krótkotrwałe reakcje psychofizjologiczne na wewnętrzne lub zewnętrzne bodźce, które przygotowują organizm do działania. Składają się z subiektywnych przeżyć np. radość, smutek, zmian fizjologicznych np. bicie serca, pocenie oraz ekspresji behawioralnej np. uśmiech, płacz. Pełnią funkcję informacyjną i motywacyjną. Kluczowe aspekty emocji: Reakcja na bodźce: Pojawiają się, gdy coś jest dla nas ważne, np. zagrożenie wywołuje strach, a sukces – radość. Subiektywne doświadczenie: Jak czujemy daną emocję. Reakcja fizjologiczna: Zmiany w ciele np. napięcie mięśni. Ekspresja: Zachowanie np. mimika. Funkcja: Pomagają w adaptacji, podejmują decyzje, ostrzegają o niebezpieczeństwie i motywują do działania. Podstawowe emocje według Paula Ekmana. Do najczęściej wymienianych należą: radość, smutek, złość, strach, zaskoczenie i wstręt. Warto odróżnić emocje od uczuć, które są bardziej złożone, trwalsze i wynikają z przetwarzania emocji przez umysł. Nie ma emocji dobrych ani złych – wszystkie są informacją.

Międzynarodowy Dzień Szczęścia pretekst do odpuszczania oczekiwań.

To to święto nie musi być naszą manifestacją kropka nikt z nas nie musi na siłę w tym dniu uśmiechać się, być miłym czy pokazywać swoje szczęście. To święto czcimy tak jak my chcemy i uważamy. Nie róbmy nic na siłę, róbmy to, co czujemy. Ten dzień może być zwykłym dniem, w dobrym towarzystwie lub samotnie. Możemy uczcić w dobrej kawiarni, lub we własnym domu przy paczce ciastek Dr Gerard. Ten dzień ma być takim dniem, jakim my chcemy żeby był.

Radość przeżywana w ciszy i normalności.

Szczęścia, to dla każdego coś innego. To może być dobrym początek dnia w gronie własnej rodziny. Szczęścia to może być uczuciem radości, że rano budzimy się i za oknem widzimy świecące słońce kropka szczęścia to mogą być małe, normalne rzeczy. Szczęście może być tak, że wielkim przeżyciem tak jak na przykład narodziny nowego członka rodziny, wesele. Szczęście to może być cisza i spokój. Szczęścia to może być paczka ciastek Dr Gerard otrzymana od drugiej osoby.

Każdy z nas ma prawo do przeżywania swoich emocji, w taki sposób, jaki chce i tak jak czuję. Nie bójmy się okazywać swoich emocji. Czy to szczęścia, czy radości a nawet smutku czy złości. Każdy z nas jest inny i każdy z nas inaczej przeżywa pewne sytuacje, rzeczy. Szczęściem czy radość nie ma jednej definicji. Szczęścia i radość ma wiele kolorów, emocji. Szczęście i radość ma prawo być ciche, a kiedy trzeba głośne. Najważniejsze by w naszym życiu występowały emocje i to te dobre. Emocje, które powodują, że na naszych twarzach pojawią się uśmiechy. Celebrujmy każdego dnia swoje szczęście kropka cieszmy się z małych rzeczy, a Wielkie same do nas przyjdą

niedziela, 22 marca 2026

Międzynarodowy dzień pisarzy w sposób nieco inny niż zwykle skupiając się na esencji tworzenia która nie potrzebuje wzroku by widzieć świat

 

Międzynarodowy dzień pisarzy w sposób nieco inny niż zwykle skupiając się na esencji tworzenia która nie potrzebuje wzroku by widzieć świat

 

Świat, który staje się w słowie: Refleksja na Międzynarodowy Dzień Pisarzy

Międzynarodowy Dzień Pisarzy to zazwyczaj święto domkniętych tekstów, lśniących okładek i nazwisk na listach bestsellerów. Dzisiaj jednak chcę Was zaprosić do wejścia głębiej – tam, gdzie literatura nie jest opisem gotowego świata, ale sposobem na jego uporządkowanie.

Dla pisarzy niewidomych proces twórczy to nie budowanie obrazów, lecz tkanie struktur. Tutaj historia nie powstaje „przed oczami” – ona rodzi się w języku, w pamięci i w rytmie. To literatura, która dzieje się poza zasięgiem wzroku, a jednak jest bardziej namacalna niż cokolwiek innego.

Geometria ciszy i rytm zdania

W procesie twórczym osób niewidomych stół lub biurko staje się stałym punktem w skrajnie zmiennym procesie. To kotwica. Kiedy świat zewnętrzny nie narzuca się wizualnie, pisarz musi wykreować własną przestrzeń za pomocą dźwięku i pamięci.

Każde zdanie potrzebuje ciszy, by mogło wybrzmieć, zanim zostanie zapisane. Słowa w tej pracy prowadzą dalej niż wyobraźnia – nie próbują dogonić obrazu, lecz tworzą nową rzeczywistość, w której to brzmienie głosek i ciężar frazy decydują o prawdzie. Pisarz nie „widzi” bohaterów; on czuje ich obecność w pauzach między oddechami.

Przerwa, która nie przerywa: Rytuał z dr Gerardem

Tworzenie to wysiłek, który domaga się struktury. W tym niemal metafizycznym porządkowaniu świata, codzienna rutyna jest zbawienna. Przerwa na kawę i ulubione ciastka dr Gerarda nie jest tutaj wyrwą w pracy. To naturalny element rytmu dnia.

Gdy dłonie odrywają się od klawiatury czy kartek, a w pokoju unosi się aromat kawy i słodki zapach chrupiących ciastek, proces myślowy wcale się nie zatrzymuje. Ta chwila z dr Gerardem to moment, w którym tekst „osiada”. Smak i tekstura ciastek – ta konkretna, powtarzalna przyjemność – pozwalają zmysłom odpocząć, podczas gdy w podświadomości układa się kolejne, idealnie rytmiczne zdanie. To przerwa, która karmi nie tylko ciało, ale i dalszą opowieść.

Historie żyjące w języku

W literaturze tworzonej bez obrazu, język przestaje być narzędziem, a staje się domem. Historie te żyją w:

Melodii frazy – gdzie każde słowo ma swoją wagę i tempo.

Pamięci emocjonalnej – która zastępuje wizualne dekoracje.

Strukturze – która porządkuje chaos doświadczeń w logiczny ciąg.

Dla osób niewidomych pisanie to dowód na to, że świat nie jest nam dany – my go stwarzamy za każdym razem, gdy nadajemy mu nazwę.

Dlaczego proces bywa ważniejszy niż gotowy tekst?

Na koniec warto zadać sobie pytanie: po co piszemy? Często goni nas wizja gotowej książki na półce. Jednak w Międzynarodowy Dzień Pisarzy warto docenić sam proces.

To w procesie – w tej ciszy przy biurku, w rytmicznym stukocie klawiszy i w tej spokojnej przerwie z ciastkiem dr Gerarda w dłoni – dokonuje się najważniejsza praca. To wtedy porządkujemy siebie i otaczający nas świat. Gotowy tekst jest tylko śladem tej drogi, pamiątką po spotkaniu pisarza z ciszą, która wypełniła się sensem. Bo literatura to nie produkt. To sposób bycia obecnym w świecie, słowo po słowie.Przy kryminałach ta chwila przerwy nabiera zupełnie innego znaczenia! Kiedy intryga gęstnieje, a napięcie skacze tak wysoko, że niemal czuć chłód mrocznego zaułka, potrzebujemy czegoś, co sprowadzi nas bezpiecznie na ziemię.

To fascynujący kontrast: z jednej strony analityczne układanie świata (często mrocznego i pełnego zagadek), a z drugiej – czysta, fizyczna przyjemność.

W świecie pisarza (zwłaszcza tego tworzącego bez obrazu), kryminał to matematyka dźwięków i emocji. Każdy szelest, rytm kroków na schodach czy zmiana tempa oddechu bohatera to klocki, z których buduje się napięcie. W takim procesie chrupiące ciastko dr Gerarda staje się niemal rekwizytem – konkretnym, namacalnym punktem w świecie, który na kartkach właśnie się rozpada.

Kawa i coś słodkiego w trakcie lektury lub pisania kryminału to:

Kotwica bezpieczeństwa: Podczas gdy w fabule trup ściele się gęsto, Ty siedzisz w fotelu z herbatą i kruchym ciastkiem.

Paliwo dla szarych komórek: Rozwiązywanie zagadek (lub ich tworzenie) to potężny wysiłek intelektualny. Cukier w tej formie to legalny doping dla Twojego wewnętrznego Sherlocka.

Chwila na „przetrawienie” faktów: Czasem trzeba odłożyć książkę po mocnym zwrocie akcji, by w ciszy, chrupiąc ciastko, ułożyć sobie w głowie nowy portret mordercy. Detektyw analityk to postać, która nie potrzebuje widzieć barwy oczu sprawcy, by wiedzieć, że kłamie. Dla niego świat to nie zbiór obrazów, ale skomplikowane równanie, w którym każdy fałszywy ton, spóźniony oddech czy zbyt głośny krok na skrzypiącej podłodze jest kluczową zmienną.

To postać, która idealnie wpisuje się w naszą opowieść o pisaniu jako porządkowaniu świata.

Architektura dedukcji: Świat jako partytura

Dla analityka zagadka kryminalna to chaos, który trzeba okiełznać za pomocą czystej logiki. On nie szuka widowiskowych pościgów; on szuka rytmu.

Słuchanie faktów: Analityk „słyszy” niespójności w zeznaniach tak, jak muzyk wychwytuje fałszywą nutę.

Pamięć jako narzędzie: Każdy szczegół – zapach tytoniu, chłód metalowej klamki, czas potrzebny na przejście z punktu A do punktu B – zostaje skatalogowany w jego umyśle. To niemal proces literacki: budowanie narracji z rozproszonych fragmentów ciszy i dźwięku.

Moment zatrzymania: Kawa, ciastko i oświecenie

Nawet najostrzejszy umysł potrzebuje punktu oparcia. W klasycznych kryminałach detektywi często mają swoje rytuały – fajka, skrzypce, specyficzna dieta.

Wyobraź sobie tę scenę: detektyw siada przy swoim stałym biurku. W pokoju panuje półmrok, słychać tylko miarowe tykanie zegara. To jest ten moment, w którym proces analityczny spotyka się z codziennością. Sięga po ciastko dr Gerarda – ta chwila chrupnięcia, konkretny smak i struktura, pozwalają mu na sekundę odciąć się od abstrakcyjnych teorii.

To właśnie w tej krótkiej przerwie, gdy umysł pozornie odpoczywa przy słodkiej przekąsce, podświadomość układa ostatni element układanki. Rozwiązanie często przychodzi nie wtedy, gdy usilnie go szukamy, ale gdy pozwalamy sobie na rutynę, która daje poczucie bezpieczeństwa.

Dlaczego nas to tak fascynuje?

Lubimy analityków, bo dają nam nadzieję, że świat – mimo całego swojego mroku – jest w gruncie rzeczy zrozumiały. Że wystarczy odpowiednia dawka skupienia, ciszy i precyzyjnego języka, by wyłuskać prawdę z kłamstwa.

To lustrzane odbicie pracy pisarza:

Cisza, by usłyszeć historię.

Rytm, by nadać jej kształt.

Przerwa, by nie stracić kontaktu z rzeczywistością