W naszej rodzinie
panuje wirus grypy. Dwoje dzieci Monika i Marcinek leżą w łóżku z wysoką
gorączką. Wczoraj byliśmy u lekarza i
przepisał antybiotyk. Sama też jestem pociągająca nosem. Kuruje się domowymi
sposobami. Jeśli mi nie przejdzie, to będę musiała pójść do lekarza. W
przychodni bardzo dużo pacjentów. Wzięłam sobie tydzień urlopu na kuracje. W
większości przebywam w pokoju dzieci. Podaje im lekarstwa, czytam im książeczki
lub opowiadam ciekawe historyjki. Za parę dni w piątek w przedszkolu jest bal
przebierańców. Jeszcze im nie powiedziałam,
że nie pójdą z powodu choroby. Przykro mi, bo bardzo się cieszyli.
Dopiero w czwartek odważyłam się porozmawiać z nimi na temat balu. Tłumaczyłam
im, że bardziej zachorują i pojadą do szpitala.
Jak się domyślałam zaczęły płakać.
Zbuntowały się i nawet nie chciały jeść posiłków. Nie namawiałam je tylko zostawiałam
na talerzu. W końcu usiadły przy stole i zaczęły trochę jeść. Córka szukała po
szafkach coś słodkiego. Niestety tym razem nic nie było. Zadzwoniłam do męża,
aby po pracy kupił wafelki czekoladowe i draże Dr. Gerarda. Maluchy nie mogły
doczekać się kiedy tatuś przyjdzie do domu. Za dwie godziny usłyszeli dzwonek
do drzwi i szybko wybiegli z pokoju. Dałam im na talerzyk parę ciastek, a resztę
schowałam do szafki. Muszę wydzielać, ponieważ te łakomczuchy zaraz, by
wszystko zjadły.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz