wtorek, 17 lutego 2026

Dzień Naleśnika i dom, który czuje się wszystkimi zmysłami. Ciastka Dr Gerard jako mały znak codziennej troski

 

 Dzień Naleśnika i dom, który czuje się wszystkimi zmysłami. Ciastka Dr Gerard jako mały znak codziennej troski

 

 Dzień Naleśnika bez pośpiechu i oczekiwań

Dzień Naleśnika nie jest dla mnie wielkim wydarzeniem. Nie kojarzy mi się z planowaniem, przygotowaniami ani z idealnym porankiem. To raczej zwykły dzień, który pozwala na chwilę się zatrzymać. Naleśniki są jedzeniem prostym i dobrze znanym. Właśnie dlatego pasują do domu i do codzienności. Nie trzeba się ich uczyć od nowa ani zastanawiać, czy wyjdą dobrze. One po prostu są.

To święto nie kojarzy mi się z perfekcją. Nie musi być idealnie posprzątane ani cicho. Dla mnie Dzień Naleśnika to moment, w którym można odpuścić oczekiwania. Dom nie jest wtedy miejscem do pokazania, ale miejscem do bycia. Nie chodzi o to, jak wygląda, ale o to, jak się w nim czujemy.

Dom odbieram nie tylko wzrokiem. Najczęściej czuję go zapachem, dźwiękiem i dotykiem. To one budują poczucie bezpieczeństwa. Ten tekst jest zaproszeniem do zwolnienia tempa. Do przeczytania go spokojnie, jakbyśmy siedzieli przy jednym stole, bez pośpiechu i bez ocen.

 

 Kuchnia, która prowadzi zapachem

Kiedy rano wchodzę do kuchni, pierwsze, co do mnie dociera, to zapach. Jeszcze zanim zobaczę patelnię albo składniki, czuję ciepło i aromat. Zapach rozgrzanej patelni jest jak sygnał, że dzień się zaczyna. Nie trzeba słów ani wyjaśnień. Ten zapach jest znany i przewidywalny.

Znane aromaty dają poczucie stabilności. Kojarzą się z porankami, które już były, i z tymi, które jeszcze nadejdą. Kuchnia staje się wtedy miejscem spokojnym, bez napięcia. Nie trzeba się spieszyć ani martwić, że coś pójdzie nie tak. Zapach działa szybciej niż rozmowa. Potrafi uspokoić, zanim zdążymy pomyśleć.

Kiedy zapach naleśników wypełnia kuchnię, dom zaczyna żyć swoim rytmem. To rytm, który nie wymaga planu. Wystarczy być obecnym i pozwolić, by codzienność toczyła się naturalnie.

 

  Dłonie, które wiedzą, co robić

Robienie naleśników nie wymaga ciągłego patrzenia. Po pewnym czasie dłonie same wiedzą, co robić. Nalewanie ciasta, lekkie przechylenie patelni, chwila czekania i odwracanie naleśnika to ruchy powtarzane wiele razy. Są znajome i spokojne.

W takich chwilach dotyk staje się ważniejszy niż wzrok. Czujemy temperaturę patelni, ciężar chochli, miękkość gotowego naleśnika. Te odczucia sprawiają, że skupiamy się na tym, co tu i teraz. Gotowanie przestaje być obowiązkiem, a staje się czynnością, która porządkuje myśli.

Powtarzalne ruchy działają uspokajająco. Nie trzeba się spieszyć ani analizować każdego kroku. Dłonie prowadzą same, a głowa może odpocząć. Właśnie dlatego takie proste czynności mają w sobie coś kojącego.

 

Dźwięki domu jako mapa poranka

Dom nigdy nie jest całkowicie cichy. Zawsze słychać jakieś dźwięki. Syczenie patelni, ciche stuknięcie talerza o blat, odgłos otwieranej szafki. Te dźwięki tworzą mapę poranka. Pokazują, że dzień się zaczyna i że wszystko jest na swoim miejscu.

Czasem słychać kroki domowników albo krótkie rozmowy. Nie zawsze są one ważne ani długie. Czasem wystarczy jedno zdanie albo zwykłe „dzień dobry”. Te dźwięki dają poczucie obecności innych osób i sprawiają, że dom wydaje się bezpieczny.

Ważna jest także cisza między dźwiękami. To w niej można się zatrzymać i złapać oddech. Cisza nie oznacza pustki. Jest przestrzenią na spokój i refleksję. Dzięki niej dom staje się miejscem, w którym można się wyciszyć.

 

Stół jako miejsce codziennej troski

Stół w domu pełni szczególną rolę. To przy nim spotykają się domownicy, nawet jeśli tylko na chwilę. Krzesła stoją zawsze w tym samym miejscu, a naczynia są dobrze znane. Ta stałość daje poczucie bezpieczeństwa.

Jedzenie przy stole nie musi być idealne ani uroczyste. Wystarczy, że jest spokojne. Nie ma ocen, pośpiechu ani presji. Rozmowy mogą być krótkie albo wcale się nie pojawić. Czasem sama obecność wystarcza.

Stół jest miejscem codziennej troski. To przy nim buduje się relacje, nawet jeśli nikt o tym głośno nie mówi. Zwykłe wspólne siedzenie ma większe znaczenie, niż może się wydawać.

 

Małe gesty uważności

Obok naleśników czasem pojawia się mały talerzyk z ciastkami Dr Gerard. Nie z okazji święta ani specjalnego wydarzenia. Po prostu jako drobny gest. Po ciepłym naleśniku słodki smak jest przyjemnym dodatkiem.

To nie jest coś, co musi się pojawić. Właśnie dlatego ma znaczenie. Takie ciastko może być cichym znakiem troski. Jakby ktoś chciał powiedzieć: „pomyślałem o tobie”. Nie potrzeba wielkich słów ani gestów.

Drobne rzeczy często budują poczucie domu bardziej niż wielkie wydarzenia. Małe gesty uważności sprawiają, że codzienność staje się cieplejsza i bardziej ludzka.

 

Dom, który czuję, a nie oglądam

Dom nie zawsze trzeba oglądać, żeby wiedzieć, że jest znajomy. Wystarczy dotyk. Znam miejsca pod palcami. Wiem, gdzie stoi kubek i gdzie leży ściereczka. Te rzeczy są zapisane w pamięci.

Zapachy i dźwięki także zostają w nas na długo. Często przypominają dom nawet wtedy, gdy jesteśmy gdzie indziej. Rytuały, nawet najprostsze, dają poczucie spokoju. Nie muszą być wyjątkowe ani idealne.

Dom staje się wtedy przestrzenią bez napięcia. Miejscem, w którym można być sobą i nie udawać niczego przed innymi.

 

 Zwykłe dni i ich znaczenie

Często myślimy, że najważniejsze są wyjątkowe momenty. Tymczasem to zwykłe dni mają największe znaczenie. Powtarzalność daje poczucie bezpieczeństwa. Codzienne czynności wykonywane bez presji uczą spokoju.

Nie trzeba dążyć do perfekcji. Niedoskonałość jest częścią codzienności. Właśnie dlatego zwyczajność jest tak ważna. Nie wymaga udowadniania swojej wartości ani spełniania oczekiwań.

Zwykłe dni budują dom krok po kroku. Powoli, ale trwale.

 

Poranki, które zostają w pamięci

Takie poranki zostają w pamięci, bo angażują całe ciało. Nie tylko myśli. Zapach, dźwięk i dotyk sprawiają, że chwila staje się prawdziwa. Nie trzeba energii ani przygotowań.

Takie poranki są przewidywalne i znajome. Dają poczucie kontroli nad dniem. W świecie, który często pędzi i zmienia się zbyt szybko, taka stabilność jest bardzo potrzebna.

 

Małe rytuały na początek dnia

Małe rytuały porządkują dzień od samego początku. Kiedy robimy coś, co dobrze znamy, czujemy się pewniej. Nie musimy podejmować decyzji ani zastanawiać się, czy robimy to dobrze. Rytuał sam nas prowadzi.

Dla jednych będzie to robienie naleśników, dla innych parzenie herbaty albo spokojne siedzenie przy stole. Ważne jest to, że rytuał daje chwilę oddechu. Pozwala rozpocząć dzień bez presji i napięcia.

Powtarzalne czynności sprawiają, że dzień staje się bardziej przewidywalny. A przewidywalność daje poczucie bezpieczeństwa. W świecie pełnym zmian takie stałe punkty są bardzo ważne.

 

 święto codzienności

Dzień Naleśnika może być świętem codzienności. Nie musi być wyjątkowy ani idealny. Wystarczy naleśnik, małe ciastko i chwila spokoju. Dom buduje się z drobnych gestów i powtarzalnych rytuałów.

Nie trzeba być w doskonałej formie ani spełniać oczekiwań. Czasem wystarczy się zatrzymać i poczuć, że jest się u siebie. Może dziś warto znaleźć swój własny domowy rytuał i pozwolić sobie na zwyczajny, spokojny poranek.

 

 

 

poniedziałek, 16 lutego 2026

Europejski Dzień Numeru Alarmowego 112 i codzienne bezpieczeństwo osób z dysfunkcją wzroku. Małe gesty, które dają realną ulgę.

 

Europejski Dzień Numeru Alarmowego 112 i codzienne bezpieczeństwo osób z dysfunkcją wzroku. Małe gesty, które dają realną ulgę.



Europejski Dzień Numeru Alarmowego 112 w zwykłym dniu

Każdego roku 11 lutego obchodzimy Europejski Dzień Numeru Alarmowego 112. To data, która w pierwszym odruchu może kojarzyć się z wypadkami, zagrożeniem, dramatycznymi sytuacjami. A jednak dla mnie to święto mówi o czymś zupełnie innym — o uważności.

Nie o strachu. Nie o panice. O spokojnej świadomości.

Dlaczego to święto kojarzy mi się bardziej z uważnością niż z zagrożeniem

Numer 112 istnieje po to, by działać wtedy, gdy coś wymyka się spod kontroli. Ale przez większość czasu… po prostu jest. Nie dzwonimy codziennie. Nie myślimy o nim w biegu między pracą a domem. A jednak jego obecność ma znaczenie.

To trochę jak świadomość, że mamy przy sobie dokumenty, apteczkę w samochodzie albo zapisany kontakt ICE w telefonie. Nie żyjemy w napięciu. Żyjemy spokojniej, bo wiemy, że w razie potrzeby pomoc jest dostępna.

Uważność to nie ciągłe wypatrywanie zagrożeń. To raczej cicha gotowość.

Bezpieczeństwo jako coś, o czym myślę na co dzień

Bezpieczeństwo rzadko jest spektakularne. Najczęściej objawia się w drobiazgach: zapinaniu pasów, rozmowie z dzieckiem o przechodzeniu przez ulicę, sprawdzeniu czujnika dymu, nauczeniu seniora z rodziny, kiedy i jak wezwać pomoc.

Myślenie o numerze 112 nie musi oznaczać czarnych scenariuszy. Może być elementem codziennej troski — o siebie, o bliskich, o przypadkowych ludzi, którym kiedyś możemy pomóc, wiedząc, jak zareagować.

To świadomość, że odpowiedzialność społeczna zaczyna się w małych decyzjach.

Numer 112 jako spokojna obecność w tle, nie straszak

Dobrze zaprojektowane systemy bezpieczeństwa są trochę niewidzialne. Nie dominują naszego życia. Są jak cichy fundament. Numer 112 nie jest symbolem katastrofy — jest symbolem współpracy: operatorów, ratowników, policji, straży pożarnej i zwykłych ludzi, którzy potrafią zadzwonić wtedy, gdy trzeba.

W tym sensie to numer nadziei. Most między „coś się dzieje” a „ktoś już jedzie z pomocą”.

Zaproszenie do tekstu: tu mówimy o realnym życiu

Ten tekst nie będzie o sensacyjnych historiach ani o statystykach. Będzie o realnym życiu — o tym, jak budować kulturę bezpieczeństwa bez wzmacniania lęku. Jak uczyć dzieci reagowania bez straszenia. Jak mówić o odpowiedzialności w sposób spokojny i dojrzały.

Bo może właśnie o to chodzi w Europejski Dzień Numeru Alarmowego 112 — żeby przypomnieć sobie, że bezpieczeństwo to nie tylko reakcja na kryzys. To codzienna, cicha uważność.

Głos jako pierwszy punkt orientacyjny

W sytuacji zagrożenia świat nagle się zawęża. Serce przyspiesza, myśli pędzą, ciało reaguje szybciej niż rozum. Wtedy pierwszym realnym punktem orientacyjnym staje się… głos. Spokojny, wyraźny, stabilny.

To on porządkuje chaos.

Znaczenie spokojnego, wyraźnego głosu w trudnej sytuacji

Kiedy ktoś dzwoni pod numer alarmowy, często jest w stanie silnego stresu. Może mówić szybko, nieskładnie, płakać albo milczeć. W takich chwilach to nie tylko treść komunikatu ma znaczenie — kluczowy jest sposób, w jaki ktoś odpowiada.

Spokojny głos:

  • obniża napięcie,

  • daje poczucie, że sytuacja jest „do ogarnięcia”,

  • przywraca minimalne poczucie kontroli.

To trochę jak podanie komuś ręki w ciemności. Nie rozwiązuje problemu natychmiast, ale daje oparcie.

Słuchanie jako forma prowadzenia

Często myślimy, że prowadzenie to mówienie, wydawanie poleceń, instruowanie. Tymczasem w sytuacjach kryzysowych prowadzenie zaczyna się od słuchania.

Uważne słuchanie:

  • pozwala wychwycić najważniejsze informacje,

  • daje rozmówcy poczucie bycia zauważonym,

  • spowalnia spiralę paniki.

Cisza między zdaniami bywa równie ważna jak same słowa. To w niej ktoś zbiera oddech, odzyskuje zdolność myślenia, zaczyna współpracować.

Dlaczego sposób mówienia ma ogromne znaczenie

Mózg w stresie działa inaczej. Reaguje bardziej na ton niż na treść. Jeśli słyszy napięcie, podniesiony głos, pośpiech — interpretuje to jako dodatkowe zagrożenie. Jeśli słyszy stabilność — dostaje sygnał bezpieczeństwa.

Dlatego tak ważne są:

  • tempo mówienia (wolniejsze niż naturalne),

  • krótkie, jasne zdania,

  • brak ocen i emocjonalnych komentarzy,

  • powtarzalność i struktura.

„Proszę oddychać. Jestem z panią. Pomoc jest w drodze.”
To nie są tylko słowa. To regulacja emocji drugiej osoby.

Zaufanie budowane tonem, nie słowami

Zaufanie w kryzysie nie rodzi się z długich wyjaśnień. Rodzi się z tonu. Z tego, czy ktoś brzmi jak ktoś, kto panuje nad sytuacją. Kto nie bagatelizuje, ale też nie dramatyzuje.

Ton niesie informację:
„Możesz mi zaufać. Wiem, co robić. Nie jesteś sama.”

Właśnie dlatego głos bywa pierwszym i najważniejszym narzędziem pomocy. Zanim pojawi się karetka, zanim przyjedzie patrol, zanim sytuacja się uspokoi — to on buduje most między lękiem a działaniem.

I czasem to wystarcza, by ktoś odzyskał oddech.

Po trudnej rozmowie – powrót do równowagi

Trudna rozmowa nie kończy się w chwili odłożenia słuchawki. Często jej echo zostaje w ciele — w napiętych barkach, przyspieszonym oddechu, dłoniach, które jeszcze przez chwilę są zaciśnięte mocniej niż trzeba.

Emocje nie wyłączają się na komendę. Potrzebują czasu, by opaść.

Napięcie, które zostaje w ciele

W sytuacji stresowej organizm wchodzi w tryb działania. Adrenalina pomaga reagować szybko, podejmować decyzje, koncentrować się na szczegółach. Ale kiedy sytuacja się kończy, ciało nadal przez moment „pracuje” na podwyższonych obrotach.

Można to poczuć jako:

  • zmęczenie pojawiające się nagle i intensywnie,

  • trudność z powrotem do zwykłych czynności,

  • chwilową nadwrażliwość na dźwięki i bodźce,

  • potrzebę milczenia.

To naturalne. Organizm domyka proces.

Chwila ciszy jako sposób na uspokojenie

Czasem najprostszym wsparciem jest pauza. Kilka minut bez rozmów, bez bodźców, bez natychmiastowego „wracania do normy”.

Cisza pozwala:

  • wyrównać oddech,

  • rozluźnić mięśnie,

  • uporządkować myśli,

  • oddzielić to, co było, od tego, co jest teraz.

To krótki most między intensywnością a codziennością.

Herbata i ciastka Dr Gerard jako znak: „teraz można zwolnić”

Małe, powtarzalne gesty pomagają ciału zrozumieć, że napięcie minęło. Ciepła herbata w dłoniach. Znany smak. Chwila przy stole.

Dla wielu osób takim sygnałem przejścia do spokojniejszego rytmu mogą być drobne przyjemności — na przykład herbata i ciastka Dr Gerard. Nie chodzi o sam produkt, ale o rytuał: usiąść, odetchnąć, dać sobie moment bez pośpiechu.

To komunikat wysyłany do siebie:
„Zrobiłam/zrobiłem, co było trzeba. Teraz mogę zwolnić.”

Małe rytuały pomagające wrócić do dnia

Powrót do równowagi nie musi być spektakularny. Wystarczą drobne czynności:

  • kilka spokojnych oddechów przy otwartym oknie,

  • krótki spacer,

  • zapisanie jednej myśli na kartce,

  • uporządkowanie biurka,

  • napicie się czegoś ciepłego.

Rytuały działają, bo są przewidywalne. Dają poczucie ciągłości. Pomagają przejść od sytuacji wyjątkowej do zwykłego dnia.

A zwykły dzień — z jego rytmem, powtarzalnością i spokojem — bywa najlepszym dowodem na to, że równowaga wraca.

Co daje poczucie ulgi w codziennych sytuacjach

Ulga rzadko przychodzi z wielkich wydarzeń. Najczęściej pojawia się cicho — w chwilach, które są znajome, powtarzalne, przewidywalne. To one budują w nas poczucie bezpieczeństwa, nawet jeśli nie nazywamy go wprost.

Przewidywalność

Kiedy wiemy, czego się spodziewać, organizm nie musi być w ciągłej gotowości. Stałe godziny pracy, podobny porządek dnia, znane obowiązki — to wszystko obniża napięcie.

Przewidywalność:

  • zmniejsza liczbę decyzji do podjęcia,

  • daje poczucie kontroli,

  • pozwala oszczędzać energię psychiczną.

Nie chodzi o monotonię. Chodzi o ramę, w której możemy się swobodnie poruszać.

Spokojny rytm dnia

Rytm to coś więcej niż harmonogram. To tempo, w jakim przechodzimy przez kolejne czynności. Kiedy nie musimy się spieszyć bez przerwy, oddech naturalnie się wydłuża, a ciało przestaje być w trybie alarmowym.

Stałe punkty dnia — poranna kawa, chwila ciszy przed wyjściem, wieczorne zamknięcie komputera — tworzą poczucie ciągłości. To jak delikatny puls, który mówi: „wszystko jest na swoim miejscu”.

Znane miejsca i głosy

Ulga pojawia się tam, gdzie czujemy się oswojeni z przestrzenią. W domu, w ulubionym sklepie, w gabinecie, w którym wiemy, gdzie stoi każdy przedmiot.

Podobnie działa głos. Znany ton, sposób mówienia, charakterystyczny śmiech — to sygnały, które mózg rozpoznaje jako bezpieczne. Nie musimy się wtedy napinać. Możemy być sobą.

Małe rzeczy, które dają stabilność

Czasem to naprawdę drobiazgi:

  • kubek, po który sięgamy codziennie rano,

  • zapach herbaty,

  • uporządkowane biurko,

  • krótka rozmowa o stałej porze,

  • kilka minut spaceru tą samą trasą.

Te małe elementy są jak kotwice. Nie zatrzymują sztormów, ale pomagają utrzymać kierunek.

Poczucie ulgi w codzienności nie wynika z braku wyzwań. Rodzi się z tego, że między wyzwaniami mamy coś stałego. Coś, co przypomina nam, że świat — mimo wszystko — ma swój rytm, a my umiemy w nim funkcjonować.



piątek, 13 lutego 2026

Dzień Gumy do Żucia i drobne rytuały, które uspokajają ciało. Ciastka Dr Gerard na stole pomagają znaleźć chwilę bez napięcia

 Któż z nas nie zna czegoś takiego jak guma do żucia i to już od najmłodszych lat swojego życia. I to właśnie dnia 1 lutego obchodzimy międzynarodowy dzień tego łakocia. Chociaż ten dzień nie jest dniem wolnym od pracy bo nie jest tak donośny jednakże warto abyśmy chociaż tego jednego dnia zastanowili się nad tym przedmiotem jak to ująłem, bo towarzyszy on nam przecież przez cały ciąg naszego życia. Oczywiście iż i guma do żucia ma swoją genezę powstania, a sięga ona dawnych lat o czym w paru zdaniach poruszę to zagadnienie.

I tak guma, a właściwie jej początki w x wieku w latach siedemdziesiątych wyglądała jak brązowa bryłka, dopiero w 1893 roku William Wrigley, dodał do niej wyciąg z mięty pieprzowej co rozsławiło ten orzeźwiający smakołyk, a w 1914roku ukazał się jego jeszcze bardziej miętowy smak znany pod nazwą Doublemint. Teraz guma do żucia to nie tylko wyrób amerykański lecz ogólnoświatowy występujący z domieszką różnych smaków. Doszło do tego, że w takim kraju jak Turcja podawanie gumy urosło do rangi międzynarodowej, bo po każdym posiłku w restauracji dostajemy saszetkę z gumą do żucia. Odkryto nawet, że człowiek już w prehistorii żuł żywicę bo odkryto odcisk zęba na niej. Lekarze też mają tu coś do powiedzenia i z ich badań wynika, że żucie gumy do żucia jest dobrotliwe dla nas, a w szczególności właśnie dentyści to podkreślają.

U niektórych z nas ranga żucia gumy urosła do czynności jaką wykonujemy codziennie. Takie żucie i uspokaja nas, a smak zawarty w owym smakołyku uwalniający się w trakcie jego żucia daje nam chwilę odprężenia. W Polsce występuje ona tak jak w innych krajach pod różnymi postaciami w listkach w drażetkach, czyli jest to coś zwyczajnego bo i sprzedawana jest w tysiącach sztuk, czyli ludzie po nią sięgają i jak na razie to ta gałąź ma się dobrze.

Przy żuciu gumy robimy nie inaczej jak powtarzalnych ruch bo przecież jak inaczej można nazwać żucie gumy. Tak jak samo ta przewidywalność ruchów jak żucie tej naszej gumy to tak samo jest usystematyzowany nasz rytm dnia i te dwie czynności to przecież miks tegoż dnia.

Podczas rytmicznego wykonywania ruchów szczęki gdy żujemy gumę to nasz oddech się uspokaja, a dodając do tego jeszcze ten miętowy smak naszego łakocia pozwala nam na złapanie świeżego oddechu. Zapewne i to nie jest obojętne dla naszego organizmu lecz tak jak już tu zostało to podkreślone to nas uspokaja. Można by tu jeszcze dodać, że niektórzy liczą sobie w pamięci i robią oddechy ale wydaje mi się, że lepiej porzuć sobie ulubioną gumę, a na efekt uspokajający nie będziemy musieli długo czekać.

Skoro tu jest pisane o odprężeniu to i trzeba i by napomknąć coś o wyciszeniu. Wiadomo iż każdy z nas potrzebuje odrobinki chociażby wyciszenia tak aby pobyć sam z sobą i swoimi myślami. Kto z nas nie zna powiedzenia, mowa jest srebrem, a milczenie złotem. Nawet niekiedy nie potrzeba słów aby się zrozumieć, wystarczy ta chwila milczenia albo jak kto woli ciszy.

Nie był bym sobą jakbym nie wtrącił tu kilku zdań na temat słodkości. Do tej grupy łakoci i zapewne można zaliczyć ciacha, a jest i na naszym podwórku taki producent tych wyrobów, którego to wyroby wpadną w gusta najbardziej wybrednym degustatorom. Wiadomo, że jak ciastko to i słodkości, a jak słodkości to cukier i tu jest coś co nas powinno zastanowić, Spożywanie cukru podnosi nam hormon szczęścia i dostarcza do organizmu glukozę. Jednakże w dużej ilości spożywanie cukru jest zgubne, prowadzić może nawet do powstawania próchnicy w uzębieniu. Jednakże w umiarkowanej ilości jego spożywanie jest nawet potrzebne. I tak jak pisałem powyżej ten rodzimy producent słodkości kryjący się pod nazwą Dr Gerard zapewne zadba o nasze podniebienia o czym i też już wspomniałem, także pozwólmy sobie na chwilę beztroski przy ciachu.

Nie trzeba wcale widzieć aby czuć i to nie tylko co się dzieje dookoła nas. Takie zmysły jak dotyk, smak, węch i słuch w jakiś sposób potrafią i zastąpić zmysł widzenia. A przecież jak wiadomo to i w społeczeństwie, w sklład jego wchodzą i osoby niewidome. Pisałem i tu już i o chwili uspokojenia, bo wiem, że i to jest ważne w naszym zabieganym życiu. Róbmy sobie czasami małe przerwy i pożujmy gumę, a to powinno nas uspokoić, to oczywiście tylko taka moja sugestia bo czemu nie spróbować i tego, a może i ktoś już testuje ten sposób. Sama uważność i tu znowu posłużę się osobą niewidomą bo mi do niej blisko, sam nią jestem powinna być już wystarczająca podczas wykonywania prac codziennych zamiast takiej kontroli, a z czasem to po prostu już będzie taki nawyk.

Każdy z nas chyba posiada kolegę albo koleżankę, a może i grupę osób z którymi to lubi przebywać i czuje się z nimi dobrze. Czujemy się w ich obecności nie tak skrępowani i możemy sobie pozwolić na luźniejszą rozmowę. Wiedzą oni o nas więcej, a my i rozumiemy się bez słów.

I tak dotarliśmy do podsumowania tego tekstu. Zawarłem w nim oczywiście, że garść informacji o gumie do żucia bo to był mój temat przewodni, jednakże i pozwoliłem sobie coś niecoś napomknąć o tak ważnej rzeczy jaką jest wyciszenie. Znalazła i tu się i także informacja o ciastkach od producenta Dr Gerarda bo i one zasługują na naszą uwagę. Ciekawe czy osoba czytająca ten tekst i ma swój mały rytuał bo i do niego można zaliczyć zarówno jak żucie gumy czy też degustacja tych wspomnianych ciastek, może ktoś podzieli się tą informacją o swoim rytuale. 

czwartek, 12 lutego 2026

Dzień Pozytywnego Myślenia.

Dzień Pozytywnego Myślenia i zwykłe dni, które nie muszą być idealne. Małe chwile budujące równowagę.

Siedzę przy stole i patrzę na kalendarz- 2 luty. To okienko przypomina mi, że dziś przypada Dzień Pozytywnego Myślenia. Pierwsza myśl? Lekki opór. Często takie daty kojarzą mi się z przymusem – z tym, że powinnam się wyprostować, uśmiechnąć do lustra i wykrzesać z siebie entuzjazm, którego akurat dzisiaj we mnie nie ma. Ale co, jeśli spróbujemy podejść do tego święta zupełnie inaczej?
Dla mnie pozytywne myślenie nie ma nic wspólnego z radosnym okrzykiem o poranku. Wręcz przeciwnie – kojarzy mi się z ulgą. To moment, w którym pozwalam sobie nie być „najlepszą wersją siebie”. To święto, które w moim odczuciu wcale nie musi oznaczać euforii. Może być po prostu dniem, w którym przestaję się ze sobą boksować.
Zwyczajny, szary wtorek czy czwartek jest wystarczającym punktem wyjścia. Nie potrzebuję fajerwerków, by uznać dzień za dobry. Zapraszam Cię do tekstu, w którym nie znajdziesz technik motywacyjnych ani złotych rad. Nie zamierzam poprawiać Ci nastroju. Chcę tylko, żebyśmy wspólnie poczuli, że jest okej tak, jak jest teraz. Bez napinania mięśni twarzy w sztucznym uśmiechu.
Lubię dni bez planu. Takie, które po prostu płyną, od rana do wieczora, nie niosąc ze sobą żadnych przełomów. Często gonimy za ekscytacją, za „czymś wielkim”, zapominając, że to właśnie spokój jest najbardziej deficytowym towarem. W tej zwykłości, w tym „nic szczególnego”, odnajduję największe bezpieczeństwo.
Kiedy nic się nie dzieje, nic mi nie zagraża. Nie muszę reagować na nagłe zmiany, nie muszę dostosowywać się do nowych okoliczności. Akceptacja dla przeciętności dnia pozwala mi odetchnąć. Przeciętny dzień to taki, w którym kawa smakuje tak samo jak wczoraj, a droga do pracy nie przynosi niespodzianek. I to jest wspaniałe. Ta stabilność daje fundament pod to, by po prostu być.
Pozytywne myślenie kojarzy mi się z łagodnością wobec własnej głowy. Moje myśli przychodzą same – czasem są jasne, czasem gęste i lepkie jak mgła. Zamiast z nimi walczyć, staram się dać im przestrzeń. Jeśli mam dziś gorszy nastrój, to on po prostu jest. Zgoda na ten stan paradoksalnie przynosi najwięcej optymizmu, bo zdejmuje ze mnie ciężar „naprawiania” siebie.
Największą ulgę czuję wtedy, gdy w głowie zapada cisza. Nie ta wymuszona medytacją, ale taka naturalna, wynikająca z tego, że przestałam od siebie wymagać ciągłej analizy. Pozwalam myślom przepływać, nie chwytam ich, nie oceniam. To jest dla mnie realny optymizm – świadomość, że nie każda myśl zasługuje na moją uwagę.
Równowaga to dla mnie stan, który odczuwam w ciele, a nie wizerunek, który widzę w lustrze. To ten moment, w którym czuję, że ramiona mi opadają, a oddech staje się miarowy i głęboki, niemal niesłyszalny. Nie muszę na siebie patrzeć, by wiedzieć, że jestem w pionie.
Ważniejszy od wielkich celów jest dla mnie rytm dnia. To on trzyma mnie w ryzach. Zaufanie do sygnałów płynących z wnętrza – do tego cichego szeptu, który mówi „potrzebuję teraz usiąść” albo „chcę wyjść na zewnątrz” – buduje we mnie poczucie sprawstwa. Słucham bicia swojego serca i czuję, jak puls zwalnia, dostosowując się do spokojnego popołudnia. To fizyczna manifestacja spokoju.
Dzień składa się z drobiazgów, które działają jak kotwice. Herbata pita bez pośpiechu, gdy kubek grzeje dłonie, a aromat naparu powoli wypełnia przestrzeń. To nie jest „rytuał parzenia herbaty” z katalogu, to po prostu chwila, w której nie robię nic innego. Znane dźwięki domu – szum lodówki, tykanie zegara w kuchni, odgłos kroków na schodach – tworzą bezpieczną scenografię.
Te małe, powtarzalne czynności stabilizują mnie bardziej niż jakiekolwiek dalekosiężne plany. Wielkie cele bywają przytłaczające, małe kroki są bezpieczne. Kiedy wiem, gdzie leżą moje ulubione skarpetki i o której słońce zaczyna zaglądać przez okno w salonie, czuję, że świat jest na swoim miejscu.
W tej mojej zwyczajności jest miejsce na małe przyjemności, które nie muszą niczego celebrować. Talerzyk postawiony obok laptopa czy na ławie przy kanapie – tak po prostu, bez specjalnej okazji. Kilka ciastek Dr Gerard, ich znajoma chrupkość i słodki smak, to dla mnie sygnał do zmiany tempa.
To taka chwila przerwy, z której nie muszę się nikomu tłumaczyć. Nie jem ich, żeby coś sobie zrekompensować albo nagrodzić się za ciężką pracę. Jem je, bo to miłe. Ten moment, w którym cukier puder zostaje na palcach, a czekolada powoli rozpuszcza się w ustach, pozwala mi na chwilę zatrzymać bieg myśli. Słodycz staje się tłem dla spokoju, subtelnym elementem łagodności, którą sobie serwuję między obiadem a wieczornym czytaniem.
Najbardziej cenię te relacje, w których możemy obok siebie po prostu pobyć. Bez wymieniania się złotymi myślami, bez wzajemnego motywowania do działania. Czasem bliskość to po prostu słuchanie kogoś, kto ma gorszy dzień, bez próby „naprawienia” jego nastroju.
Ciepły, znajomy głos w słuchawce albo szept kogoś bliskiego w drugim pokoju jest wart więcej niż stos poradników. Nie potrzebuję rad, potrzebuję obecności. Wsparcie to dla mnie świadomość, że ktoś akceptuje moje zmęczenie i nie oczekuje, że natychmiast z niego wyjdę. Bliskość, która nie wywiera presji, jest najbardziej uwalniająca.
Doszłam do wniosku, że prawdziwa pozytywność to po prostu brak walki ze sobą. To zgoda na zmęczenie, gdy ciało mówi, że ma dość. To zgoda na brak planów, gdy wieczór wydaje się zbyt krótki na cokolwiek produktywnego. To wreszcie zgoda na powolność w świecie, który nieustannie przyspiesza.
Kiedy przestaję ze sobą walczyć, odzyskuję mnóstwo energii. Pozytywne myślenie to dla mnie luksus powiedzenia sobie: „Dzisiaj zrobiłam tyle, ile mogłam, i to wystarczy”. To akceptacja faktu, że nie każdy dzień musi być sukcesem. Czasem sukcesem jest po prostu spokojne dotrwanie do wieczora bez poczucia winy.
Równowaga nie jest dla mnie stanem oświecenia, ale wynikiem codziennej rutyny. To znane smaki, zapachy, które kojarzą się z domem, i przedmioty, które zawsze są pod ręką. Małe rzeczy, które się nie zmieniają, budują poczucie ciągłości i bezpieczeństwa.
Stabilność jest o wiele cenniejsza niż euforia. Euforia jest męcząca, spala zasoby. Stabilność je regeneruje. Każdego ranka ten sam ruch przy otwieraniu okna, każdy wieczór z tą samą książką – te mikro-rytmy sprawiają, że czuję się osadzona w rzeczywistości. Nie szukam nowych wrażeń, celebruję te, które już mam.
Wracam do mojego kalendarza i myślę sobie, że ten dzień może być naprawdę dobry, o ile zrezygnuję z definicji „dobra” narzuconej przez media społecznościowe. Niech to będzie dzień myślenia, które nie ciąży. Dzień, w którym zwykłość staje się najwyższą wartością.
Dla mnie dzisiejszy wieczór to herbata, kilka ciastek od Dr Gerarda na talerzyku i cisza, którą przerwę tylko przewracaniem stron książki. Nic wielkiego. Nic przełomowego. Po prostu życie w swoim własnym, spokojnym tempie.
Zanim zamkniesz ten tekst, chciałabym Cię zaprosić do jednego: pozwól sobie dziś na zupełnie zwykły dzień. Nie próbuj być lepszy, nie szukaj na siłę powodów do radości. Poczuj swój oddech, poczuj smak tego, co jesz, i po prostu bądź. To w zupełności wystarczy.