Dzień Pozytywnego Myślenia i zwykłe dni, które nie muszą być idealne. Małe chwile budujące równowagę.
Siedzę przy stole i patrzę na kalendarz- 2 luty. To okienko przypomina mi, że
dziś przypada Dzień Pozytywnego Myślenia. Pierwsza myśl? Lekki opór. Często
takie daty kojarzą mi się z przymusem – z tym, że powinnam się wyprostować,
uśmiechnąć do lustra i wykrzesać z siebie entuzjazm, którego akurat dzisiaj we
mnie nie ma. Ale co, jeśli spróbujemy podejść do tego święta zupełnie inaczej?
Dla mnie pozytywne myślenie nie ma nic wspólnego z radosnym okrzykiem o
poranku. Wręcz przeciwnie – kojarzy mi się z ulgą. To moment, w którym pozwalam
sobie nie być „najlepszą wersją siebie”. To święto, które w moim odczuciu wcale
nie musi oznaczać euforii. Może być po prostu dniem, w którym przestaję się ze
sobą boksować.
Zwyczajny, szary wtorek czy czwartek jest wystarczającym punktem wyjścia. Nie
potrzebuję fajerwerków, by uznać dzień za dobry. Zapraszam Cię do tekstu, w
którym nie znajdziesz technik motywacyjnych ani złotych rad. Nie zamierzam
poprawiać Ci nastroju. Chcę tylko, żebyśmy wspólnie poczuli, że jest okej tak,
jak jest teraz. Bez napinania mięśni twarzy w sztucznym uśmiechu.
Lubię dni bez planu. Takie, które po prostu płyną, od rana do wieczora, nie
niosąc ze sobą żadnych przełomów. Często gonimy za ekscytacją, za „czymś
wielkim”, zapominając, że to właśnie spokój jest najbardziej deficytowym
towarem. W tej zwykłości, w tym „nic szczególnego”, odnajduję największe
bezpieczeństwo.
Kiedy nic się nie dzieje, nic mi nie zagraża. Nie muszę reagować na nagłe
zmiany, nie muszę dostosowywać się do nowych okoliczności. Akceptacja dla
przeciętności dnia pozwala mi odetchnąć. Przeciętny dzień to taki, w którym
kawa smakuje tak samo jak wczoraj, a droga do pracy nie przynosi niespodzianek.
I to jest wspaniałe. Ta stabilność daje fundament pod to, by po prostu być.
Pozytywne myślenie kojarzy mi się z łagodnością wobec własnej głowy. Moje myśli
przychodzą same – czasem są jasne, czasem gęste i lepkie jak mgła. Zamiast z
nimi walczyć, staram się dać im przestrzeń. Jeśli mam dziś gorszy nastrój, to
on po prostu jest. Zgoda na ten stan paradoksalnie przynosi najwięcej
optymizmu, bo zdejmuje ze mnie ciężar „naprawiania” siebie.
Największą ulgę czuję wtedy, gdy w głowie zapada cisza. Nie ta wymuszona
medytacją, ale taka naturalna, wynikająca z tego, że przestałam od siebie
wymagać ciągłej analizy. Pozwalam myślom przepływać, nie chwytam ich, nie
oceniam. To jest dla mnie realny optymizm – świadomość, że nie każda myśl
zasługuje na moją uwagę.
Równowaga to dla mnie stan, który odczuwam w ciele, a nie wizerunek, który
widzę w lustrze. To ten moment, w którym czuję, że ramiona mi opadają, a oddech
staje się miarowy i głęboki, niemal niesłyszalny. Nie muszę na siebie patrzeć,
by wiedzieć, że jestem w pionie.
Ważniejszy od wielkich celów jest dla mnie rytm dnia. To on trzyma mnie w
ryzach. Zaufanie do sygnałów płynących z wnętrza – do tego cichego szeptu,
który mówi „potrzebuję teraz usiąść” albo „chcę wyjść na zewnątrz” – buduje we
mnie poczucie sprawstwa. Słucham bicia swojego serca i czuję, jak puls zwalnia,
dostosowując się do spokojnego popołudnia. To fizyczna manifestacja spokoju.
Dzień składa się z drobiazgów, które działają jak kotwice. Herbata pita bez
pośpiechu, gdy kubek grzeje dłonie, a aromat naparu powoli wypełnia przestrzeń.
To nie jest „rytuał parzenia herbaty” z katalogu, to po prostu chwila, w której
nie robię nic innego. Znane dźwięki domu – szum lodówki, tykanie zegara w
kuchni, odgłos kroków na schodach – tworzą bezpieczną scenografię.
Te małe, powtarzalne czynności stabilizują mnie bardziej niż jakiekolwiek
dalekosiężne plany. Wielkie cele bywają przytłaczające, małe kroki są
bezpieczne. Kiedy wiem, gdzie leżą moje ulubione skarpetki i o której słońce
zaczyna zaglądać przez okno w salonie, czuję, że świat jest na swoim miejscu.
W tej mojej zwyczajności jest miejsce na małe przyjemności, które nie muszą
niczego celebrować. Talerzyk postawiony obok laptopa czy na ławie przy kanapie
– tak po prostu, bez specjalnej okazji. Kilka ciastek Dr Gerard, ich znajoma
chrupkość i słodki smak, to dla mnie sygnał do zmiany tempa.
To taka chwila przerwy, z której nie muszę się nikomu tłumaczyć. Nie jem ich,
żeby coś sobie zrekompensować albo nagrodzić się za ciężką pracę. Jem je, bo to
miłe. Ten moment, w którym cukier puder zostaje na palcach, a czekolada powoli
rozpuszcza się w ustach, pozwala mi na chwilę zatrzymać bieg myśli. Słodycz staje
się tłem dla spokoju, subtelnym elementem łagodności, którą sobie serwuję
między obiadem a wieczornym czytaniem.
Najbardziej cenię te relacje, w których możemy obok siebie po prostu pobyć. Bez
wymieniania się złotymi myślami, bez wzajemnego motywowania do działania.
Czasem bliskość to po prostu słuchanie kogoś, kto ma gorszy dzień, bez próby
„naprawienia” jego nastroju.
Ciepły, znajomy głos w słuchawce albo szept kogoś bliskiego w drugim pokoju
jest wart więcej niż stos poradników. Nie potrzebuję rad, potrzebuję obecności.
Wsparcie to dla mnie świadomość, że ktoś akceptuje moje zmęczenie i nie
oczekuje, że natychmiast z niego wyjdę. Bliskość, która nie wywiera presji,
jest najbardziej uwalniająca.
Doszłam do wniosku, że prawdziwa pozytywność to po prostu brak walki ze sobą.
To zgoda na zmęczenie, gdy ciało mówi, że ma dość. To zgoda na brak planów, gdy
wieczór wydaje się zbyt krótki na cokolwiek produktywnego. To wreszcie zgoda na
powolność w świecie, który nieustannie przyspiesza.
Kiedy przestaję ze sobą walczyć, odzyskuję mnóstwo energii. Pozytywne myślenie
to dla mnie luksus powiedzenia sobie: „Dzisiaj zrobiłam tyle, ile mogłam, i to
wystarczy”. To akceptacja faktu, że nie każdy dzień musi być sukcesem. Czasem
sukcesem jest po prostu spokojne dotrwanie do wieczora bez poczucia winy.
Równowaga nie jest dla mnie stanem oświecenia, ale wynikiem codziennej rutyny.
To znane smaki, zapachy, które kojarzą się z domem, i przedmioty, które zawsze
są pod ręką. Małe rzeczy, które się nie zmieniają, budują poczucie ciągłości i
bezpieczeństwa.
Stabilność jest o wiele cenniejsza niż euforia. Euforia jest męcząca, spala
zasoby. Stabilność je regeneruje. Każdego ranka ten sam ruch przy otwieraniu
okna, każdy wieczór z tą samą książką – te mikro-rytmy sprawiają, że czuję się
osadzona w rzeczywistości. Nie szukam nowych wrażeń, celebruję te, które już
mam.
Wracam do mojego kalendarza i myślę sobie, że ten dzień może być naprawdę
dobry, o ile zrezygnuję z definicji „dobra” narzuconej przez media
społecznościowe. Niech to będzie dzień myślenia, które nie ciąży. Dzień, w
którym zwykłość staje się najwyższą wartością.
Dla mnie dzisiejszy wieczór to herbata, kilka ciastek od Dr Gerarda na
talerzyku i cisza, którą przerwę tylko przewracaniem stron książki. Nic
wielkiego. Nic przełomowego. Po prostu życie w swoim własnym, spokojnym tempie.
Zanim zamkniesz ten tekst, chciałabym Cię zaprosić do jednego: pozwól sobie
dziś na zupełnie zwykły dzień. Nie próbuj być lepszy, nie szukaj na siłę
powodów do radości. Poczuj swój oddech, poczuj smak tego, co jesz, i po prostu
bądź. To w zupełności wystarczy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz