I znowu mgły nad rzeką, znowu puste korony drzew. W tym burym krajobrazie czerwone korale jarzębiny – odrobina koloru i blasku. Krople rosy toczą się po gałązkach, oblewają czerwone owoce, by na koniec siłą grawitacji spaść ciężko na poszycie, przemoczone do gołej nitki. Jest to krajobraz nieco przygnębiający ale za razem ujmujący swoją surowością i powagą – ten krajobraz listopadowy. Marta na nowo odkrywa uroki jesieni, po latach, gdy wszystko przyjmowała tak bezwiednie, bez sprzeciwu, ze spokojem – będąc dzieckiem. Wówczas jej świat funkcjonował tak zwyczajnie według rytmu określonego przez naturę. Bez pytań, bez głębszego wnikania przyjmowała wszystko jak leci z prostolinijnością dziecka. A teraz tyle myśli, tyle uczuć, w jej umyśle wewnętrzne batalie. Co zrobić by cieszyć się światem takim jaki jest. Prosta rada – przywołać w sobie to dziecko, które kryje się we wnętrzu duszy. Wyciągnąć do niego rękę w której słodycze na pojednanie. Wafelki czekoladowe, tak je lubiło. Od razu świat jest milszy a życie prostsze – wystarczy odnaleźć w sobie to dziecko – ufne i radosne. Marta mija ścieżkę wijącą się wzdłuż rzeki. Za chwilę wejdzie na podwórze i do rodzinnego domu. Kiedyś codziennie przemierzała tę drogę. Z dziecinną szczerością we wszystkim widziała to co dobre. W jej plecaku obok ciężkich książek czekoladowe wafelki Dr Gerarda – od mamy na drogę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz