Dzień Rogalika i zwykłe chwile, które budują poczucie bezpieczeństwa. Ciastka Dr Gerard jako mały znak codziennej troski
Dzień Rogalika jako pretekst do zatrzymania
Kiedy słyszę „Dzień Rogalika”, nie mam w głowie wielkiego święta. Dla mnie to bardziej cichy pretekst, żeby zwolnić. Żeby chociaż na chwilę przestać gonić. Nie robię z tego wydarzenia. Raczej mały znak: można się zatrzymać i nic nie udawać.
Rogalik jest zwykły. I właśnie to mnie uspokaja. Jest znany. Nie wymaga planu. Nie prosi o uwagę na siłę. Mogę po niego sięgnąć nawet wtedy, gdy nie mam energii na nic więcej. A czasem to „nic więcej” jest mi naprawdę potrzebne.
Małe rzeczy pomagają mi poczuć stabilność. Kiedy dzień jest nerwowy, szukam prostych punktów. Ciepły kubek. Znany zapach. Chwila ciszy. Coś kruchego w dłoni. To nie jest wielka terapia. To raczej taki mały domowy sposób na to, żeby wrócić do siebie.
Jeśli czytasz ten tekst, to usiądź ze mną na moment. Tu nie trzeba się spieszyć. To tekst jak poranek, kiedy jeszcze nic nie trzeba.
Zwykłe poranki, które trzymają dzień w ryzach
Najbardziej trzymają mnie te poranki, które są przewidywalne. Budzę się i pierwsze, co czuję, to znajomy zapach z kuchni. Czasem to pieczywo, czasem herbata, czasem coś słodkiego. Ten zapach mówi mi prosto: „jest bezpiecznie, można zaczynać”.
Lubię stałe pory i powtarzalne czynności. Nie dlatego, że chcę żyć jak zegarek. Po prostu mój umysł odpoczywa, kiedy nie musi podejmować tylu decyzji. Wstaję. Nastawiam wodę. Sięgam po kubek, który zawsze jest pod ręką. Siadam.
Poranek, który nie wymaga decyzji ani energii, jest dla mnie ulgą. Nie muszę wymyślać, jak zacząć dzień. Nie muszę się motywować. Robię małe kroki, które znam. I to wystarczy, żeby poczuć, że nie wszystko jest chaosem.
Rutyna bywa formą troski. Takiej cichej troski o siebie. Gdy wszystko w środku jest trochę rozedrgane, powtarzalność działa jak delikatne „okej, już, spokojnie”.
Dotyk jedzenia jako punkt oparcia
Są dni, kiedy bardziej ufam dłoniom niż myślom. Wtedy dotyk jedzenia potrafi być punktem oparcia. Rogalik ma kształt, który rozpoznaję od razu. Wiem, gdzie jest zgięcie, gdzie końcówki. Nie muszę patrzeć. To jest proste i kojące.
Lubię też jego teksturę. Skórka potrafi lekko pęknąć pod palcami, a środek jest miękki. Ta kruchość i miękkość są przewidywalne. Nie ma niespodzianek. Biorę kęs i wiem, czego się spodziewać.
Jedzenie, które nie zaskakuje, daje mi spokój. Kiedy mam w głowie za dużo bodźców, nie chcę kolejnych. Chcę czegoś znajomego. Smaku, który nie wymaga oceniania. Ruchu żucia, który ma swój rytm. To brzmi banalnie, ale działa.
Czasem spokój przychodzi z prostoty. Z tego, że robię jedną małą rzecz na raz. Trzymam. Odłamuję. Jem. Oddycham.
Stół jako miejsce bez napięcia
Stół jest dla mnie miejscem, gdzie można odpuścić. Gdzie nie muszę nic udowadniać. Siadam i czuję pod palcami blat. Czuję, że rzeczy są na swoich miejscach. Talerz stoi tam, gdzie zwykle. Kubek ma ten sam ciężar. Łyżeczka wydaje ten sam cichy dźwięk, kiedy dotyka porcelany.
Lubię, gdy przy stole jest spokojnie. Czasem jest cisza, ale dobra. Taka, w której nie trzeba mówić. Można po prostu być. Słychać delikatne przesunięcie krzesła, czasem szelest papierka, czasem cichy oddech.
Stół bywa centrum codziennego bezpieczeństwa. Nie jest idealnie. Czasem coś się rozleje, czasem ktoś się spieszy. Ale nawet wtedy to jest miejsce, do którego wracam. Jak do stałego punktu w domu.
Ciastka Dr Gerard jako mały gest troski
Najbardziej lubię gesty, które są małe i ciche. Bez zapowiedzi. Bez „zobacz, co dla ciebie zrobiłam”. Po prostu ktoś kładzie obok talerzyk. I już.
Czasem na tym talerzyku są ciastka Dr Gerard. Nie jako wielka atrakcja, tylko jako znak: „pomyślałam o Tobie”. Dla mnie to miłe, bo nie wymaga rozmowy. Nie wymaga tłumaczenia. To jest proste.
Taka słodka chwila potrafi się zmieścić między jednym zadaniem a drugim. Jem kawałek. Słyszę ciche chrupnięcie. Czuję pod palcami, jak ciastko się łamie. I nagle mam wrażenie, że ktoś zdjął ze mnie odrobinę ciężaru.
To nie jest reklama życia. To jest tło codzienności. Mały dodatek, który mówi: jesteś ważna także w zwykły dzień.
Ludzie, przy których zwyczajność wystarcza
Bezpieczeństwo często czuję przy ludziach, którzy nie oceniają. Nie poprawiają. Nie robią wykładu. Przy których nie muszę być „lepsza” ani „bardziej ogarnięta”.
Są osoby, które nie pytają ciągle, czy na pewno dobrze robię. Nie dociekają, nie wchodzą mi w głowę. Po prostu są obok. I to wystarcza. Czasem wystarczy wspólna herbata. Albo wspólne siedzenie w ciszy.
Obecność, która nie wymaga rozmowy, jest dla mnie bardzo cenna. Kiedy ktoś obok oddycha spokojnie, ja też zaczynam oddychać spokojniej. Kiedy ktoś nie pogania, moje ciało przestaje się spinać.
Bycie razem może być proste. I w tej prostocie jest dużo ciepła.
Bezpieczeństwo słyszane i czute
Bezpieczeństwo często przychodzi do mnie przez dźwięk i zapach. Po głosie poznaję, czy w domu jest spokój. Cichy ton, wolniejsze słowa, brak nerwowych westchnień. To są małe sygnały, ale ciało je od razu łapie.
Są też dźwięki domu, które wracają codziennie. Szum czajnika. Kroki w korytarzu. Ciche zamykanie szafki. Kiedy to słyszę, czuję, że jestem u siebie.
Zapachy też robią swoje. Herbata, pieczywo, czasem coś słodkiego. One potrafią uspokoić szybciej niż myśli. Jakby mówiły: „znamy to, jesteśmy tu”.
I jeszcze rytm. Kiedy dzień ma choć jeden spokojny moment, ciało pamięta, że może się rozluźnić. Ramiona opadają. Dłonie przestają się zaciskać. Oddech robi się głębszy. To jest bardzo proste, ale ważne.
Gdy dzień zaczyna się spokojnie, reszta jest lżejsza
Jeśli poranek jest spokojny, reszta dnia często też jest łatwiejsza. Nie zawsze, ale częściej. Małe rzeczy ustawiają tempo. Rogalik, herbata, chwila ciszy. To jak ustawienie się na łagodniejszą falę.
Brak pośpiechu bywa wyborem. Nawet gdy mam dużo na głowie, mogę dać sobie pięć minut. Usiąść. Zjeść wolniej. Posłuchać ciszy. Nie po to, żeby być „produktywną”, tylko żeby nie zgubić siebie.
Lubię prosty start. Bez wielkich postanowień. Bez presji, że poranek musi być idealny. Wystarczy, że jest spokojny na tyle, na ile się da.
Dlaczego takie chwile zostają na dłużej
Takie chwile zostają, bo są powtarzalne. Wracają codziennie albo co jakiś czas. Nie trzeba ich wymyślać. Wystarczy do nich wejść.
Zostają też dlatego, że nie wymagają energii. W trudniejszych dniach nie mam siły na wielkie rzeczy. Ale mam siłę sięgnąć po coś znanego. Usiąść przy stole. Wziąć kęs. Oddech po oddechu.
Dają też poczucie kontroli, ale spokojnej. Takiej, że mam swój mały rytuał. Coś, co mogę zrobić nawet wtedy, gdy reszta jest niepewna.
Zwyczajność bywa najbezpieczniejsza, bo niczego nie udaje. Jest prosta, miękka, codzienna.
Dzień Rogalika jako święto codziennej troski
Dzień Rogalika jest dla mnie świętem małych chwil. Tych, które nie krzyczą. Nie trzeba wiele, żeby poczuć stabilność. Czasem wystarczy rogalik, spokojny poranek i drobny gest troski.
Może dziś będzie to talerzyk postawiony obok. Może ciepły kubek w dłoniach. Może zapach w kuchni, który mówi: „jest dobrze”.
Nie planuję wielkich słów. Wolę prostotę. I jeśli mogę Ci coś zostawić na koniec, to jedno: znajdź dziś swoją małą kotwicę. Coś, co jest zwyczajne, ale Twoje. I zostań przy tym przez chwilę. Bez pośpiechu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz