Niespodziewana rzeczywistość.
Przykrą, bolesną niespodziankę zafundował mi mój pies przewodnik. Pies jest specjalnie wyszkolony, wykonuje wydane głosem i gestem. Jego zadaniem jest bezpiecznie poprowadzić mnie do wyznaczonego celu. Szliśmy prawidłowo ulicą, pies był „w pracy” więc w specjalnej uprzęży (w szorkach). Nagle gwałtownie, z dużą siłą szarpnął mnie w lewą stronę. Nie zdołałam utrzymać równowagi i z całym impetem runęłam na chodnik. Poczułam obezwładniający ból w prawym barku i łokciu. Nie mogłam sama podnieść się z upadku. Pomogli przechodnie. Pies został surowo skarcony, ale zło już się stało. Wróciłam do domu, wezwałam taksówkę i pojechałam na izbę przyjęć do szpitala. Tam zastałam długą kolejkę oczekujących na pomoc medyczną. Zaostrzone przepisy w związku z rozprzestrzeniającym się wirusem, więc cała standardowa procedura zgłoszenia wypadku trwała znacznie dłużej. Po trzech godzinach oczekiwania byłam potwornie zmęczona i głodna. Jakaś kobieta zaproponowała mi kupno kawy z automatu i jakiejś słodkiej przekąski w szpitalnym sklepiku. Chętnie się na to zgodziłam. Po kilku minutach trzymałam w dłoniach gorący kubek z czarną kawą i świetne herbatniki Animals z polewą czekoladową od Dr Gerarda. To choć na chwilę pozwoliło mi odwrócić uwagę od rwącego bólu mojego ramienia. Pyszne słodycze od Dr Gerarda nie po raz pierwszy poprawiły mi nastrój. Postanowiłam w drodze powrotnej uzupełnić zapas słodyczy, takich jak: draże i pryncypałki o nowym orzechowym smaku. Po badaniach, konsultacji z lekarzem ortopedą, z receptą w kieszeni taksówką podjechałam do apteki. W sklepie obok kupiłam ulubione słodycze a potem tą samą taksówką wróciłam do domu. Pies cieszył się z mojego powrotu, ja jednak nie miałam ochoty na zabawę z nim.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz