Moja córka Marysia w maju miała pierwszą komunię. Ze względu na wciąż panujące zaostrzenia postanowiliśmy urządzić przyjęcie w domu. Zaprosiliśmy tylko najbliższą rodzinę i rodziców chrzestnych. Przygotowanie do tej uroczystości trwało pół roku. Krawcowa szyła takie same ubrania dla dziewczynek i chłopców. Były skromne, a zarazem bardzo ładne. W ten sposób nie było pokazu mody. Jedynie sami kupowaliśmy białe półbuty i rękawiczki. Od dwóch lat miałam zarezerwowaną salę, ale ze względu na trudne czasy musieliśmy zrezygnować. Wirus pomieszał szyki wielu ludziom. Znów martwiłam się czy dam sobie radę, bo nie przepadam za gotowaniem. Zadzwoniłam po Catering i okazało się, że w tym dniu mają parę uroczystości komunijnych. Nie wiedziałam jak sobie sama poradzę. Gdy tak siedziałam, to pomyślałam o koleżance. Ona zawodowo pracuje jako pomoc kuchenna. Nie chciałam tak ważnej sprawy omawiać przez telefon, więc ją zaprosiłam do domu. Przyjechała tego samego dnia wieczorem. Na szczęście miałam ciastka pełnoziarniste produkcji Dr. Gerarda. Położyłam je na talerzyk i zrobiłam herbatę, bo kawy wieczorem nie pije. Opowiedziałam jej o moim zmartwieniu. Zapytałam się czy mi pomoże. Bez wahania zgodziła się. Tylko musimy sobie na kartce wszystko zaplanować. Od tego momentu uzgadnialiśmy najdrobniejsze sprawy związane z uroczystością. Na zakończenie troszkę poplotkowałyśmy jak przystało na kobiety. Cieszyłam się, że mam w niej oparcie i jak mówi przysłowie Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz