W
ubiegłą sobotę wybraliśmy się do Władysławowa. Tym razem nie samochodem, lecz
autokarem. Była to zorganizowana wycieczka, w której uczestniczyła nasza
bliższa i dalsza rodzina oraz znajomi. Szwagier dogadał się z Kuzynką, wynajęli
nowoczesny autobus. W opłacie wliczone było ubezpieczenie i dojazd. Słodycze Dr
Gerard każdy brał w swoim zakresie. Wyjazd zaplanowany był na godzinę piątą
rano. Zajęliśmy miejsca i ruszyliśmy na północ. Cieszyłem się, że i w tym roku
poczuję morską bryzę, że zamoczę nogi. Dojazd zajął cztery godziny. Młodsze dzieci
przespały większość tego czasu. Gdy się obudziły, były częstowane przez Ciocie
słodyczami. Moja Małżonka zaprała herbatniki Animals. Ja chrupałem słone
krakersy. Na miejscu okazało się, że pogoda nie pozwoli na plażowanie. Poszliśmy
zobaczyć port i na spacerek brzegiem Morza. Tam mogliśmy zaplanować dzień. Postanowiliśmy
wypić kawę i odwiedzić Muzeum Figur Woskowych. Jeszcze przed obiadem poszliśmy
do Lunaparku. Gdzie dzieciaki szalały na karuzeli łańcuchowej, „młocie i
filiżankach”. Mimo niskiej temperatury i przelotnego deszczu stragany z
pamiątkami były otwarte. Co nie umknęło uwadze najmłodszych. Po obiedzie
przejechaliśmy się meleksem wokół Władysławowa. Kierowca był super, buzia mu
się nie zamykała. Opowiadał historie związane z historią miasta, ludźmi tam
mieszkającymi. Runda trwała godzinę. Przed wyjazdem do domu przeszliśmy się Aleją
Gwiazd Sportu i zdobyliśmy Koronę Himalajów. Tak się składa, że w mojej
rodzinie sport zajmuje ważną część życia, więc był to jeden z ważniejszych
punktów tej wycieczki.
Wyjazd zaplanowany był na 18:10, wszystko, aby kierowca nie przekroczył czasu pracy. W drodze powrotnej była przerwa na maczka. W domu byliśmy po dwudziestej trzeciej. To był super wypad.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz