Choć minęło od tej
pory sporo czasu, to moment w którym poznaliśmy się z Mieczysławem, raczej pamiętam
dobrze. Początkowo nie wiedziałem od czego zacząć z nim rozmowę, ale po chwili
postanowiłem że zacznę od zapytania go wprost:
- Dlaczego mówią na
ciebie – „Rudy”, skoro nie widać na tobie ani jednego włosa poza czarnymi. Chyba
nawet nie ma jednego siwego… Farbujesz się czy jak?
Spojrzał na mnie
przymrużonym okiem, lekko ruszył wąsem, wziął do ust nadłamany kawałek ciastka -
torcik zbożowy, firmy Dr Gerard – i zrewanżował się pytaniem:
- Marek nie
opowiedział ci?
- Z Markiem to można
rozmawiać o sprawach bieżących… O tym co robił, jak robił, co ma jeszcze
zrobić, co ma kupić i do czego jest to jemu potrzebne. Ale nie o takich
sprawach! Zresztą nie pytam ciebie z jakiejś dociekliwości, tylko że jestem po
prostu zaskoczony – z czystej ciekawości. Ot – po prostu, bo to dla mnie jest
dziwne…
Mieczysław lekko
się uśmiechnął. Popatrzył spokojnie w na mnie – a ja tym razem sięgnąłem w
kierunku smakołyków leżących na stole. Zastanawiałem się nad tym które mam
wziąć - ciastka rurki waflowe Rolls Rolls, czy Pryncypałki o nowym orzechowym
smaku… Wziąłem zatem po jednym z obu. Draże zostawiłem dla Marka, bo lubi się
nimi bawić… to znaczy – podrzuca i łapie je do ust.
W pewnej chwili,
kilka metrów od nas pojawił się w ogrodzie, nieodzowny przyjaciel Marka a
zarazem jego wierny żołnierz – mały kolorowy i niezwykle zadziorny kogut - liliput.
Zaczął on piać co chwilę, miał opuszczone skrzydła, co chwilę opuszczał swój
łeb, udając że niby coś dziobie. Chodem półkolistym – odwracając się to w jedną,
to w drugą stronę, bez przerwy przybliżał się do nas. Dobrze zdawałem sobie
sprawę z tego, że jeśli szwagier nie pojawi się zaraz, to może dojść do jakiejś
nieprzyjemnej sytuacji…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz