Po dwóch dniach odjechała siostra Kasia ze szwagrem zostawiając dzieci. Wcześniej uzgodniliśmy, że ja opiekuje się przez tydzień, potem ona do nas przyjeżdża. Na samym początku powiedziałam, że codziennie ścielą swoje łóżka, sprzątają w pokoju. Pomagają przy posiłkach. Zaplanowałam dla nich gry planszowe, malowanki, klocki. Nawet często się razem z nimi bawiłam. Także codziennie wychodziliśmy na spacer, chociaż nie za bardzo chcieli wychodzić z domu. Trasa spaceru nie zmieniała się, bo było mokro. Wieczorem czytałam im bajki. Chciałam, aby zainteresowali się czytaniem książek. W epoce komputerów, komórek ciężko nawet dzieci zachęcić do czytania, a szkoda. Przez ten tydzień planowałam cały swój drogocenny czas poświęcić pociechom. Nawet nie piekłam ciastek, tylko kupowałam smakołyki produkcji Dr. Gerarda. Najbardziej znikały z talerza pryncypałki. Pod koniec tygodnia spadł śnieg. Radość maluchów nie było końca. Mąż pożyczył na parę godzin prawdziwe sanie z koniem od znajomego. Ze względu na pandemię nie ma chętnych na jazdę. Dzieci ubrałam w ciepłe ubrania i przez dwie godziny jeździliśmy saniami. Robiliśmy pamiątkowe zdjęcia. Na koniec podjechaliśmy w umówione miejsce i oddaliśmy sanie. Do domu wracaliśmy na piechotę około dwa kilometry. Maluchy trochę narzekały, ale dochodząc do domu chciały jeszcze zostać na podwórku. Nie wyraziłam zgody i wszyscy weszliśmy do domu. Podałam im gorącą zupę pomidorową z ryżem. Na drugie danie wymyśliłam naleśniki z dżemem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz