Każdy dzień Zuza rozpoczyna tak samo. Prosto z łóżka podbiega do okna w nadziei, że tym razem ujrzy świat oprószony białą warstwą śniegu. Tymczasem kolejny dzień ferii zimowych mija bez odrobiny tego białego, zimnego puchu. Ferie bez śniegu, bez sanek i bałwana – cóż to za ferie – żali się dziewczynka. Babcia nie chce widzieć smutku na twarzy wnuczki. Próbuje Zuzę czymś zająć, zainteresować – opowieści o dawnych czasach, gdy babcia była dzieckiem tym razem nie wciągają. Wspólne lepienie pierogów – to nudy. Rozkaprysiło się dziecko na dobre. Gdyby był tatuś to by coś wymyślił. Pojechaliby do stadniny pojeździć na koniku lub przynajmniej zagraliby w państwa-miasta i byłoby ciekawie. Jednak tato musi zadbać o swoje zdrowie – to najważniejsze. Zuza zamknęła się w swoim pokoju i popłakuje. Piątkowe popołudnie ciągnie się bez końca a z każdą minutą dziewczynce coraz trudniej. Nadciągnął wieczór ciemny i długi. Cóż robić ma Zuza sama jak palec na świecie. Nagle dziecko słyszy kroki na pustym podwórzu – hałas i śmiechy. To dopiero niespodzianka! Marta i Ola wchodzą do domu a wraz z nimi radość i szczęście. Twarz Zuzy odmieniona – jasna, rozpromieniona. Smutki i dąsy odeszły w niepamięć jak za dotknięciem różdżki. Teraz nastał czas na zabawę, na gry i rozmowy oraz na słodycze, które przywiozły dziewczęta. Słodycze od Dr Gerarda – biszkopty, draże, herbatniki – dobre jak zawsze na otarcie dziecięcych łez oraz gdy potrzeba energii do niekończącej się zabawy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz