poniedziałek, 15 marca 2021

Naturalne choć dziwnie nazywające się zagęstniki.

           Życie w moim domu powoli wraca do normalności. Dzieci biorą udział w zajęciach szkolnych, tylko małżonka ma jeszcze przymusową kwarantannę w pracy. Taka polityka jej zakładu. Jednak przyzwyczajony jestem do tego, że wszyscy wychodzą z domu a ja wykonuję to, co do mnie należy. Teraz muszę liczyć się z obecnością innych. Za głośno słucham muzyki, telewizor okupuje moja ślubna, łazienka wiecznie zajęta. O poborze prądu boję się myśleć. Muszę nawet pilnować moich słodyczy „dr Gerard”, bo mi wyjadają. Jak kupię rurki z kremem czy markizy, to dzielę równo. Tylko ja zjadam powoli, delektując się a moi kochani zjedzą swoje a potem czają się na moje. Najbardziej drażni mnie przywoływanie, mężu chodź na chwilę, Leszek otwórz słoiki, przynieś z piwnicy. A chory jestem jak moja miłość robi obiad i prosi bym zrobił „zaklepkę” lub zasmażkę. Przecież to nic trudnego. Ostatnio chciała zasypać mi zupę mąką ryżową, bo mamusia tak robiła. Zdenerwowałem się, że niedługo to wodorosty mi dołoży. Nie wiedziała, o co mi chodziło, tłumaczyłem o Agar-Agar azjatyckich wodorostach. W złości kazałem jej poczytać w necie o naturalnych zagęszczaczach. Uniosła się honorem, wzięła swoje Pryncypałki Black&White – nowość Dr Gerard, komputer i poszła do małego pokoju. Mój spokój nie trwał długo. Przyszła po kilku minutach i oznajmiła mi, że miała rację z mąką ryżową. Pokazała mi listę naturalnych zagęszczaczy, wypisała: skrobię, żelatynę, mąkę ryżową oraz takie nazwy, co brzmiały znajomo i takie, których bałbym się wymówić, a co dopiero dodać do zupy czy sosu. Mąka migdałowa czy mąka jaglana to nazwy pospolite, ale guma guar, inulina z agawy czy maranta trzcinowa, to dla mnie horror. Okazało się, że można je kupić na rynku, że są zdrowe i mają wartości odżywcze, cukry, błonnik i są stosowane w dietach. To nie moja bajka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz