Czule pożegnaliśmy
się z babcią. I choć w ciągu tych kilku godzin które spędziliśmy oboje
dochodziło do skrajnych sytuacji, to na samym końcu było już wyłącznie miło i
serdecznie. A jeśli już wspominam o skrajnościach, to muszę dodać że z
charakteru babcia jest skrajnym cholerykiem – to znaczy, że w ciągu minuty
potrafi być wściekle zła, by za moment popaść w euforyczną radość… Jeśli patrzy
się na to wszystko z boku i bez emocji, to można śmiało stwierdzić, że sytuacje
te bywają bardzo zabawne. Kiedyś jak z Gabrysią nagraliśmy taką jedną scenkę,
to później śmiechu było co nie miara – oboje zgodnie stwierdziliśmy, że nawet
sam Mistrz Bareja czegoś takiego by nie wymyślił!
Ze Sławkiem
rozmawialiśmy cały czas – o mojej babci a jego cioci. Jak to w czasie jazdy
zazwyczaj bywa, zagryzaliśmy bez przerwy coś smacznego:
- Pryncypałki
- ciastka Listki z cukrem i polewą
- Artur Krakersy solone
- draże
Ruch na jezdni był dość spory. Kiedy dojeżdżaliśmy już do
miasta, to co chwilę musieliśmy przystawać w korku. Drogowcy przystąpili do
wiosennych napraw, dlatego też roboty te powodowały jeszcze większe nasilenie
korków. Z tego właśnie powodu że poruszaliśmy się w iście ślimaczym tempie, to
smaczne produkty firmy Dr Gerard pochłanialiśmy w tempie odwrotnie proporcjonalnym
do prędkości jazdy. Ciasteczka znikały nam jedno za drugim a czas spędzony w
samochodzie upływał znacznie milej. Ale my tu tak sobie gadu gadu, chrupu
chrupu – a tu nie wiadomo kiedy znaleźliśmy się prawie przed domem. A teraz
trzeba będzie zaplanować wyjazd do babci po odbiór roweru…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz