Witam.
W poprzednim poście zaczęłam opowiadać o mojej rabarbarowej przygodzie.
Pojechałam na wieś do mojej cioteczki z ciasteczkami Listkami kruchymi ,,Dr
Gerard”. Cioteczka nakarmiła mnie solidnie, i poprosiła abym przyniosła
rabarbar. Kiedyś wiedziałam jak wygląda, ale zamiast niego znalazłam trzy ule.
Ze zwykłej ciekawości zachciało mi się do jednego z nich zajrzeć. Wydawało mi
się, że jest pusty, nic nie słyszałam. Zjadłam ostatnie ciasteczko Listek
kruchy ,,Dr Gerard”, i walczyłam z daszkiem od ula. Na chwile zostawiłam ul w
spokoju i poszłam dalej, sprawdzić gdzie rośnie rabarbar. Zobaczyłam duże,
bardzo duże liście. Nacięłam kilka, ale nie próbowałam łodyg, tylko położyłam
je na kupkę. I dalej poszłam do uli. W końcu coś drgnęło. Tylko tyle, że ruszyłam
nie ten co ostatnio. Byłam pewna że jest pusty. Nagle wielki usłyszałam szum.
Tego nie da się opisać. Stanęłam jak wryta, ale na sekundę i w nogi. Gdyby ktoś
mi mierzył czas, to rekord miałabym jak w banku. Wleciałam z wrzaskiem do domu.
Wujek pobiegł do uli. Coś złapał, i
zaczął odstraszać pszczoły. Ze dwa żądła miałam na szyi. Ciocia się śmiała,
wujek mniej był zadowolony. Jednak kiedy
przyniósł z sadu, wycięty prze zemnie rabarbar to także zaczął się śmiać. Stwierdził
tylko, ze z tego rabarbaru ani kompotu, ani ciasta nie będzie. Narwałam
jakiegoś chwastu. Mam nauczkę, ciekawość kosztuje kilka żądeł pszczelich.
Pozdrawiam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz