Bieg karnawałowy.
Uważam, że taki bieg to fajna sprawa. Możemy się
solidaryzować z osobami przestrzegającymi zdrowy tryb życia jednocześnie świetnie
się bawiąc. Na sportowe wygodne stroje
pozakładaliśmy wesołe, a jednocześnie swobodne w kroju przebrania takie jak peleryny, nakrycia
głowy, togi. Wszyscy wyglądali kolorowo, karnawałowo. Były nawet boa i ogony ze
sztucznych piór. Wyobraźnia co u niektórych wręcz szczytowała, hihihi. Ja byłam
przebrana za arlekina, Filip za cyrkowego klauna. Atmosfera radości,
podniecenia była wprost wyczuwalna. Biegowi ulicami miasta towarzyszyła karnawałowa
muzyka. Brzmiała nienajlepiej odtwarzana z ulicznych głośników. Najważniejsza
jednak była sama zabawa. Udowodniliśmy, że można czas karnawału spędzić na
świeżym powietrzu dobrze się bawiąc. Niekoniecznie potrzebna jest do tego sala,
tony jedzenia i alkoholu. Trasa biegu miała około 10 kilometrów. Każdy biegł
swoim tempem. Nie było pokonanych, ani zwycięzców. To był sprawdzian nas
samych, takie małe Rio. Udział w tym biegu był nagrodą samą w sobie oraz fantastyczną
zabawą. Kilka spontanicznych wiwatów
kibicujących mieszkańców naszego miasta i pamiątkowe zdjęcia, od to wszystko.
No, ale jaka niezwykła przygoda… Na mecie czekał na nas ogromny namiot ze
smacznym poczęstunkiem. Były termosy z
kawą, z herbatą, butelki z wodą mineralną, mnóstwo przepysznych ciasteczek z
firmy Dr Gerard. Ja oczywiście nie omieszkałam poczęstować się markizami
mafijnymi choco i pryncytorcikiem. Filip preferował witam ciastka na dzień
dobry. Ustawiliśmy się w kolejce po rozgrzewający żurek. Miłą niespodzianką
było opakowanie zwierzaków wielo zbożowych wydawanych razem z porcją zupy. No
no, nadal królowała zasada zdrowego trybu życia. Tak spędzona niedziela
zapadnie na długo w mej pamięci.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz