W sobotę wybrałam się na zakupy do pobliskiej Biedronki. W
tym czasie padał marznący deszcz powodujący gołoledź. Powstała szklanka na
chodnikach. Z ledwością mogłam utrzymać się na nogach, chociaż miałam porządne buty
trapery. W kieszeni zabrzęczał głośno telefon. Powoli idąc przystawiłam
słuchawkę do ucha. To dzwonił mąż Marek z poleceniem kupienia dodatkowych
rzeczy. W trakcie rozmowy przez sekundę zapomniałam, że jest bardzo ślisko.
Straciłam równowagę i upadłam na plecy, a komórka wypadła mi z ręki. Nie mogłam wstać, bo byłam obolała. Nikogo nie było w pobliżu. Z wielkim trudem
podniosłam komórkę, a potem wstałam.
Bolała mnie bardzo głowa i ręka w łokciu promieniująca do barków. Bałam się
ruszyć, by znów nie upaść. Zadzwoniłam do męża opowiadając mu moją obecną
sytuacje. Zdenerwowany krzyczał na mnie, że nie powinnam rozmawiać przez
komórkę idąc w wyjątkowych warunkach.
Dopiero przypomniałam mu, że przecież on dzwonił. Jakbym nie odebrała, to też
by miał pretensje. Podrażniona przerwałam
głupią gadkę. Zawroty głowy jeszcze bardziej nasilały się. Przez parę minut
liczyłam na telefon od męża. Telefon milczał jak zaklęty. Usłyszałam jak ktoś
idzie powoli w moją stronę. Moja głowa nie pozwoliła na obrót w lewo, ani w
prawo. Ktoś mnie objął poznałam męża. Potem już nic nie pamiętam. Dopiero
odzyskałam przytomność w szpitalu. Na stołku siedział zatroskany małżonek.
Przed chwilą mnie przywieźli i prawdopodobnie nam wstrząs mózgu. Natomiast ręka
jest silnie stłuczona. Zostałam na obserwacji parę dni. W tym czasie powinnam
jak najwięcej odpoczywać. Codziennie przychodził Marek przynosząc mi moje
ulubione ciasteczka produkcji Dr. Gerarda o nazwie Witam Ciastka na dzień dobry. To one pomogły mi choć trochę zapomnieć o
smutnych przeżyciach
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz