poniedziałek, 15 maja 2017

Trafność przypadku




   Nadszedł czas przygotowań do świąt. Jak co roku, trzeba było zrobić jakiś plan, listy potraw, zakupów, oraz dogadać się z rodzinką – co, gdzie i kiedy… Negocjacje - jak zawsze w podobnych sytuacjach – były trudne i emocjonujące! Czasami dochodziło nawet do bardzo burzliwych dyskusji! I choć na zewnątrz aura wcale nie przypominała tego, że już za kilkanaście dni ma nadejść Wielkanoc, bo słupek na termometrze oscylował w Okół siódmej kreski w dzień, to domowe słowne targi o swoje racje i zasady, poprawiały krążenie krwi w żyłach, oraz podnosiły jej temperaturę. Na całe szczęście zakodowane w głowach mieliśmy to, , że jeśli pojawi się jakiś  problem, to należy rozwiązać go do końca – a zwłaszcza w takim przedświątecznym okresie. W tym roku byliśmy zazwyczaj zgodni co do spraw podstawowych. Jednak kiedy zaczęliśmy przechodzić do konkretów, to zaczynały się tak zwane „schody”. Czyli – jak to się mówi – „diabeł tkwi w szczegółach”! Rzec można, że tak właśnie było tym razem, bo diabeł gdzieś tam sobie tkwił dosłownie! Poszło o motyw świąteczny – zdawałoby się że to banalna sprawa, ale motyw, to przecież taki – jakby herb. Wszystko zakończyło się szczęśliwie, bo z pomocą przyszła firma… Dr Gerard!Znakomita firma, ze swoimi fantastycznymi ciastkami. Ściślej mówiąc, to takie wyroby tej firmy nam pomogły jak: kruche herbatniki, zwierzaki maślane, czy też Witam Ciastka na dzień dobry. Może to wydawałoby się dziwne, ale fakt jest faktem. Kiedy wdaliśmy się z Gabrysią w dyskusję na temat głównego świątecznego motywu, to ten nasz dialog przerodził się w zażartą walkę na argumenty. Wyjaśnię, że „motyw świąteczny” – to jest nasza rodzinna tradycja przekazywana z pokolenia na pokolenie. Ma przedstawiać coś, co kojarzy się z Wielkanocą i powinno być wykonane z produktów spożywczych. I tak kłócąc się konstruktywnie między sobą, Gabrysia dzięki swojemu nawykowi naprowadziła nas na myśl, którą oboje zgodnie zaakceptowaliśmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz