Nadszedł czas
przygotowań do świąt. Jak co roku, trzeba było zrobić jakiś plan, listy potraw,
zakupów, oraz dogadać się z rodzinką – co, gdzie i kiedy… Negocjacje - jak
zawsze w podobnych sytuacjach – były trudne i emocjonujące! Czasami dochodziło
nawet do bardzo burzliwych dyskusji! I choć na zewnątrz aura wcale nie
przypominała tego, że już za kilkanaście dni ma nadejść Wielkanoc, bo słupek na
termometrze oscylował w Okół siódmej kreski w dzień, to domowe słowne targi o swoje
racje i zasady, poprawiały krążenie krwi w żyłach, oraz podnosiły jej
temperaturę. Na całe szczęście zakodowane w głowach mieliśmy to, , że jeśli
pojawi się jakiś problem, to należy
rozwiązać go do końca – a zwłaszcza w takim przedświątecznym okresie. W tym
roku byliśmy zazwyczaj zgodni co do spraw podstawowych. Jednak kiedy zaczęliśmy
przechodzić do konkretów, to zaczynały się tak zwane „schody”. Czyli – jak to
się mówi – „diabeł tkwi w szczegółach”! Rzec można, że tak właśnie było tym
razem, bo diabeł gdzieś tam sobie tkwił dosłownie! Poszło o motyw świąteczny –
zdawałoby się że to banalna sprawa, ale motyw, to przecież taki – jakby herb.
Wszystko zakończyło się szczęśliwie, bo z pomocą przyszła firma… Dr Gerard!Znakomita
firma, ze swoimi fantastycznymi ciastkami. Ściślej mówiąc, to takie wyroby tej
firmy nam pomogły jak: kruche herbatniki, zwierzaki maślane, czy też Witam
Ciastka na dzień dobry. Może to wydawałoby się dziwne, ale fakt jest faktem.
Kiedy wdaliśmy się z Gabrysią w dyskusję na temat głównego świątecznego motywu,
to ten nasz dialog przerodził się w zażartą walkę na argumenty. Wyjaśnię, że
„motyw świąteczny” – to jest nasza rodzinna tradycja przekazywana z pokolenia
na pokolenie. Ma przedstawiać coś, co kojarzy się z Wielkanocą i powinno być
wykonane z produktów spożywczych. I tak kłócąc się konstruktywnie między sobą,
Gabrysia dzięki swojemu nawykowi naprowadziła nas na myśl, którą oboje zgodnie
zaakceptowaliśmy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz