Witam.
W poprzednim poście, pisałam Wam, o tym, że byłam u koleżanki na wsi. Zjadłam
stos słodyczy ,,Dr Gerard”, przy prasowaniu ubrań. Zajadając się ciastkami
Filusiami czekoladowymi, w końcu zrezygnowałam z prasowania, i wyszłam na dwór,
by zobaczyć, co robi moja Alusia. Koleżanka podcinała drzewka owocowe. Drzewa
nie były wcale niskie, a wręcz przeciwnie, wysoki. A drabina mało stabilna.
Patrzyłam z przerażeniem, jak ona sięga po kolejną gałąź, i ciach, i ciach. Nie
chciałam jej przeszkadzać, więc poszłam zobaczyć jej króliki. Kiedy stałam przy
klatkach, usłyszałam wielki huk i wrzask. Szybko pobiegłam w kierunku sadu.
Koleżanka leżała na ziemi, i coś mamrotała. Byłam przerażona. Uklękłam przy
niej, i zapytałam, czy wszystko ok? Tylko takie słowa mogłam z siebie wydusić.
Alinka zaczęła kląć w niebo głosy, mówiła, że chyba wszystko jest ok. Jednak ja
zadzwoniłam po męża. Zawieźliśmy ją do szpitala. To, że trzeb było czekać godzinami,
to nie muszę nikomu mówić. Po kilku godzinach okazało się, że wszystko jest w
miarę ok. Niepołamana, ale zastrzyki dostała. Była potłuczona. Odwieźliśmy ją
do domu. Zrobiłam herbatę, i podałam jej ciasteczka ,,Dr Gerard”. Były to listki z cukrem i polewą. Koleżanka
cały czas była zła na siebie, na drabinę, na pecha itp. rzeczy. Jedząc ciastka
listki z cukrem i plewą, zakończyła całą historię ,, i już sobie popracowałam”.
Zaśmiałyśmy się obie na głos. Cóż, takie życie. Pozdrawiam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz