Już dawno nie było takiego silnego wiatru. Podobny jak halny
w górach. Tuje kłaniały się prawie w pół. Zadzwoniłam do pracy, że spóźnię się
około dwóch godzin. Chciałam osobiście odprowadzić dzieci do szkoły. Szybko
wypiłam kawę z dodatkiem smacznych wafelków Dr. Gerarda. Natomiast dziewczynkom
spakowałam kanapki i ciastka śniadaniowe tego samego producenta. Wciąż je
pośpieszałam, bo było już późno. Po drodze widzieliśmy połamane drzewa. Przechodziliśmy
koło domu z którego unosił się bardzo duży dym. Zastanowiło mnie to zjawisko.
Stanęłam i przyglądałam się parę sekund. W końcu zrozumiałam, że prawdopodobnie
pali się komin i zadzwoniłam pod numer alarmowy straży pożarnej. Opisałam
dokładnie miejsce, w którym się pali. Moje dzieci Kasia i Marysia czekały na
drodze, a ja pobiegłam ostrzec domowników. Mieszkało tam starsze
małżeństwo. Pomogłam ubrać im płaszcze i
wyszliśmy z domu. W tym momencie przyjechały trzy jednostki straży pożarnej.
Szybko zaczęli gasić ogień. Ja z dziećmi i starsze państwo odeszliśmy parę
metrów. Kobieta zaczęła głośno lamentować, ale widok jej męża mnie przeraził.
Był bardzo blady i z ledwością oddychał. Zapewniał mnie, że wszystko w
porządku. Nie drążyłam tematu, tylko go obserwowałam. Domyślałam się, że to dla nich wielkie
przeżycie. Cudem uniknęli zaczadzeniu i śmierci. Po dłuższych moich namowach dzieci poszły same do szkoły.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz