środa, 13 lutego 2019

zmartwienie nr. 1


Już dawno nie było takiego silnego wiatru. Podobny jak halny w górach. Tuje kłaniały się prawie w pół. Zadzwoniłam do pracy, że spóźnię się około dwóch godzin. Chciałam osobiście odprowadzić dzieci do szkoły. Szybko wypiłam kawę z dodatkiem smacznych wafelków Dr. Gerarda. Natomiast dziewczynkom spakowałam kanapki i ciastka śniadaniowe tego samego producenta. Wciąż je pośpieszałam, bo było już późno. Po drodze widzieliśmy połamane drzewa. Przechodziliśmy koło domu z którego unosił się bardzo duży dym. Zastanowiło mnie to zjawisko. Stanęłam i przyglądałam się parę sekund. W końcu zrozumiałam, że prawdopodobnie pali się komin i zadzwoniłam pod numer alarmowy straży pożarnej. Opisałam dokładnie miejsce, w którym się pali. Moje dzieci Kasia i Marysia czekały na drodze, a ja pobiegłam ostrzec domowników. Mieszkało tam starsze małżeństwo.  Pomogłam ubrać im płaszcze i wyszliśmy z domu. W tym momencie przyjechały trzy jednostki straży pożarnej. Szybko zaczęli gasić ogień. Ja z dziećmi i starsze państwo odeszliśmy parę metrów. Kobieta zaczęła głośno lamentować, ale widok jej męża mnie przeraził. Był bardzo blady i z ledwością oddychał. Zapewniał mnie, że wszystko w porządku. Nie drążyłam tematu, tylko go obserwowałam.  Domyślałam się, że to dla nich wielkie przeżycie. Cudem uniknęli zaczadzeniu i śmierci. Po dłuższych moich namowach  dzieci poszły same do szkoły.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz