czwartek, 4 kwietnia 2019

Prima aprilis cz.3


Gdy tylko pan Witold zdążył przekroczyć próg drzwi i wstawić wodę na kawę od strony korytarza dał się słyszeć zgrzyt otwieranego zamka. To oczywiście wróciła z pracy żona pana Witolda, a na jego twarzy przez króciutką chwilę zagościł uśmieszek. I tak jak to było w ich zwyczaju po odgrzaniu posiłku obiadowego zasiedli oni do jego spożycia. Pan Witold czekał kiedy to zakomunikować swojej żonie swój pierwszy punkt prima aprilisowego psikusa, ale postanowił, że zrobi to po obiedzie. Wreszcie posiłek, który to mieli na talerzach zniknął w ich brzuchach, a pan Witold oświadczył, że już od co najmniej pół godziny nie ma ich psa, a co do obiadu to on był punktualny można by rzecz, że zna się na zegarku. Pani Krystyna zachmurzyła się i powiedziała no rzeczywiście to do niego nie podobne zaraz go znajdę, udaję się na jego poszukiwania. Szybkim krokiem wybiegła z mieszkania i zaraz do uszu pana Witolda dobiegł jej głos nawołujący ich psa. Pan Witold w tym czasie wyłożył do półmiska takie rarytasy jak słone przekąski oraz andruty oczywiście od ich ulubionego producenta tych słodkości jakim jest ich wytwórca Dr Gerard i postawił je na stole obok kawy. Gdzieś po kwadransie postanowił zadzwonić do żony i powiadomić ją, że to prima aprilisowy żart ale jak się okazało to zapomniała ona telefonu bo dzwonił w jej torebce, a pan Witold pomyślał no to z żartu zrobił się niezły bigos jak się mówi i szybko pobiegł szukać żony. Znalazł ją w pobliskim lasku bardzo zmartwioną, szybko jej wytłumaczył, że to taki miał być psikus na pierwszego kwietnia. Pani Krystyna się rozchmurzyła i zaśmiała ale uprzedziła pana Witolda żeby robił jakieś trafniejsze kawały.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz