Dzień rozpoczął się słonecznie,
co stanowiło miłą niespodziankę po wcześniejszej deszczowej pogodzie. Marta z
energią poderwała się z łóżka chcąc czym prędzej nacieszyć się słońcem – tym
nieczęstym gościem w grudniowy czas. Zanim jednak dziewczyna zdążyła zjeść
śniadanie ciemne chmury spowiły ziemię, przysłaniając grubą warstwą to
upragnione słońce. Za chwilę spadł deszcz, tak rzęsisty, że ledwie było widać
podwórze. Marta przestała się śpieszyć, ponieważ w jednej chwili zmieniła
wszystkie swoje plany na ów dzień. Spokojnie zjadła śniadanie w trakcie którego
postanowiła zmierzyć się z zadaną pracą domową na następny dzień. Było już po
dwunastej, gdy dziewczyna skończyła naukę. Nie ma tego złego… – pomyślała –
przynajmniej zaległości udało się nadrobić. Dziewczyna siedząc skulona nad
książkami zapomniała o wszystkim. Teraz rozprostowując się poczuła jak jest
głodna. Z apetytem zjadła niedzielny obiad przygotowany tradycyjnie przez
babcię. Po obiedzie Marta pozmywała naczynia i zostało jej parę godzin do
odjazdu pociągu. Ten czas dziewczyna miała dla siebie. A propos tradycji - pomyślała, że to ostatni dzwonek by
zagnieść ciasto na piernik staropolski, taki dojrzewający. Będzie mógł poleżeć
jeszcze ponad tydzień przed upieczeniem go na święta. Marta dowiedziała się, że
tyle powinno wystarczyć by ciasto było dobre. Co innego pierniki Dr Gerarda –
wystarczy je kupić i to cała praca. Dziewczyna rozejrzała się po szafkach, czy
ma pod ręką wszystkie produkty niezbędne do zagniecenia piernika. Mąka, jajka,
mleko, cukier, sól – oczywiście są. Miód oraz przyprawy korzenne na szczęście
także są dostępne w domowej spiżarni. Ledwie Marta odłożyła zagniecione ciasto
na półkę już zrobiło się zupełnie ciemno. Takie to już uroki grudnia: nim dzień
się na dobre rozpocznie już noc nastaje. Z nadejściem wieczoru Marta szykuje
się do drogi. Opuszcza rodzinne gniazdo i pędzi na pociąg. Ze sobą w podróż
zabiera zawsze niezawodne i gotowe na wyjazd słodycze Dr Gerarda.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz