Przyjechałam z pracy z wielkim bólem głowy. W
autobusie przeszkadzał mi szum silnika i głośne rozmowy pasażerów. Natomiast w
domu dzieci na mój widok zaczęły podskakiwać i robić wokół siebie dużo hałasu.
Z kuchni wyszła teściowa, która pomaga nam w opiece nad pociechami. Od razu
zauważyła moją bladą twarz i zrobiłam mi gorącej malinowej herbaty.
Powiedziałam, że się źle czuję i połknęłam lekarstwa. Po paru minutach dostałan
nudności i z ledwością dobiegłam do łazienki. Umęczona po pół godzinie wyszłam.
Lecz po kilku minutach znów mi było niedobrze i musiałam wrócić. Na początku
myślałam, że się czymś zatrułam, ale lekarz na wizycie domowej stwierdził, że
panuje grypa żołądkowa i ten wirus mnie zaatakował. Teściowa została na parę
dni, aby opiekować się pięcioletnią Anią i sześcioletnim Marcinkiem. Także służyła
mi pomocą do czasu, gdy wspólnie z dziećmi zachorowała. Nie sądziłam, że
sytuacja domowa wejdzie w stan krytyczny. Po dwóch dniach mojej choroby byłam
bardzo słaba. Mąż rano pojechał do pracy. Dzieci w nocy płakały i narzekały na
brzuszek. Moje podejrzenia sprawdziły się, gdy syn biegnął do łazienki, a córka
już nie zdążyła do niej. Na dodatek teściowa zaczęła puszczać pawia do
woreczka. Ja od dwóch dni prawie nic nie jadłam i z ledwością stoję na nogach.
Na dodatek mam mrówki przed oczami. Szybko zadzwoniłam do męża i opowiedziałam
mu historię domową. Nie chciał brać urlopu, ale nie miał wyjścia. Sytuacja domowa
przerosła mnie. Syn był w łazience, córka koło łazienki, a teściowa leżała w
łóżku cicho postękując. Na dodatek mąż Kamil wpadł do domu zdenerwowany
oczywiście z pretensją, że nie mogę sobie poradzić z błachą chorobą. Po pięciu
minutach chwycił się za głowę i zadzwonił na pogotowie. Dzieci i teściowa
odwodnieni znaleźli się w szpitalu. Ja odwiedzałam ich w szpitalu. Po paru
dniach dzieci upominały się o ulubione ciasteczka dr. Gerarda. To był znak powrotu
do zdrowia. Kupiłam im przepyszne jugle truskawkowe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz