W radiu
powiedzieli, że ma się zacząć prawdziwa zima… Prawdziwa – bo ta do końca
grudnia, to też niby zima, ale taka na niby. Kiedyś to jak już grudzień nastał,
to waliło śniegiem jak diabli. Święty Mikołaj to na saniach przyjeżdżał – a nie na rowerze! Dzieci tego za
bardzo nie pamiętają, ale tak było. A jak ja byłem małym chłopakiem, to babcia
opowiadała mi, że w jej młodości to zaspy były takie, że jak w tą zaspę się
wpadło, to człowieka widać z niej nie było! Próbowałem sobie wyobrazić, jak
mógł wyglądać świat zasypany takim śniegiem… W tamtych czasach to robiło się
sporo zapasów na zimę. Przetwory – dżemy, konfitury, kompoty, kiszone warzywa…
Jak drogę zasypało do sklepu, to ze spiżarni i piwnicy wydobywało się te
wszelkie dobroci. Z kolegą Krzyśkiem siedzieliśmy sobie akurat przy półmisku z
ciastkami Dr Gerard, popijaliśmy małą czarną – i wspominaliśmy dawne czasy. A
tamte czasy były zupełnie inne od tych obecnych. Jak przyszła zima, to drogi i
ulice były zasypane śniegiem, oraz skute lodem. Do skrajnych osiedli
komunikacja nie dojeżdżała, tak że do szkoły lub pracy chodziło się pieszo. Dzieci
nie miały takich znakomitych przysmaków jak - ciastka pełnoziarniste, Pryncypałki
– wafelki w czekoladzie, pierniki, albo słone przekąski… Chyba że babcia albo
mama upichciła. Lecz było za to więcej przestrzeni – chyba każdy miał jakieś narty,
sanki lub łyżwy. Jak napadało dużo śniegu, to było ogromne szaleństwo. I choć
każdy miał katar, to ludzie chyba byli zdrowsi – a przynajmniej bardziej
odporni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz